Skip to content

Tybet – początek

Posted in Chiny, and Tybet

Niedomyci i ciągle zdziwieni warunkami sanitarnymi w Mohan w pierwszym chińskim ”simple guesthouse” ruszyliśmy w dalszą drogę. Samochody wyjechały wcześniej, my postanowiliśmy, że poczekamy trochę, aż słońce wyjdzie i stopi szron na motocyklach i asfalcie. Ze zwłoką około półtorej godziny zaczęliśmy je gonić. Nadal przebywaliśmy formalnie w Sinciangu, ale już wkrótce czekało nas przekroczenie bramy do Tybetu. Zapowiadał się kolejny dzień pełen wrażeń.

IMGP2881 IMGP2864 IMGP2862Po niecałej godzinie dojeżdżamy do miejsca gdzie spotykamy inne samochody z grupy. Okazuje się, że droga była zatarasowana i dopiero ją odblokowano. Przydarzy się to jeszcze wielokrotnie w Tybecie. Tutejsi kierowcy to istni kamikadze! Jest ich niewielu, czasami przez kilkadziesiąt kilometrów jedziemy zupełnie sami. Ale jak już się jakiś trafi to myśli o sobie, że jest nieśmiertelny. Brylują zwłaszcza kierowcy autobusów i ciężarówek. Jednego dnia zdarzyło nam się, że jechaliśmy naszą czwórką, przed nami ciężarówka. Pierwszy z nas ją wyprzedził, następnie kolejni. Wtedy w kierowcę tira wstąpiło coś dziwnego, zaczął trąbić, zajeżdżać drogę, przyspieszać do 120km/h! Nie przejął się, że jedzie coś z przeciwka, wyprzedzał zostawiając za sobą pęd powietrza. Nic dziwnego, że codziennie trafialiśmy na wrak osunięty w przepaść, bądź ”wiszący” na barierkach, czy też w połowie zakopany w przydrożnym gruncie.

Tego dnia mamy do pokonania wjazd na przełęcz 4909 m.n.p.m. Okazuje się na sporej część drogi pod górę nie ma asfaltu. Wjeżdżając zakurzonymi serpentynami mijamy całe konwoje wojska. Jadą ciężarówki z żołnierzami, wozy przewożące wyrzutnie rakiet i ciężkie karabiny maszynowe, czołgi i azjatyckie hummery. Chińczycy bez oglądania się na zachód podrabiają wszystko – także wojskowe Humvee. Tybet i Sinciang to rejony potencjalnie niebezpieczne według chińskiego rządu, z ”zapędami” autonomicznymi. Wszędzie rozlokowane są uzbrojone patrole, które zatrzymują nas na kontrole. Dodatkowo najwyraźniej mają akurat okres ćwiczeń, co pewien czas mijamy pojedynczych żołnierzy widocznych w oddali na pustkowiu. Innym razem całe oddziały ustawione naprzeciw siebie. Oczywiście robienie jakichkolwiek zdjęć jest zabronione – przewodnik już na początku doradza dużą powściągliwość i zachowanie powagi w kontaktach z wojskiem.

IMGP2840 IMGP2861Jest zimno, ale jeszcze nie wiemy, że to dopiero początek marznięcia. Surowe piękno widoków, leżący naokoło śnieg skutecznie odwracają uwagę od niedogodności – nadal nie zdajemy sobie sprawy do końca w co się wpakowaliśmy.

Gdy dojeżdżamy do wioski, w której mamy spać pojawia się pytanie, jakie będzie nam towarzyszyć do końca chińskiej przygody: gdzie tu można zatankować. Okazuje się, że dla lokalnych pracowników stacji jest to nie lada wyzwanie. Tego dnia nie trafiamy na ”normalną” stację. Na obrzeżach miejscowości w kontenerze, do którego dołączono pompę wojskowi sprzedają paliwo. Zmarznięci musimy czekać na jedynego pracownika, który akurat teraz ma obiad, konsumpcja zajmuje mu 40min. Wokół nas szybko gromadzi się grupka ciekawskich Chińczyków. Są to turyści, zwiedzający Tybet na własną rękę, jeden z nich potrafi kilka słów po angielsku. Już po chwili robią sobie pełną sesję zdjęciową z każdym motocyklem, w grupie, samemu, z właścicielem moto, na moto, plus kilkanaście selfie. Taka procedura będzie się powtarzać wielokrotnie – za każdym razem motocykle wzbudzają zainteresowanie. Jest jednak duża różnica pomiędzy Azją Środkową, a Chinami. O ile wcześniej ludzie z uśmiechem zaciekawieni pytali o moto, jego osiągi czy przebyta drogę, to Chińczycy zachowują się co najmniej dziwnie. Z uwagi, że nie mówią po angielsku to nie zagadują. Jednak ciekawscy są… więc podchodzą do człowieka siedzącego na motorze, czy stojącego obok maszyny i krążą wokół. Czasem całe grono dziadków (pół wioski) się zbierze i obraduje ”a co to, do czego, a popatrz na to”. Inny razem bez skrępowania obfotografują, a jeszcze innym (co już jest przesada moim zdaniem, ale trzeba podochodzić z uśmiechem do różnic kulturowych) bez pytania wsiadają na moto i jak gdyby nic trzaskają sobie zdjęcia. Przy tym wszystkim nie zachowują nawet najmniejszego dystansu. Wchodzą na człowieka, staną centymetr obok, zaczną chwytać to kierownice, to sprzęgło – bo ich ciekawi. I tak sobie gadają do nas/miedzy sobą w lokalnym języku. Nie pozostawało nam nic innego, niż z uśmiechem rozbawienia patrzeć na ich poczynania i bawić się w grę ”a tak fajne to, czyż nie, taki super mam motor, a ta wajcha taka interesująca”.

IMGP2870IMGP3031Po zatankowaniu mieliśmy jechać do miejsca noclegu. Dzisiaj według luźnego planu ”wycieczki” także miał to być simple guesthouse (prosty dom gościnny). Trochę nas to niepokoiło, gdyż nie zapowiadało niczego dobrego. Jak się okazało nie było najgorzej. Tym razem trafiliśmy na tyły innej restauracji, gdzie rozlokowano kilka pokoi trzyosobowych, w każdym po trzy łóżka (to znaczny awans, każdy ma swoje!), była nawet mała koza zapewniająca przez kilka godzin lekko dodatnią temperaturę 🙂 Obok ”komórek” mieszkalnych zlokalizowano nawet prysznic i chłopaki mogli się odświeżyć. Mnie przygarnęli Francuzi z żółtego auta. Mieli w środku prysznic i wspaniałomyślnie zaproponowali mi kąpiel w ciepłej wodzie i ogrzewanym kamperze. Jako jedyna dziewczyna motocyklistka mogłam liczyć na takie luksusy. Cudo! Po obrzydliwym noclegu, gdzie nie było nawet wody by obmyć twarz czy ręce, bardzo tego potrzebowałam i cieszyłam się jak pięciolatek na Gwiazdkę. Przed snem znowu rozgrzaliśmy się nieco procentami (chińska whisky okazała się nawet całkiem pijalna), co później stało się wieczorną tradycją.

IMGP2876Rano obudziło nas przenikliwe zimno. Kilka węgielków szybko się spaliło. Nie działał też prąd (dostarczany z generatora włączanego na zaledwie kilka godzin po zmroku), więc nie mogliśmy poratować się suszarką. Suszarka do końca wyjazdu z Tybetu służyła nam za rodzaj ”kaloryfera” i choć pierwotnie Maciej kupił ją by na szybko dosuszyć ciuchy motocyklowe, później stała się wręcz przedmiotem pożądania. Zwłaszcza by ocieplić skostniałe ręce czy stopy. Podnosiła też temperaturę w pokoju 🙂

Auta odjechały, my czekaliśmy, aż zza gór wyjdzie słońce. Na dworze było -7 stopni, motocykle zaczęły ciężko odpalać. Gdy już mieliśmy odjeżdżać spostrzegłam, że w Szerszeniu spod kanapy coś wycieka. Po jej zdjęciu okazało się, że wszędzie jest pełno paliwa. Szybka akcja ratunkowa, dociśnięcie opasek na wężu i po osuszeniu ruszyliśmy.

Na początku minęliśmy zmrożone słone jezioro. Już po dziesięciu kilometrach zamarzały mi ręce. Choć manetki grzały na całego niewiele to pomagało. Drogi w całym Tybecie są bardzo dobrej jakości, asfalt został położony kilka lat temu i nadal jest przyzwoity. Nie ma zbyt wielu dziur, czy pęknięć. Dlatego motocyklami mogliśmy śmigać spokojnie około 100 km/h i szybciej. Choć trasy są położone na dużych wysokościach, to często jedzie się kilkadziesiąt kilometrów przez ogromne płaskie połacie, tylko z górami na horyzoncie, bez większych zakrętów. Prawie niczym autostradą.

IMGP2886Utrzymywanie takiej prędkości dodatkowo nas wychładzało. I nie miało znaczenia, że na sobie miałam już sześć warstw ubrań (koszulkę termo, bieliznę termiczna i cienki polar, kurtkę motocyklową z membrana wiatroszczelną i podpinką na zimniejsze dni). Z chęcią założyłabym więcej, ale nic nie weszło już pod kurtkę. Na szyi komin z polaru i dodatkowo kołnierz wiatroszczelny, plus oczywiście kominiarka na głowie. Owszem jestem zmarzluchem, ale chłopaki również cierpieli. W każdą szczelinę w ubraniu wciskało się przeraźliwe zimno. Umówiliśmy się, że będziemy się zatrzymywać co 50 km na ogrzanie, czyli średnio co pół godziny. Każdy bał się przyznać, że już nie daje rady z zimna i nie chciał spowalniać grupy. W końcu któreś z czwórki się wyłamywało (często ja) i proponowało przerwę. Wszyscy ochoczo przyklaskiwali przez interkom, by później przyznać się, że oni tez chcieli, ale jakoś tak głupio już po kilkunastu kilometrach znowu robić postój. Tak naprawdę to już po paru km walczyłam ze sobą by nie krzyknąć o pauzie przez interkom. Patrzyłam na wolno obracający się licznik km, starałam skupić wzrok na niesamowitych krajobrazach, ściskać ręce w pięści i rozluźniać, poruszać palcami rak i nóg, wszystko by odwrócić uwagę od przenikliwego zimna. Nikt poważny nie jeździ na motocyklu w minusowych temperaturach na takich dystansach, jednak my nie mieliśmy wyboru. Trzeba było przejechać przez Chiny, dołączyliśmy do grupy i musieliśmy pokonywać dzienne określone z góry odcinki, bądź narazić się na olbrzymie koszty. W Europie, czy wielu innych miejscach zawsze można się zatrzymać na stacji benzynowej, w przydrożnej knajpce, wypić gorąca herbatę i ogrzać. Tu nie było takiej możliwości – przez setki km nie ma zupełnie nic. Bezkresna surowa przestrzeń, gdzie hula wiatr. Nie ma praktycznie żadnej roślinności, kamienie i skały. Normalnie człowiek zatrzyma się i poskacze w miejscu, czy przebiegnie się kilkanaście metrów by rozgrzać organizm. Ale i to nie ma racji bytu w Tybecie. Tego dnia jechaliśmy na poziomie od 4200 m.n.p.m i wyżej. Na tej wysokości bardzo już odczuwalne są pierwsze symptomy choroby wysokościowej: po najmniejszym wysiłku dostaje się zadyszki, w gardle czuje się suchość, ciężko głębiej odetchnąć.

By ogrzać dłonie podtykaliśmy je pod rurę wydechową Yamahy Tenere Macieja – ta ”grzała” najmocniej. Nie dawało to wiele, ale było jedynym źródłem ciepła. Z Łukaszem nie byliśmy gotowi na takie zimno – mieliśmy tylko letnie rękawice z membraną. Ale choć chłopaki mieli porządne zimowe to ręce kostniały im nawet bardziej.

_B2A2877
Zdjęcie: Damian Kaleta

Dzień dopiero się zaczynał, a my mieliśmy do pokonania trzy przełęcze o wysokości ponad 5000 metrów Tego dnia mieliśmy również oficjalnie przejechać przez bramę oznaczającą początek Tybetu. Byliśmy podekscytowani. Perspektywa przygody gnała nas do przodu, choć częste postoje ”grzewcze” nieco spowalniały. Na jednym z nich postanowiliśmy z Łukaszem ubrać gumowe stroje przeciwdeszczowe by dodatkowo ochronić się przed wiatrem. Byliśmy tak osłabieni wysokością, że musieliśmy sobie nawzajem pomagać w zakładaniu tych ubrań. Nie dawały zbyt wiele ciepła, ale nieco polepszały sytuację.

_B2A2938
Zdjęcie: Damian Kaleta

IMGP2909 IMGP3019 IMGP3009Grupa czekała na nas tuż za bramą, gdzie przewodnik wręczył nam białe szale i zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie grupowe. Humory dopisywały. Jednak już kilkanaście km dalej nastrój nieco się zmienił. Na posterunku policji położonym na 5200 m.n.p.m. spędziliśmy około godziny. Nie służyło to naszemu samopoczuciu, już po kwadransie bardzo zaczęła mnie boleć głowa. Połknięcie ibupromu niewiele dało. Podobnie cierpiał Damian. Oboje leżeliśmy zmarznięci na betonie czekając na weryfikację paszportów. Łukasz miał problemy z oddychaniem. Otuchy dodawał nam Maciej, jedyny odporny na chorobę wysokościową. Pogoda zaczęła się pogarszać, na niebo nachodziły coraz ciemniejsze chmury. Przeczuwaliśmy, ze nie wróży to nic dobrego. Na tej wysokości i przy takiej temperaturze czekała nas jazda w śniegu.

IMGP2913W końcu oddano nam dokumenty i pozwolono jechać dalej. Trasa wspinała się coraz bardziej by osiągnąć przełęcz na 5347 m.n.p.m. To najwyższy punkt na jakim byliśmy w życiu. Dodatkowo możemy się pochwalić, że przejechaliśmy go na naszych motocyklach, które nas nie zawiodły.

IMGP2922Nie dane nam było cieszyć się dalsza jazdą zbyt długo. Kilka km dalej droga była zagrodzona przez wojsko, a my nadal byliśmy powyżej 5200 m. Okazało się, ze jeden z żołnierzy na prostym odcinku zdołał wywrócić ciężarówkę i teraz ustawiano dźwig by ją podnieść. Nie zapowiadało się, że zdołają zrobić to w kilka minut. Nie było też szans na przejazd po asfalcie. Chłopaki postanowili spróbować ominąć wypadek bokiem, rowami wypełnionymi kamieniami i piachem. Maciej zaczął jako pierwszy, ale się zakopał, nie mógł sam wyjechać. Łukasz pobiegł w dół aby mu pomóc. Następnie przejechał Damian. Wrócił do nas mówiąc, że dało radę i doradzając którędy najlepiej się przedostać. Ja wiedziałam, że nie ma opcji bym zdołała zjechać z górki, przez kamienie i pod górkę z powrotem na drogę. Łukasz też nie był zachwycony tą opcją, bo musiałby przejechać pierwszym motocyklem, a potem wrócić po drugi. Jadąc nie męczyliśmy się aż tak bardzo jak po zejściu z moto. A po przebieżce w tą i z powrotem dostał strasznej zadyszki. Cały czerwony ledwo łapał oddech. Moją głowę rozsadzało. Patrzyłam to na dźwig, to na męża przerażona, ze trwa to tak długo, na tej wysokości, a on aż siniał, nie było możliwości by wrócił pod górę po Szerszenia. Zapytałam przewodnika, czy ma ze sobą tlen. Popatrzył na mnie jak na wariatkę i z uśmiechem odparł ze nie. Wiedziałam, ze nie możemy zostać tam za długo, bo naprawdę było z nami źle, a z każdą minutą coraz gorzej. Łukasz zdecydował się, że przejedzie, a Szerszenia dosiadł Damian. Ja w tym czasie przeszłam obok dźwigu. Wojskowy kiwnął na mnie palcem pokazując na aparat. Bardzo nie spodobało mu się, ze zrobiłam zdjęcia niechlubnego wypadku wojskowych. Kazał wykasować wszystkie, jednak nie spostrzegł że na kasku mam kamerkę, która wszystko kręciła. Udało mi się także ocalić jedną fotkę. Kampery zostały oczekując na odblokowanie drogi. Celine i Anthony również próbowali sforsować pobocze swoją Toyotą, ale teren był za trudny dla auta, my ruszyliśmy dalej.

IMGP2927
Choć pobocze było bardzo sypkie, przejazd tamtędy w normalnych warunkach nie stanowiłby żadnego wyzwania. Jednak zmęczeni i na tak dużej wysokości ledwo staliśmy na nogach, więc pokonanie tego odcinka urosło do rangi sporego problemu.

IMGP2932Zjechaliśmy nieco niżej, ale do pokonania mieliśmy jeszcze dwie przełęcze położone powyżej 5000 m.n.p.m. Z ciemnych nisko wiszących chmur zaczął padać śnieg. Musieliśmy znacznie zwolnić, gdyż nawierzchnia zrobiła się dosyć śliska. Jednocześnie zależało nam by dojechać jak najszybciej, zanim napada kilka cm śniegu. Ostatecznie udało nam się dotrzeć bez szwanku na rogatki miasteczka, gdzie miał być kolejny nocleg. Tam przed posterunkiem policji czekaliśmy na resztę grupy. Po sprawdzeniu dokumentów wpuszczono nas i udaliśmy się do kolejnego ”simple guesthouse”. Ten nie był już tak luksusowy jak poprzedni. W dwupiętrowym budynku nie było ogrzewania, prądu, ani wody. Na górze znajdował się jeden pokój, gdzie stało 9 łóżek. Tam rozlokowano nasza czwórkę, przewodnika i parę Szwajcarów. Gdy nieśmiało zapytałam o toaletę, właścicielka – młoda Chinka wskazała mi wiadro w kacie pokoju. Na szczęście okazało się, ze po wyjściu na zewnątrz i przejściu 100 metrów, przez podwórko pełne psów i śmieci, stoi wymurowany kibelek z dziurą w podłodze – alleluja!

IMGP2952 IMGP2953 IMGP2975Początkowo nastroje nie były najlepsze – po całym dniu jechania w minusowej temperaturze, byliśmy przemarznięci i zmęczeni, a okazało się, że nie ogrzejemy się prawie wcale. Sytuacji zaradziły… procenty i wieczorek zapoznawczy. Francuzi okazali się bardzo weseli, zwłaszcza po kilku szklaneczkach wina. Zaobserwowaliśmy też jak wyglądają ich wieczory – gdy tylko dojechali na miejsce, silniki aut nie zdążyły jeszcze ostygnąć, a na maskach już pojawiały się kubeczki i trunki. Sekret odkryty: każdy kocha Tybet bardziej, mając we krwi troszkę promili 😉

W środku nocy, jakoś o 1.00, ktoś w budynku obok stwierdził, że jest idealny moment, aby sobie wykuć nowe drzwi. Odpalił więc agregat i młot udarowy, ot taka chińska uprzejmość. Nikt z nas (i chyba połowa wioski) nie mógł zasnąć. Po jakiś 30 minutach hałasowania, Gyrli zwlekł się z łóżka i poszedł porozmawiać z nocnym majsterkowiczem. Doszło do awantury, przewodnik wrócił klnąc pod nosem fucking chinese pepole. Tej nocy przeżyliśmy też niewielkie trzęsienie ziemi, jednak wymęczeni i nieco ululani nawet się nie obudziliśmy. Choć mieszkańcy wioski wyczuleni na takie zjawiska mieli dosyć nerwową noc.

IMGP2978Nadszedł poranek, w pokoju było straszliwe zimno. Spałam w grubych ciuchach, bawełnianej poszewce, ciepłym śpiworze, dodatkowo przykryta wątpliwej czystości kołdrą, także pod tymi wszystkimi warstwami było ciepło. Jednak należało wyjść spod nich i się ubrać w zmarznięte ciuchy. Szybka toaleta mokrymi chusteczkami to niewiele, ale nie było nic więcej. Łukasz tymczasem znowu kąpał się w rzece! Nie mogliśmy uwierzyć, że to zrobił. Jego włosy i ręcznik były zamrożone, sztywne gdy wrócił.. Po mało pokrzepiającym śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Standardem jest już, że auta wyjechały godzinę – dwie wcześniej. My czekamy na odmrożenie motocykli. W nocy był duży minus, gdy wstaliśmy temperatura oscylowała koło -10 stopni. Łukasz zauważył, że w Szerszeniu spadł poziom oleju. Nie oznaczało to nic dobrego, jednak trzeba było jechać dalej. Dolał do odpowiedniego poziomu i stwierdził, że wycieka z obudowy pompy wody.

Gdy wyjeżdżamy ja podążam za Łukaszem, a za mną chłopaki. Jedziemy już dłuższą chwilę, gdy widzę, że nagle coś odpada od jego motocykla. Jego zwierzak wpadł w uskok asfaltu, zresztą chwilę potem mój też. Przez interkom mówię mu o tym, jednak on bagatelizuje sprawę, mówiąc, że pewnie coś leżało na drodze i wyrzuciło to gdy on po tym przejechał. Nie zwalniając jedziemy więc dalej. Chłopaki oddzielają się i zostają nieco w tyle, by zrobić sobie kilka fotek. Po chwili jednak doganiają nas, zatrzymujemy się na ”postój grzewczy”. Chłopaki z uśmiechem pytają czy wszystko w porządku z naszymi motocyklami. Lubią sobie pokpić z naszych maszyn (ich są nowe, więc nie bardzo ma prawo się cokolwiek zepsuć; podczas gdy nasze mają już swoje lata i przebiegi..). Wydaje nam się, że owszem – wszystko ok. Wtedy oni zza pazuchy wyciągają plastikowy element. Okazuje się, że na dziurze przez którą przejechał mój mąż od Wilka odpadł przedni błotnik. Czyli słusznie widziałam – triumfuję zadowolona. Wtedy pokazują mi drugi kawałek plastiku– Szerszeń nie chciał być gorszy – również straciłam błotnik 🙂 Z perspektywy chłopaków wyglądało to wyjątkowo zabawnie – ”tej, patrz widziałeś, od Wilka coś odleciało..tak i od drugiego też”. Cóż najwyraźniej ta część była zbędna 😉

IMGP2984 IMGP2996Tego dnia dojeżdżamy do pierwszego większego miasta – Ali. Zapowiada się normalny nocleg – bardzo liczę na ogrzewanie. Cała grupa lokuje się w hotelu (kamperowcy na parkingu) czterogwiazdkowego hotelu. Dla nas cena jest bardzo wysoka, więc proszę przewodnika o inną alternatywę. Wskazuje mi inny hotel (jedyny poza 4-gwiazdkowym przyjmujący obcokrajowców). Ten, pomimo że nieco tańszy, nie ma jednak ogrzewania, ani ciepłej wody, wracamy więc do reszty wycieczki. Z ciężkim sercem płacimy zawrotna kwotę 380 juanów (ponad 200 zł) za jeden nocleg. W luksusowym hotelu robimy pranie i rozwieszamy na parkingu pomiędzy motocyklami, nie przejmując się konwenansami. Następnie ruszamy na miasto poszukać oleju – już wiemy, że wyciek jest poważniejszą sprawą i Szerszeń traci go bardzo dużo. Obchodzimy liczne warsztaty i sklepy motocyklowe, gdzie w końcu udaje nam kupić litr za 70 zł, ale to wszystko co mieli. W następnym sklepie żądają za ten sam produkt dwukrotnie wyższej kwoty, negocjujemy do 70 zł. W drodze powrotnej Łukasz odwiedza trzeci sklep gdzie ten sam olej kosztuje 40 zł, my już jednak mamy 3 litry.. Przy okazji zaopatrujemy się w leki na chorobę wysokościową. W lokalnej aptece mają jednak tylko chińskie ziołowe specyfiki. W hotelu czeka nas ciepły prysznic i noc bez marznięcia – czujemy się jak w raju. Zabawne, że po kilku dniach niedogodności tak proste rzeczy dają tyle przyjemności.

IMGP3040Wstajemy zadowoleni i ruszamy w kierunku świętej góry Tybetańczyków – Mt. Kailash.

Informacje praktyczne:

  • W Tybecie obowiązują idiotyczne ograniczenia prędkości. Często na dystansach możliwych do pokonania bardzo szybko (dobre drogi, świetna widoczność, praktycznie zerowy ruch) obowiązują limity nawet 40km/h czy 50 km/h. Nie dotyczą one jednak motocykli. Samochody na każdym posterunku policyjnym musiały meldować się w określonych przedziałach czasu. Na pierwszym spisywano godzinę gdy wyjeżdżały, na kolejnym sprawdzano czas przyjazdu i odnoszono do ograniczeń prędkości. Za przyjazd wcześniej groziły wysokie kary. Absurdem było, że auta często zatrzymywały się tuż przed posterunkiem i z zegarkiem czekały tuż przed bramką by ”odstać swoje” i mieć prawidłowy czas przejazdu.
  • Bardzo przydatne są tabletki na chorobę wysokościową. Chińskie specyfiki trochę działały na Łukasza, mój organizm nie reagował na nie wcale. Europejskie leki nie były dostępne. Z wypróbowanych polecam Diamox.
  • Tankowanie zawsze było problematyczne. Brak stacji, brak paliwa, odmowa tankowania, niechęć pracowników stacji, wykłócanie się… Należy uzbroić się w cierpliwość. Dodatkowo na kontrolach policyjnych sprawdzali auta, czy nie mają paliwa w kanistrach. Było to zabronione. Czasami Szwajcarowi (jedyny tankujący również benzynę) udało się ”przemycić” i zatankować kanister – z tłumaczeniem, że to dla nas motocyklistów. Kilkukrotnie nas to uratowało, gdy na dłuższych dystansach nie było stacji.

IMGP2915 IMGP2901 IMGP2982IMGP2857

[październik 2015]

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *