Skip to content

W oczekiwaniu na motocykle – Cartagena w Chile

Posted in Chile

Po trzech dniach spędzonych w Valparaiso – kolorowym mieście, musieliśmy ponownie udać się do Santiago by ustalić ostateczne szczegóły odnośnie odbioru motocykli. Stamtąd pojechaliśmy do Cartageny – niewielkiej nadmorskiej miejscowości, popularnego miejsca wypoczynku dla miejscowych. Wybraliśmy ją ze względu na strategiczne dla nas położenie – znajdowała się kilkanaście km od San Antonio – wielkiego portu, dokąd miały przypłynąć nasze zwierzaki. Początkowo mieliśmy tam spędzić zaledwie trzy dni, jednak transport motków znacznie się opóźniał. Informacje jakich nam udzielano były bardzo nieprecyzyjne, więc przez prawie dwa tygodnie siedzieliśmy z niecierpliwością oczekując przybicia kontenerowca.

W tym czasie dosyć mocno się rozchorowałam. Kiedy po ponad tygodniu samodzielnego leczenia straciłam głos i ledwo mogłam oddychać, a gorączka męczyła mnie nieustannie, udałam się do szpitala w San Antonio. Stamtąd odesłali mnie z kwitkiem i kazali udać się do przychodni w Cartagenie. Po odstaniu swojego w kolejce miły doktor przepisał mi lekarstwa i życzył szybkiego powrotu do zdrowia. O dziwo, chodź chciałam zapłacić za wizytę to powiedziano mi, że nie trzeba. Miłe zaskoczenie, gdyż ceny w Chile są wysokie i spodziewałam się, że troszkę finansowo nas to spotkanie zaboli (oczywiście później starałabym się odzyskać pieniądze z ubezpieczenia).

20160317_115628

Pierwsze dwa dni w Cartagenie spędziliśmy u hosta z CS, jednak później wiedząc, że czekanie na motki może zająć trochę czasu znaleźliśmy sobie pokój w a’la pensjonacie. Prowadziła go starsza para. By wejść do wynajmowanych pokoi należało przejść przez salon domu i patio. Tam znajdowała się kuchenka dla gości, kilka pokoi, pralnia i kuchnia pani domu, oraz jakiś składzik. Jako, że mieszkaliśmy u nich dosyć długo, zaprzyjaźniliśmy się z nimi. Gdy chorowałam przynieśli mi termofor wypełniony gorącą wodą bym wygrzała się w nocy. Poili mnie herbatą z miodem i cytryną, a kilka razy nawet poczęstowali obiadem (domowy chilijski obiadek – pychota!). Oczywiście sami sobie też gotowaliśmy, jednak odmówienie nie wchodziło w grę. Poznaliśmy całą ich rodzinę, dwie córki, syna i ich wnuki. Jedna z córek zabrała nas samochodem by pokazać okolice, piękne zakątki między innymi Zatokę Piratów i grób miejscowego poety. Gdy wyjeżdżaliśmy obdarowali nas prowiantem na drogę i chilijskimi pamiątkami. Wiele radości dostarczał nam ich hiperaktywny szczeniak przybłęda – mała Princessa. Wspaniała rodzinka!

cartagenaBy nieco urozmaicić sobie okres czekania wybraliśmy się do Isla Negra – wioski nad morzem, będącej ukochanym miejscem największego chilijskiego poety Pabla Neruda. Na klifie nad oceanem wybudował bardzo charakterystyczny dom. Piękny ogród mieści kilka mniejszych budynków, gdzie składował liczne bibeloty. Jedną z jego pasji było kolekcjonerstwo – zbierał między innymi muszle, butelki, różne okazy zwierząt morskich. Neruda był bardzo cenionym poetą już za swoich czasów, uhonorowanym Nagrodą Nobla, miał też liczne grono wielbicieli. Na jeden z jego odczytów na stadionie przybyło 100 tys osób. Był bardzo ciekawą postacią, miał trzy żony, prawie kandydował na prezydenta, choć ostatecznie poparł Salvadora Allende. Isla Negra to jeden z trzech jego domów, dwa pozostałe to La Chascona w Santiago i La Sebastiana w Vaplaraiso.

Wstęp do domu – muzeum kosztuje 6 000 peso, ogród i zabudowania z zewnątrz można obejrzeć za darmo.

20160309_151319 20160309_151420imgp5850neruda imgp5845 imgp5843 Nie mogliśmy się już doczekać aż motki przybiją i gdy każdego dnia wypatrywaliśmy wiadomości, czy statek już dopływa, a nic się nie działo, wybraliśmy się na własną rękę do San Antonio, z myślą by się tam przenieść i mieć bliżej by odebrać zwierzaki. Niestety okazało się, że miasto jest mało przyjazne turystom, a ceny wygórowane. Jedyne miejsce gdzie moglibyśmy się zatrzymać było ”love hotelem”, a babka go prowadząca za nic nie chciała zejść z ceny, argumentując, że przecież zamierzamy spędzić tam całą noc.. Lekko się zdziwiłam i dopytałam co takiego ma na myśli. Bez żadnego zażenowania wyjaśniła mi, że jej klienci to marynarze, lub kochankowie, którzy szukają bliskości na kilka godzin, więc wynajmują w tym celu pokój. Nieco później zorientowaliśmy się, że choć społeczeństwa latino wydają się być bardzo otwarte (wyjątkowo skąpo ubrane kobitki, macho podrywający bez przerwy itd.), to często rodziny są bardzo tradycyjne i nawet pary będące ze sobą kilka lat, nie mogą spędzać czasu razem sam na sam w swoich pokojach w domach rodzinnych.

20160311_134655Ostatecznie zostaliśmy więc w Cartagenie. Problemem było potencjalne umiejscowienie motków – Łukasz musiał naprawić kilka rzeczy i potrzebowaliśmy garażu. Uczynna cartageńska rodzinka, zaradziła i temu – wykombinowali, że kilkadziesiąt metrów od pensjonatu mieszka ich krewna. Dawniej miała sklepik w garażu przylegającym do posiadłości, teraz pusty i tam możemy wstawić zwierzaki.

Po wielu telefonach i dniach niepewności nareszcie dostaliśmy info, że statek przybija do brzegu – w czwartek. Chcieliśmy więc je odebrać już w piątek. Taaak ..naiwność głupiego. Przecież to latin america- tu nic nie dzieje się szybko. I piątek, i sobota, ani nawet poniedziałek (według agencji) nie okazały się możliwe. Przeczekaliśmy więc kolejny weekend i we wtorek wcześnie rano zapakowaliśmy dwa nowe akumulatory w plecak, zabraliśmy paszporty i dowody i udaliśmy się pod bramę portową – miejsce spotkania z agentką, która miała dowieźć wszystkie dokumenty i załatwić formalności celne. Spóźniona, ale na szczęście dotarła. Już z niecierpliwością chcieliśmy iść jak najprędzej odebrać zwierzaki… jednak nie dane nam było. Najpierw niezbędne procedury w urzędzie celnym, gdzie okazało się, że agentka nie ma oryginałów dokumentów wysłanych pocztą z Malezji. Ale jak to?! Przecież widzieliśmy je w biurze w Santiago? Tam podkreślano wielokrotnie, jakie to ważne mieć ze sobą wszelkie oryginały (jednocześnie mówiąc, że nam ich nie dadzą, oni się wszystkim zajmą). Z lekka się wkurzyliśmy, po wielu telefonach ustalone zostało, że kurier dowiezie z Santiago zapominane papiery i ponownie spotkamy się o drugiej. Następnie telefonicznie przełożono na trzecią.

Gdy wróciliśmy do urzędu celnego, ten był już zamknięty..na szczęście wpuszczono nas jeszcze. Godzina przerzucania wieloma kartkami, kserowania i spinania i powiedziano, że nareszcie możemy jechać odebrać motocykle. Już w taksówce orientuję się, że celniczka wydała nam papiery tylko na jeden moto. Wracamy.. kilka minut i jest dokument wydania także dla Wilka. Jedziemy do magazynu, tam kolejne sprawdzanie papierów. Po czym agentka przychodzi do nas z fakturą do zapłacenia. Ależ to niemożliwe – zapłaciliśmy już z nawiązką za wszystko z góry. A za co teraz? – za postój motocykli! Oj wolne żarty, po pierwsze zapłaciliśmy już za wiele dziwnych pozycji agencji (w tym za magazynowanie), a po drugie my chcieliśmy odebrać je zaraz po przypłynięciu; byliśmy gotowi każdego dnia, a że agencja się nie wyrobiła na sobotę ani poniedziałek – ich spóźnienie i koszt. Stanowczo odmawiamy zapłaty . Młoda agentka nie wie co robić, dzwoni do szefa, następnie naszej agencji, na końcu zgadza się na naszą wersję. Po wdzianiu seksi strojów ochronnych – kasków, kamizelek odblaskowych i ochraniaczy na czubki palców wyglądamy komicznie. Idziemy do magazynu, gdzie rozpakowane czekają zwierzaki. Kolejny zgrzyt – nie chcieliśmy, by je wyładowywali bez nas… przecież nie mają hamulców, kto wie czy im nie upadły. Zwierzaki wyglądają jednak dobrze, próbujemy je odpalić. Rozruszniki kręcą smętnie, światła lekko mrugają. Nic dziwnego, po dwóch miesiącach na oceanie, nie spodziewaliśmy się cudów. Mamy ze sobą nowe akumulatory. Jednak by je włożyć trzeba rozkręcić motki. A dochodzi już 18, niedługo zamykają magazyn. Z żalem postanawiamy zostawić je tam jeszcze na jedną noc. Agentka niepocieszona rozmawia z pracownikami. Kierownik magazynu widzi jaka jest sytuacja i zgadza się przetrzymać je tam bez dodatkowych kosztów.

kolaz-portNastępnego poranka ostatni już raz jedziemy do San Antonio, w magazynie Łukasz montuje nowe akumulatory, zostawiamy chłopakom stare. Chcemy jeszcze odzyskać liny, którymi były przymocowane motocykle. Kolejny zgrzyt… zaginęły. ”Ale jak to zaginęły, kontener był z motocyklami tylko i naszymi linami?” Po kilku chwilach część się gdzieś tam odnajduje. Brakuje jednak mniejszych, które miały nam posłużyć do mocowania bagażu. Pracownicy wyczarowują skądś podobne (hmm… podprowadzone komuś innemu?). Nie wnikamy, oddajemy im największe i tak nam już zbędne, przebieramy się w stroje i dosiadamy rumaków. Ach jaka radość po takim czasie wsiąść na Szerszenia! Nieco uszkodzonego, bo bez przedniego hamulca, ale mimo to! Wracamy do Cartageny przeszczęśliwi, że wielotygodniowe oczekiwanie dobiegło końca.

Po odbiorze wpakowaliśmy motocykle do garażu. Tam Łukasz musiał przeprowadzić niezbędne przygotowania przed wyruszeniem w podroż na południe. Jakże chętnie się do tego zabierał – w skowronkach cały.. a skądże! Siłą musiałam go rankiem wypychać by poszedł i wziął się za robotę. Przy tym ociągał się strasznie i ostatecznie zeszły mu prawie trzy dni. Motki wysłane z Azji nie miały przednich hamulców, ukradzione je w Malezji. Na szczęście moja sis przywiozła nam do Indonezji kupione w Pl używki. Wilkowe tylne łożysko coś nie domagało, mąż naprawił i to. Nasmarował co potrzeba, zreperował mocowanie kufra i ponownie podłączył kabel do uchwytu GPS.

Mieszkając u rodzinki przydarzył się nam jeden niemiły incydent. Dziadek poza normalną pracą dorabiał sobie jeszcze skupując butelki od lokalnych pijaczków, by później wywieźć je do punktu skupu i sprzedać z niewielkim zyskiem. Miłośników tanich win w Cartagenie niestety nie brakowało, także mini biznes w miarę się kręcił. Jednego dnia, już po odbiorze motków, zostałam w domu sama. Siedziałam w patio spokojnie czytając książkę, gdy nagle ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Zignorowałam dzwonek, myśląc, że ktoś z domowników zareaguje. Jednak nikogo oprócz mnie nie było. Kolejne walenie było już bardziej zdecydowane. Otworzyłam więc drzwi podpitemu miejscowemu (nie było judasza by sprawdzić kto tam jest). Domagał się zapłaty za pozostawione wcześniej butelki (równowartości 2 zł!). Powiedziałam, że senior Alberto wróci za jakiś czas i wypłaci mu brakującą sumę (godzinę wcześniej nie miał drobnych). Niezadowolony pijaczek bełkotał coś pod nosem, ale wydawało się, że zrozumiał. Zamknęłam drzwi i wróciłam do lektury. Minęło kilka minut i nagle usłyszałam przeraźliwe krzyki i trzaski. Wpadłam do salonu gdzie zobaczyłam, że okna (zasłonięte od wewnątrz drewnianymi okiennicami) całe się ruszają. Ktoś zbijał po kolei wszystkie szyby! Przerażona uciekłam do swojego pokoju, zamknęłam drzwi na klucz i czym prędzej zadzwoniłam do staruszka. Nie miałam pojęcia co się dzieje, czy ktoś próbuje włamać się (w biały dzień) do mieszkania, czy pijak wrócił z większą ekipą i co będzie chciał zrobić gdy się dostanie do środka i zorientuje, że jestem tam tylko ja..? Senor Alberto powiedział, że już jest w drodze. Po paru minutach wrzaski i odgłos bitego szkła ucichły. Odczekałam trochę czasu i wróciłam do salonu, gdzie na szczęście nikogo nie było. Po chwili usłyszałam odgłos klucza w zamku, wrócił właściciel domu. Niestety okazało się, że mocno nietrzeźwy mężczyzna w pijackim szale, pozbijał wszystkie (16!) okien od frontu domu. Staruszkowie znali sprawcę, zdecydowali się nie zgłaszać sprawy na policję, gdyż nie odzyskaliby żadnych pieniędzy, a potencjalna zemsta nieobliczalnego jegomościa nie stanowiła zachęcającej perspektywy. Co ciekawe w garażu kilkadziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie ulicy spokojnie grzebał przy motkach mój mąż. Doskonale słyszał odgłosy bitego szkła i krzyki, jednak stwierdził, że to zapewne ktoś niszczy okna przed wymianą nowych. Kilka domów dalej sąsiad malował fasadę domu, jednak i on zignorował całe zajście. Tylko ja niepotrzebnie najadałam się strachu, a biedni starsi państwo, przez pijacką głupotę i odroczone 2 zł, stracili mnóstwo nerwów i pieniędzy.. Kolejny raz okazało się, że spokojne i bezpieczne Chile potrafi zaskoczyć.

Następnego dnia rodzinka żegna nas czule i opuszczamy nasz tymczasowy chilijski dom. Ruszamy na południe! Czas na podbój Patagonii 🙂

20160318_151614 20160318_152838imgp5842 Zapraszamy też do obejrzenia filmu z Chile

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *