Skip to content

Wybrzeże Morza Czarnego, Amasya i monaster Sumela

Posted in Turcja

Nasz pobyt w Turcji i miejsca na trasie były ściśle związane z uzyskaniem irańskiej wizy. Naczytaliśmy się w internecie, jak to łatwo ją dostać w Trabzonie i do niego się kierowaliśmy. Po Bursie i Safranbolu obraliśmy więc kierunek nad Morze Czarne, za pierwszy cel obierając Samsun – duże miasto portowe. Poszukiwaliśmy na CouchSurfingu hosta, co było dość trudne z uwagi na okres wakacyjny i małą liczbę studentów w mieście. Jedynym, który odpowiedział nam pozytywnie był pewien czterdziestolatek. Okazało się jednak, że w ciągu tygodnia roboczego mieszka w swoim miejscu pracy niedaleko Havzy. Zaprosił nas do siebie – był szefem 14-osobowej załogi pracującej w fabryce mąki i doświadczonym gospodarzem z CS z kilkudziesięcioma pozytywnymi komentarzami.

Jadąc po drodze pokiwał na nas patrol policyjny, zatrzymując razem z kilkoma innymi pojazdami. Przede mną znajdował się jakiś sedan na niemieckich blachach – orientując się, że jest z zagranicy pomachali mu by jechał dalej. Reszta kierowców była z Turcji. Naszych tablic rejestracyjnych nie widzieli i z początku również zakładali, że jesteśmy miejscowi. Poprosili o prawa jazdy, paszporty i dowody rejestracyjne motocykli, każąc jednocześnie stać na poboczu i czekać. Gdy wszyscy z naszej kolejki już odjechali, zaczęliśmy się zastanawiać o co chodzi. Policjanci nie mówili w żadnym języku oprócz tureckiego i na migi zaczęli nam tłumaczyć, że przejechaliśmy skrzyżowanie na czerwonym świetle, a wszystko nagrała kamera. Oczywiście nie zgodziliśmy się z nimi, żądając pokazania zapisu kamery, tłumacząc, że nie łamiemy takich reguł itd. Pokazywali, że cała zatrzymana kolumna tak zrobiła i wszyscy pokornie przyjęli mandaty. Łukasz palił głupa udając, że nie rozumie zupełnie o co im chodzi, gdy rysowali na kartce sygnalizator zaznaczając czerwone światło. Zresztą nigdy nie był mistrzem w kalambury 😛 Po wielu negocjacjach z użyciem przez nich Google Translate i innych kierowców, którzy również próbowali nam przetłumaczyć (mówiąc tylko po turecku), że musimy przyjąć mandat i zapłacić karę (189 lir czyli około 300 zł za jeden motocykl) zrezygnowany policjant dał Łukaszowi wypisany na niego mandat (zachował jednak kopię w numerowanym bloczku) mówiąc, że już ok. Tylko my nadal nie wiedzieliśmy, czy to ”ok” oznaczało ”mam już dosyć tych upierdliwych obcokrajowców, niech jadą w cholerę, i tak zapłacą na granicy i tyle” czy może raczej ”ok, pogadaliśmy się, pośmialiśmy przy wzajemnych kalamburach, jedźcie dalej i już nie łamcie przepisów”. Mieliśmy się o tym przekonać dopiero przy wyjeździe z kraju. Po mandatowych perypetiach ruszyliśmy do Havzy by spotkać się z hostem.

 

kolaz fabrykaTurek przyjął nas szklaneczkami czaju i wystawną ucztą. Jego pracownik przyrządził pyszne mięsa z grilla, sałatkę i grillowane warzywa. Rozmawiało nam się miło na wiele tematów przy butelce rakiji. Dowiedzieliśmy się, jak wygląda rynek zboża i jego przetwórstwa oraz sprzedaży produktów. W pewnym momencie konwersacja zeszła na tematykę zwierząt. Łukasz zauważył, że teren fabryki zamieszkuje pięć psów. W Turcji jest bardzo dużo bezpańskich zwierząt wałęsających się po miastach i wsiach. Czasem znajdują sobie ”miejscówkę”, gdzie regularnie dokarmiane zadomawiają się. Jednak to nie one wzbudziły naszą konsternację… Gdy nasz gospodarz mówił, że jest miłośnikiem zwierząt nie brzmiało to złowieszczo, jednak gdy przyznał, że ma w swoim pokoju 16 (!) kotów to zaczęliśmy się bać.. Dodał jeszcze, że często budzi go jeden z nich stojąc mu na klacie i gapiąc się bezczelnie. W duchu zaklinaliśmy bogów, żeby tylko okazało się, że nie dzielimy z nim jego sypialni. Mieliśmy odrobinę szczęścia – przypadł nam w udziale oddzielny pokój. Po skończonej kolacji zaprosił nas na górę budynku administracyjnego, gdzie zlokalizowane było jego służbowe mieszkanie. Jak tylko otworzył drzwi buchnęło smrodem. Zapach był naprawdę intensywny, aż szczypało w oczy. Było już bardzo późno, wypiliśmy trochę alkoholu i nie chcąc urazić hosta przybraliśmy dobre miny, starając się żartować z sytuacji. Młode kocięta biegały we wszystkie strony, Łukasz nawet bawił się z nimi wskaźnikiem laserowym. Na widok zielonej kropki wprost oszalały. Zresztą i on miał wielką frajdę starając się je wykiwać, czy napuścić nawzajem. Całe to zamieszanie było zabawne, aż do chwili gdy już zanieśliśmy nasze bagaże do góry, a w pokoju odnaleźliśmy cztery kociaki. Bardzo ciężko było je wykurzyć, a jeden z nich ze strachu posikał się gdzieś pod łóżkiem. Odór kociego moczu towarzyszył nam całą noc powodując ataki kichania i kaszlu (a nie mamy uczulenia na zwierzęta). Rankiem czym prędzej chcieliśmy się wynieść, jednak Kociarz był nieprzejednany i nie dało się odjechać bez śniadania. Zapraszał nas również do swojego mieszkania w mieście, jednak uprzejmie podziękowaliśmy.

Turek polecił nam zwiedzenie oddalonej o około 110 km Amasyi, więc pojechaliśmy w jej kierunku. Miasteczko okazało się niezwykle urokliwe, położone w dolinie rzeki, otoczone strzelistymi szczytami.

W skalistych zboczach znajdują się skalne groby królów pontyjskich z III w.p.n.e. Podziwialiśmy je wyłącznie z dołu, jak dumnie górowały nad miastem. Nad nimi znajduje się cytadela.

IMGP0853
Amasya. Urwiste zbocza ze skalnymi grobowcami górują nad dzielnicą osomańską. Tureccy mężczyźni są ze sobą bardzo zżyci, często chodzą trzymając się pod rękę.
IMGP0843
Amasya. Sułtan robiący sobie selfika z osomańskimi domami w tle 😀 Kto wymyślił ten pomnik?!
kolaz amasya meczet
Amasya. Meczet sułtana Beyazid z XV wieku.

Późnym popołudniem wpakowaliśmy się znowu na moto i ruszyliśmy do Samsun, gdzie czekał na nas kolejny host. Tym razem nie był to nikt z CS, ale kolega kolegi Ufuka, znaleziony przez wewnętrzną sieć tureckiego klubu a’la CS. Po dwukrotnym pomyleniu adresu i półtoragodzinnym spóźnieniu dojechaliśmy na miejsce. (Rada dla używających GPS-a w Turcji, nie kierujcie się tylko nazwą ulicy, ale nazwą dzielnicy w której ta jest zlokalizowana, o numerację pytajcie lokalnych, gdyż taki np. Garmin wywiódł nas z numeracją na przedmieścia kilkanaście km od docelowego miejsca. GoogleMaps również tak pokazywało!). W mieście spędziliśmy leniwie trzy dni, szykując szczegóły dalszej trasy i odpoczywając na plaży. Podczas pobytu nie próżnowaliśmy jednak zupełnie. Dopasowaliśmy w warsztacie motocyklowym gwint do lusterka i odtąd mogłam się cieszyć bezpiecznym wyprzedzaniem.

kolaz gwint szerszenZ tyłu motków przymocowaliśmy flagi Polski, by wszyscy mogli bez problemu dostrzec skąd jesteśmy. Jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę! B. wiele osób widząc flagę podchodzi i zagaduje (nawet po polsku!).

Łukasz powoli zamieniał się w Tarzana, więc odwiedził lokalnego fryzjera. Oto krótka relacja od niego jak to wyglądało:

Postanowiłem się ostrzyc, więc sporządziłem słowniczek najbardziej niezbędnych słówek i wyruszyłem na poszukiwanie salonu fryzjerskiego. Znalazłem go dosyć szybko, wszedłem mówiąc „merchaba” (cześć) i usiadłem pomiędzy dwoma innymi facetami. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi- więc było dobrze. Czekając na swoją kolejkę przyjrzałem się gościom w kolejce przede mną i zauważyłem, że ich fryzury są nienaganne.. Jak się niedługo potem okazało się, wpadli tylko na golenie i strzyżenie brwi. Nadeszła moja kolej, posadzono mnie na fotelu obsługiwanym przez fryzjera z ultra fantazyjną fryzurą i nieco zniewieściałą mową ciała.. Przyjrzał się mojej zapuszczonej czuprynie i zadał serię pytań, których oczywiście nie było w moim „słowniczku”. Umówiliśmy się na cenę 10 złotych i facet zabrał się do pracy. Cały czas był jednak niepocieszony, w końcu zapytał mnie czy chcę „full service”, odpowiedziałem, że jasne (a co?) wtedy on momentalnie się rozpromienił. „Full service” obejmowało strzyżenie włosów na głowie, brwi, w nosie (specjalnymi nożyczkami) oraz uszach.. Po „skróceniu” włosów w uszach nadeszła kolej na WYPALENIE pozostałych! A więc.. siedzę sobie zamyślony na fotelu, a tu nagle pojawia się Tali (tak miał na imię) z płonącym niby wacikiem na kijku i pokazuje, że wsadzi mi ustrojstwo do uszu.. (to był jeden z moich momentów zwątpienia). Nie zostałem poparzony prawie wcale.. Kolejnym krokiem było golenie brzytwą mojego zarostu oraz karku. Potem nastąpiła seria nacierań mojej głowy różnymi specyfikami, na przemian z myciem (też z wykorzystaniem przeróżnych środków). Podczas mycia otrzymałem masaż głowy i uszu. Jeden z nakładanych produktów był silnie miętowy i strasznie palił skórę, następny nadał mojej głowie silnie malinowy zapach. Ostatnim etapem było nałożenie błotnej maseczki, podczas gdy ona stygła otrzymałem masaż pleców i ramion, a podczas zmywania maseczki również moja twarz została rozmasowana. Fryzjer nawet nie pytał czy chciałbym żel, dla niego było to oczywistym, że musi zostać nałożony. Lekko oszołomiony uregulowałem rachunek na 50zl i ruszyłem do domu. Gdy Ania otworzyła mi drzwi, jej oczy zrobiły się wielkie ze zdziwienia, a sekundę później zapytała: „czemu pachniesz jak wielka malina”? Odpowiedziałem jej tylko „miałem ciężki dzień”..idąc do kuchni usłyszałem za plecami: „Michu…jest dopiero 13”.

kolaz fryzjer
Przed (z mokrymi włosami) i po. Lekko czerwony, bardzo błyszczący i pachnący malinami 🙂

Z Samsun planowaliśmy udać się do Trabzonu, jednak wszyscy z CS wydawali się być na wakacjach, także pojechaliśmy w kierunku miasta, z założeniem, że zatrzymamy się na jakimś kempingu po drodze. Okazja nadarzyła się około 20 km za miejscowością Giresun. Ośrodek posiadający z dziesięć chatek kempingowych i kolejne tyle miejsc na namioty był przyklejony do plaży, mającej tuż obok drogę szybkiego ruchu. Założyliśmy, że spędzimy tam jeden nocleg, jednak ostatecznie zabawiliśmy aż pięć dni.

IMGP0908Nasz mały namiot rozbiliśmy obok niewielkiego pawilonu, gdzie siedziało kilkoro osób. Okazało się, że to turecka rodzina: dziadek, który całe lato spędzał na kempingu i odwiedzająca go córka z dwójką dorosłych synów. Kobieta z pomocą młodych zapytała, czy mamy ochotę na zupę. – Pewnie! Łukasz poszedł się wykąpać (nie jest fanem ”wody na ciepło, zupa to nie jedzenie”…), a ja przysiadłam się do ich stolika. Pomidorowa była przepyszna, a towarzystwo bardzo miłe. Okazało się, że dziadek obchodzi dzisiaj 68 urodziny, więc zaraz, wśród miłych pogaduszek, poczęstowali nas tortem. Wieczór powoli przeradzał się w noc, matka z synami pojechali do domu, na odchodnym stwierdzając, że powinniśmy jednak tu zostać i mówiąc ”do zobaczenia”.

IMGP0906
Ugoszczeni przez rodzinkę pysznościami (nie jeden raz). Od lewej: Łukasz, Soner, dziadek Recep, mama chłopaków Yesim, wójek, Benan

Rankiem krzepki dziadek zestawił dwa stoły i zaprosił nas i sąsiadów – parę tureckich trzydziestolatków, na wspólne śniadanie. Tak poznaliśmy Nihan i Mesuta.

20150808_094023W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że mój LOI i numer referencyjny by uzyskać irańską wizę jest gotowy, jednak musimy poczekać na Łukasza. Postanowiliśmy zostać pod namiotem kolejną noc. Nie mieliśmy dostępu do internetu i dość ograniczoną możliwość ładowania prądem, więc korzystając z wolnego dnia wyciągnęłam się na leżaku przysuniętym do morza na tyle blisko, by fale zagłuszały hałas przejeżdżających samochodów, i zagłębiłam w lekturze, pochłaniając kryminał za kryminałem.

IMGP0926Na kempingu zaobserwowaliśmy pewną ciekawą rzecz: wszystkie kobiety, czy nastolatki chodziły do toalety/pod prysznic z eskortą. Niezależnie, czy były konserwatywnymi muzułmankami, czy też ubranymi po europejsku dziewczynami. Gdy zapytaliśmy zaprzyjaźnionych Turków o co chodzi, nie bardzo potrafili nam odpowiedzieć. W końcu wykręcili się mówiąc, że to mężczyźni z zazdrości odprowadzają i pilnują partnerki. Jednak niezupełnie się to zgadzało, bo nawet młode dziewczyny chodziły z bratem, bądź ojcem. Ot taka różnica kulturowa. Mi dosyć ciężko byłoby nakłonić Łukasza do takich poświęceń, dla mojego bezpieczeństwa (powiedział ”jakby co, to krzycz”). Dodatkowo czekanie partnera pod kibelkiem podczas ”dwójki” wydaje mi się mało romantyczne 😉

IMGP0961Dni mijały nam spokojnie na oczekiwaniu na odpowiedź Irańczyków. Korzystając z chwil wytchnienia od ciągłego przemieszczania (i braku wifi) zatopiłam się w lekturze i przez dwa dni niemal wyłącznie czytałam. Nie było ze mną Łukasza, grzebał coś przy swoim moto, później również czytał, ale przy namiocie. Nasi sąsiedzi nie mogli się nadziwić, jak tak może być, że przyjechaliśmy razem na wakacje, a siedzimy osobno. Zakładali, że jesteśmy pokłóceni. I w dodatku sama chodziłam do toalety! Chyba w końcu zrozumieli, że przebywając ze sobą 24h/dobę możemy sobie pozwolić na ”odklejenie” od siebie.

Gdy pytali Łukasza czy wszystko między nami ok i w końcu zaakceptowali odpowiedź, że uwielbiam książki, zaczęli dziwnie się zachowywać. Według jego słów wszyscy zebrali się wokoło i go osaczyli. Jeden przez drugiego niby chcieli o coś zapytać, ale się wstydzili. Gdy już wreszcie wydusili z siebie pytanie Łukasz o mało nie padł ze śmiechu. Bo cóż począć, gdy twoi rówieśnicy nieśmiało łamanym angielskim pytają: ” But you and Anna, yyy, are you lovers or married?” (czy ty i Ania jesteście kochankami, czy małżeństwem). Trzy dni wcześniej mówiliśmy co prawda, że jesteśmy razem szmat czasu, w tym trzy po ślubie, jednak przez różnice językowe musiało im to umknąć. Gdy Łukasz, próbując zachować powagę, ponownie to powiedział, odetchnęli z ulgą 🙂

IMGP0929
Tureckie wybrzeże Morza Czarnego jest niestety bardzo zaśmiecone. Nie ma tu właściwie zagranicznych turystów. Plaża kempingu była codziennie sprzątana, ale sąsiednia plaża publiczna wyglądała bardzo przygnębiająco.

IMGP0971IMGP0968

Jednego z poranków słyszę krzyk Łukasza: Ania chodź, szybkooo i weź aparat! Okazało się, że na naszą plaże zawitał delfin:) Kilka razy wyskoczył nawet nad wodę, jednak udało uchwycić mi się jedynie płetwę.

Po kilku dniach dostaliśmy wiadomość, że irańskie MSZ odmówiło wydania Łukaszowi numeru referencyjnego, w związku z czym nie ma szans otrzymać wizy. Nawet teraz, kilka tygodni później, nie wyjaśniono nam na jakiej podstawie tak się stało. Mieliśmy ten sam plan podróży (oczywiście nie wspominaliśmy w nim ani słowa o wjeździe na motocyklach), zgłosiliśmy chęć podróżowania razem jako małżeństwo, mamy podobne wykształcenie itd. Najwyraźniej jego profil na fb nie spodobał się Irańczykom 😉

Już w międzyczasie sprawdzaliśmy jakie mamy inne opcje. Zdecydowaliśmy się jechać do Gruzji i stamtąd próbować przedostać dalej do Azji. Celem było Batumi. Po drodze zdecydowaliśmy odbić nieco z trasy i zwiedzić monaster Sumela.

Monaster Sumela (Matki Bożej Dziewicy) to nieczynny już klasztor prawosławny, położony niezwykle malowniczo w górach na skalnej półce, wręcz ”przyklejony” do ścian urwiska. Opuszczono go w 1923 roku, gdy greccy zakonnicy zostali wysiedleni do Grecji. Na kompleks klasztorny składa się kilka budynków, m.in. kuchnia klasztorna, kaplice i skalny kościół. Jego wnętrze ozdobione jest licznymi freskami, przedstawiającymi głównie sceny biblijne.

IMGP0975kolaz sumelaIMGP0985Podczas naszego pobytu klasztor pogrążony był we mgle i mżawce i wypełniony turystami. Co ciekawe odwiedza go sporo turystów z krajów arabskich i Iranu. Dużo kobiet miało na sobie czardory (czarne powłóczyste stroje) a nawet niqab (zasłonka zasłaniająca twarz, gdzie odkryte są tylko oczy), mężczyźni zaś byli w tradycyjnych długich białych szatach.

IMGP0981IMGP0990-2Gdy wyjechaliśmy z parkingu nie padało zbyt mocno, lekki kapuśniaczek, jednak później lujnęło deszczem na dobre. Droga do granicy turecko-gruzińskiej była nieciekawa i wyjątkowo mokra. Chcieliśmy zatrzymać się w jakimś przydrożnym hotelu, jednak wszystko sprzysięgło się przeciw nam: albo były znacznie za drogie, bądź przyjmowały wyłącznie mężczyzn, lub też nie było wolnych miejsc. Kemping, czy rozbicie na dziko odpadały. Także gnaliśmy, by jak najszybciej dotrzeć do Batumi. Przejście przekraczaliśmy zupełnie mokrzy wieczorem w ciemności, niepewni czy nie każą nam płacić wcześniejszego mandatu. Na szczęście uniknęliśmy kary (a nie mieliśmy już żadnych lir, także odetchnęliśmy z ulgą). Za granicą czekały nas gruzińskie dziurawe drogi i ich specyficzna kultura jazdy, ale o tym w kolejnym poście.

DSC00780
Mokrzy, ale szczęśliwi 🙂

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *