Skip to content

Tybet Południowy

Posted in Chiny, Ciekawe drogi motocyklowe, and Tybet

Tybet Południowy nadal oferował piękne widoki, jednak ciszy i poczucia odosobnienia, a wręcz maleńkości wobec surowej potęgi otaczającej nas przyrody, nie sposób było już tam odczuć. Jedną z większych niespodzianek było pojawienie się drzew. I choć dla większości może to zabrzmieć zabawnie, po tysiącach km i dwóch tygodniach podziwiania wyłącznie szaro-żółto-brunatnych skał, błękitnego nieba i klującego w oczy bielą śniegu, ujrzenie zieleni było nie lada wydarzeniem. Osobiście miałam ogromną ochotę zsiąść z Szerszenia, by podejść poprzytulać się do łagodnie szumiących topoli. Nie wiedziałam, że w człowieku (we mnie) siedzi taka miłość do drzew 😉 Ale tak dzieje się z wieloma rzeczami na co dzień – docenia się je wtedy gdy ich zabraknie.

IMGP3694IMGP3699IMGP3747

IMGP3854IMGP3760Wyruszyliśmy z Lhasy kierując się do Shangri-La, które choć według formalnych chińskich granic znajduje się w prowincji Junnan, to tak naprawdę nadal jest tybetańskie. Do pokonania mieliśmy jakieś 1500 km w kilka dni. Po drodze minęliśmy Lulang Forest – zaczynała się jesień i drzewa mieniły się wieloma kolorami. Następnie dojechaliśmy nad pięknie położone Ranwu Lake, gdzie napotkaliśmy grupę młodych Chińczyków, kręcących spot reklamowy. Bardzo chcieli byśmy wzięli w nim udział. Łukasz dał się nawet skusić (choć do dziś nie wiemy cóż takiego zareklamował, istnieją podejrzenia, że jakieś środki na hemoroidy ;).

IMGP3716
Napotkani w Lulang Forest nowożeńcy.

IMGP3770IMGP3771Tibet Celine GilbertTemperatury były już znacznie przyjemniejsze – w ciągu dnia nawet kilkanaście stopni, w nocy plusowe. Nawet noclegi w simple guesthousach miały lepszy standard. Pojawiła się woda, a w łóżkach coraz częściej można było napotkać elektryczne materace grzejące.

Po tym jak chłopaki rozsmakowali się w tamtejszym clubbingu, codziennością stały się nocne imprezy. Chińczycy wypełniali kluby po brzegi każdego dnia, nie miało najmniejszego znaczenia czy jest weekend czy poniedziałek. Prawie zawsze działo się coś ciekawego, a to pokaz gimnastyczny, czy występ piosenkarki a’la Christina Aquilera. Innym razem taniec półnagich chippendalesów. Co charakterystyczne artyści zawsze byli biali. Nam, jako białym, również nie szczędzono uwagi, darmowych piw, najlepszego stołu. Można było się poczuć niczym jakieś europejskie celebrieties. Parami, bądź pojedynczo lokalni przychodzili zrobić sobie zdjęcie, stuknąć szklanką ”na zdrowie”, zagadując po chińsku. Czasem zaciągali do swojej loży by tam popełnić sesję zdjęciową z każdym z osobna, czy w innych konfiguracjach. W jednym klubie dostaismy nawet osobistego ochroniarza! (w pełnym rynsztunku bojowym, kasku, kamizelce, brakowało mu tylko tarczy). Poznawaliśmy inne oblicze kraju. Zainteresowanym życiem nocnym polecamy zwłaszcza CC clubs.

tibet Celine
Akurat tutaj w KTV (czyli bar karaoke). Nie/stety nie dane nam było zaśpiewać 🙂

Według planu wycieczki jednego dnia droga miała przebiegać trasą w budowie. W mailu lakonicznie napisano ”flat for driving”(płasko, bez wzniesień). Naiwnie myślałam, że nie będzie tam większych trudności. I tak gdy jednego z poranków ruszyliśmy w drogę nie wiedziałam co mnie czeka dalej. Owszem poinformowano nas, że na drodze będą przeprowadzane roboty i nie ma asfaltu. Powinnam była nauczyć się ”czytać między wierszami”.

IMGP3840IMGP3871IMGP3848IMGP3845Przez długi czas droga wiodła pięknymi szlakami, wśród gór, przypominała alpejskie widoki z folderów turystycznych. Ale w pewnym momencie skończył się asfalt i zaczęły trudności. Na początku na stroma trasa o szerokości na około półtora pojazdu zakręcała o 180 stopni. Ubite piaszczyste podłoże było posypane kamieniami. Próbując powoli ruszyć w górę, za szybko odpuściłam i Szerszeń mi zgasł. Za drugim podejściem również. Niecierpliwy kierowca z tyłu zaczął ”warczeć silnikiem”. Stresowałam się coraz bardziej i próbując energiczniej ruszyć pod górkę i jednocześnie skręcić wywróciłam się razem z moto na kamienie. Z niedomkniętego wcześniej baku chlusnęło paliwo. Łukasz zatrzymał swojego Wilka i podbiegł mnie ratować. Wygrzebałam się spod moto. Upadłam trochę nieszczęśliwie i Szerszeń leżał w dól stoku, więc podniesienie go było utrudnione. Sprawy nie ułatwiała lejąca się na rękawiczkę męża benzyna. Jak tylko kryzys został zażegnany, i po oględzinach stwierdziliśmy brak strat (oprócz połowy zawartości baku wchłoniętego przez piasek) przyszedł czas na zjebkę…

IMGP3741 Po ochłonięciu ruszyliśmy dalej. Niestety było już tylko gorzej. Droga w wielu miejscach pozwalała na przejazd wyłącznie jednego samochodu, z jednej strony była skała, z drugiej zaś nieogrodzona niczym przepaść kilkadziesiąt metrów w dół do koryta rzeki. Błotniste podłoże z wystającymi skałami, korzeniami, kałużami, a gdzieniegdzie połaciami piasku nie ułatwiało sprawy. Trasa nie stanowiłaby takiego problemu, gdyby nie olbrzymi ruch na niej panujący i chaos jaki wprowadzali sami kierowcy. W każdym cywilizowanym kraju w takim wypadku wprowadza się ruch wahadłowy, sterowany światłami, bądź z ludźmi odpowiedzialnymi za udrożnianie przepływu aut. W Chinach, w górach, na bardzo niebezpiecznej trasie, postanowiono nie przejmować się takimi zbędnymi rzeczami. Lokalni kierowcy nie przejawiali ani krzty pomyślunku, podjeżdżając najbliżej jak się da, siedząc na ogonie i zostawiając zaledwie kilka cm wolnej przestrzeni pomiędzy pojazdami. Co chwilę trasa się klinowała, nikt nie chciał się cofać, w ruch szły klaksony. Nie rozładowywało to sytuacji. Niektóre ciężarówki nie mogły podjechać pod strome i śliskie, pokryte błotem pagórki. Łukasz z chłopakami co rusz biegali pomóc przepchnąć kolejne samochody. Pod koła podkładano kamienie, by się dalej nie zsuwały w dół.

IMGP3738IMGP3743Stojąc w tym niebotycznym korku czekałam wraz z innymi na możliwość przejazdu. Gdy tylko kierowca przede mną ruszył się choćby o pół metra, stojący za mną idiota już trąbił bym i ja podjechała bliżej. Do niczego to jednak nie prowadziło, co najwyżej później musiałabym wycofać się jeszcze więcej (cała trasa to nieustanne podjeżdżanie, szukanie luki, następnie wycofywanie, bo jakaś ciężarówka musi się cofnąć by móc podjechać pod górę, bądź zostać przepuszczona, bo jest tak wąsko, że blokuje wszystko i zaraz może dojść do jakiegoś nieszczęścia). Nie ruszałam się więc z miejsca czekając na większe pole manewru. Ten z tyłu nie przestawał trąbić, warczeć silnikiem i próbować wyminąć mnie. Wszyscy byli bardzo podenerwowani. Sfrustrowana pokazałam mu co o tym myślę środkowym palcem, jednak nawet ten gest był bez sensu. Chińczyk z prowincji nie zrozumiał przesłania..

straszna droga kolaz - CopyKilkadziesiąt kilometrów zabrało nam wiele godzin. Po drodze kilka razy drogę przecinały mini rzeczki i głębokie kałuże, utworzone z niewielkich wodospadów spływających ze skał.

Niepewnie prowadziłam Szerszenia po błocie, i gdy jeden raz zarzuciło nim, wjechałam w zbocze porośnięte roślinnością. Wtedy było mi już wszystko jedno. Z dwojga złego – ściana z miękkiej ziemi jest o wiele lepsza niż stoczenie się po skałach 30 m w dół 🙂

_B2A4685
Fot. Damian Kaleta

Po kilku dniach dotarliśmy do mistycznego Shangri-La. Miasteczko okazało się bardzo turystyczne, pojawiało się coraz więcej białych twarzy. Ostatecznie byliśmy w Junnanie, gdzie podróżnych nie obowiązują już rządowe restrykcje. Opuścił nas tybetański przewodnik, a pojawił się chiński mr. Ling – zabawny służbista w średnim wieku. Miał nam towarzyszyć w drodze przez Lijiang, Kunming , aż do Laosu.

 Poniżej film i więcej zdjęć z regionu:

IMGP3860

IMGP3824

IMGP3773 IMGP3778 IMGP3791

IMGP3825 IMGP3796 IMGP3805

IMGP3710 IMGP3720 IMGP3727 IMGP3706

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *