Skip to content

Tajlandia – Bangkok

Posted in Tajlandia

Wjazd do Tajlandii był dla nas radosnym momentem podróży, sprawa mojego uszkodzonego motocykla wreszcie zyskała widoki na rozwiązanie. Wiedziałem, że w Bangkoku jest facet, który naprawia jednoślady BMW. Zbliżały się też 30-ste urodziny Ani i zamierzaliśmy je konkretnie uczcić w mieście, które jest znane z szalonych imprez. Trochę nam nie pasowała zaledwie dwutygodniowa wiza, wystawiana obywatelom Polski, którzy przekraczają granicę lądem, ale na to nic nie mogliśmy poradzić.

Byliśmy już w Tajlandii pięć lat wcześniej. Odwiedziliśmy wtedy Bangkok, wyspy: Ko Samui oraz Koh Chang.

Stolica Tajlandii jest ogromna i panuje tu zawsze duży ruch, jest to naprawdę żywe miasto, wszystko jest w ciągłym biegu. Turyści, którzy odwiedzają Bangkok, często decydują się na jednodniową wycieczkę, na której odwiedza się kilka wielkich pomników Buddy w różnych, mających religijne znaczenie pozycjach. Według mnie (to tylko moja opinia) to bardzo duży błąd. Zwiedzanie takich rzeczy jest strasznie nudne, a nie o oglądanie nużących miejsc chodzi w Bangkoku. Przecież nikt nie jedzie do Las Vegas by czytać książki, tam się imprezuje, gra, słucha muzyki na żywo itd. W Bangkoku chodzi o to by żyć rytmem i atmosferą miasta, doświadczyć tego szalonego tempa, klimatu wszechobecnego seksu i luzu. Za pierwszym razem udało nam się to tylko szczątkowo, tym razem wybieraliśmy się tam w naprawdę fajnej ekipie!

zabytki bkk
Od Ani: kilka zdjęć ze zwiedzania Bangkoku pięć lat temu. Nie zważajcie na słowa Łukasza, który odradza tamtejsze świątynie. Owszem, odwiedzenie kilku jednego dnia, w dzikim pędzie, to średnia przyjemność. Jednak nadal warto iść zobaczyć choćby do jednej, dwóch. Wielki odpoczywający Budda w Wat Pho robi spore wrażenie, a Pałac Królewski i jego otoczenie są niezwykle piękne. Niezapomnianym doświadczeniem jest też obserwacja wiernych pogrążonych w modlitwie, gdy siedzimy cicho, odurzeni zapachem kadzidełek, otoczeni przez wysadzane drogimi kamieniami i pozłacane posągi.

IMGP4419Pięć lat temu podczas naszej pierwszej wizyty odwiedziliśmy również Ko-Samui, miejsce podobało nam się przez pierwsze dwa dni, gdyż była to nasza pierwsza rajska wyspa w życiu. Podobały nam się plaże, jedzenie i przyroda. Po pewnym czasie zaczęła nas jednak irytować nachalna wszech otaczająca prostytucja.

W Tajlandii biznes ten jest dobrze rozwinięty i ma parę warstw. Pierwszą są panienki stojące na ulicy, taki podręcznikowy przykład płatnego seksu. Kolejnym elementem jest tak zwana „usługa podrywu”, otóż na wyspach pełno jest barów w których przesiadują samotne dziewczyny, facet wchodzi do takiej knajpy i gra się rozpoczyna. Ona się do niego uśmiecha nieśmiało, jeśli facet nie wykaże inicjatywy, to ona w końcu się do niego przysiądzie (ale lepiej aby to on rozdawał karty). Pogadają trochę, ona będzie ciekawa wszystkiego co on mówi, śmiała z jego dowcipów, on będzie stawiał jej drinki, ciesząc się, że tak dobrze mu idzie z nieznajomą. Facet nie wie, ze barman jest z nią dogadany i laska albo dostaje bardzo słaby alkohol lub wcale, często udaje pijaną. Ostatecznie wylądują w łóżku, ale dopiero gdy on zostawi trochę kasy na barze. A i jego „występ” w sypialni będzie krótki, bo już dużo wypił.. I teraz robi się naprawdę ciekawie. Być może on wie, lub odkrył w trakcie, albo ona mu powie z kim ma do czynienia. Należność jest wtedy regulowana, a para może spotkać się ponownie. Te dziewczyny są naprawdę dobre w tym co robią i czekają na odpowiednich facetów. Takich, którzy nie wiedzą, że właśnie skorzystali z usług bystrej prostytutki i zaczynają romansować. Tak! Oni myślą, że weszli do przypadkowego baru, gdzie siedziała akurat atrakcyjna 20-letnia Tajka, która miała się spotkać z koleżanką, ale ta przypadkiem dzisiaj nie mogła. Na szczęście zjawił się 45 letni romeo z brzuszkiem, który trzy lata temu rozwiódł się z żoną, jedyną kobietą w życiu. Nie umie podrywać lasek, bo nie robił tego od 20-stu lat, ale dzisiaj gwiazdy mu sprzyjały. Idealny kandydat na frajera. Dziewczyny romansują z takimi facetami przez ich krótki urlop, wyciągając od nich pieniądze na „chorą matkę” itd. Najmocniej zakochani nawet wtedy się nie orientują, co się dzieje, wszak człowiek wybiera w co chce wierzyć. On wraca do swego kraju, cały nagrzany, a ona dzwoni codziennie na Skypie i nadal go uwodzi, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Kolejni członkowie jej rodziny padają jak muchy, brat został niesłusznie oskarżony, potrzebny jest prawnik, dom nawiedza jakaś katastrofa… Ostateczną ściemą jest przyjazd. Ona obiecuje, że przyjedzie, ale potrzebuje pieniędzy na wizę i paszport 1000usd, ale w drodze do urzędu zostaje napadnięta. Mówiłem, że będzie ciekawie? Najlepsze dziewczyny podobno potrafią mieć nawet 20 takich osłów naraz! A skąd wiem jak to działa? Od norweskich kolegów z pracy… jeden wysyłał pieniądze na paszport 3 razy! Mówiliśmy mu: „stary przecież to jest prostytutka – poczytaj w internecie”, ale on nie chciał słuchać, nawet robił się agresywny. Miał 45 lat i nigdy nie był w dłuższym związku z kobietą, nadal mieszkał z rodzicami i cóż… nie można powiedzieć by był specjalnie atrakcyjny. Trudno się dziwić, że chciał aby to wszystko okazało się prawdą. Czasami sprawy posuną się tak daleko, że dochodzi do małżeństwa pomiędzy usługobiorcą i usługodawcą. Nie ma ich zbyt wielu, ale jednak się zdarzają. Część dziewczyn rozwodzi się po 3 latach, gdy już nikt nie może im odebrać paszportu, ale są małżeństwa szczęśliwe, które mają dzieci itd. To co opisałem dotyczy skandynawskich mężczyzn, tylko te przypadki znam osobiście i byłem świadkiem takiego dwuletniego „romansu”.

Innym aspektem prostytucji są ladyboy’e, czyli transseksualiści, inaczej mówiąc są to panie z penisami. Jest ich naprawdę sporo. Po czym ich poznać – jest ciężko, tych najlepszych nie idzie odróżnić od kobiet. Zachowanie zdradza najwięcej, jeśli „panna” jest bardzo bezpośrednia, obmacuje i chce być w centrum uwagi, istnieje spora szansa, że ma ptaka. Ewentualnie jest prostytutką. Tajki są bowiem skromne i nawet te najbardziej śmiałe nie zaczną obmacywać lub nachalnie przystawiać się do faceta. Innym wyznacznikiem ladyboy’a może być bardzo wyzywający strój lub makijaż. Wracając samotnie w nocy do domu praktycznie nie ma możliwości uniknięcia kontaktu fizycznego z jednym z nich (na Koh Samui), oferującym swoje usługi.

Czytałem kiedyś, że niektórym europejskim mężczyznom, którzy nie są w stanie zaakceptować swojej homoseksualności lub biseksualności, łatwiej się przespać z facetem, który wygląda jak kobieta. Wtedy sytuacja nie jest aż tak oczywista. Ale czy na pewno ladyboy jest mężczyzną wyglądającym jak kobieta? Z tego, co pamiętam ze swoich studiów Tajowie akceptują kilka płci: (owszem studiowałem… tak praktyczne rzeczy), mężczyznę, kobietę, mężczyznę, który czuje się kobietą, kobietę która, czuje się mężczyzną. Tajowie są bardzo tolerancyjnym narodem i transseksualiści są powszechni. Mężczyzn, chcących zostać kobietami, nazywa się tu kathoey. Nie powinno nas dziwić jeśli w sklepie lub hotelu zostaniemy obsłużeni, przez łysiejącego faceta z piersiami i pomalowanymi paznokciami. To jest normalne w Tajlandii, ladyboy’e są akceptowani przez społeczeństwo i pracują w wielu miejscach. Niestety bardzo często wybierają seksbiznes.

Raz zostałem otoczony przez pięciu i w ramach reklamy ich usług obmacany. Nie chodzi wcale o ich seksualność, takie zachowanie zwyczajnie nie jest ok. Co zatem ma zrobić turysta, który nie chce mieć żadnego kontaktu z ladyboyami? Najlepiej niech odpuści Tajlandię, alternatywą jest wybrać miejsce, gdzie prostytucja nie jest rozwinięta.

Pięć lat temu najbardziej do gustu przypadła nam wyspa Koh Chang i niewielka wioska Lonely Beach. Było tam tak jak sobie wymarzyliśmy, małpy huśtały się na liniach energetycznych, nad plażami zwisały palmy kokosowe, zachody słońca były wyjątkowo malownicze, wszyscy mieszkańcy byli uśmiechnięci i bardzo życzliwi. Od rana nurkowaliśmy (wyrobiliśmy sobie wtedy certyfikaty PADI OW i AOW), a wieczory spędzaliśmy włócząc się po wiosce i odwiedzając różne bary. Wybraliśmy się na nasz pierwszy trekking po dżungli, który okazał fenomenalny. Dla nas – wtedy tamto miejsce było idealne, ale trzeba pamiętać, że każdy ma inne postrzeganie i gust. Zastanawiam się czy to miejsce się zmieniło w ciągu tych pięciu lat..

Wróćmy jednak do chwili obecnej. Zmierzaliśmy w stronę Bangkoku, Ania nie mogła znieść mojego tempa, odstawiała mnie na 100 km i potem czekała, aż do niej „dopełznę”. Nie ma się jej co dziwić, bo powolna jazda w wysokich temperaturach nie należy do przyjemności. Miałem więc sporo niechcianego czasu dla siebie. Dużo myślałem o tym chłopaku przez którego zostałem skazany na gotowanie się w słońcu, nie były to jednak zdrowe myśli..

Ania zdecydowała, że skoro ma urodziny to chciałaby się zatrzymać w fajnym miejscu. Wybrała Waterfront Resort na skraju centrum miasta. Tylko gdzie w Bangkoku jest centrum? Z naszej polskiej perspektywy będzie to spora część tego ogromnego, ruchliwego miasta. Dotarcie do hotelu okazało się trudniejsze niż przypuszczałem. Moja nawigacja jest wyposażona w darmowe mapy, które choć zazwyczaj dobre, w mieście są do niczego. Nazwy dróg nie zgadzają się z tymi wyświetlanymi na urządzeniu, a do tego dochodzą ulice wielopasmowe. W pewnym momencie nawigacja oznajmia: „skręć w prawo” , a tam trzy drogi w prawo, innym problemem jest ruch lewostronny, no i pozostają korki. Bangkok jest zakorkowany zawsze, z tego co ustaliłem z taksówkarzami, rozsądnym czasem na jeżdżenie po mieście jest środek nocy, jakoś między 2 a 5.45, wtedy jest ponoć ok. To co dla mnie jest korkiem dla Tajów jest zwykłym, codziennym ruchem.

Ponieważ ciężko nam było trafić zdecydowaliśmy się wjechać na „ sky highway” (podniebna autostrada), jest to droga na betonowych palach ciągnąca się nad skrzyżowaniami, jest płatna i obowiązuje zakaz wjazdu jednośladów. Zignorowaliśmy ten zakaz, bo miasto było ich pełne, a mimo to motocykle wszędzie jeździły. Nieco później zostaliśmy oświeceni, że wszystkie inne zakazy można olać, ale na tej drodze naprawdę pilnują porządku. Pewnie dlatego, że poruszają się nią rządzący i bogaci mieszkańcy miasta (wjazd jest stosunkowo kosztowny). Gdy tylko pracownicy bramek nas zauważyli zamknęli wszystkie przejścia i skierowali na bok. Z uśmiechem na ustach Ania przekonywała obsługę, że nie zauważyliśmy znaków zakazu – choć było to niemożliwe, bo było ich sporo, a nawet taki elektryczny co mruga. Więc jeśli ktoś tłumaczy, że przeoczył te wszystkie wskazówki to powinni mu zabrać prawo jazdy, bo najwidoczniej ma problemy ze wzrokiem. Tłumaczenia i prośby Ani abyśmy mogli mimo wszystko jechać dalej nic nie wskórały i zostały brutalnie przerwane przez burzę tropikalną. To jest specyficzne zjawisko pogodowe, bo najpierw spada kilka kropel, a dosłownie chwilę później z nieba leje się ściana wody. Deszczu jest tak dużo, że ciężko się oddycha, bo woda zalewa usta, wystarczy przejść 10 kroków by kompletnie przemoknąć.

20151111_205536W następnej chwili podjechał policjant na służbowym, sportowym motocyklu, biedak wyglądał jak by z pralki wyszedł. Schroniliśmy się wszyscy pod dachem, choć i tak było dla nas za późno – wszystko było mokre, ale nie mogliśmy nigdzie jechać, bo na asfalcie utrzymywało się z 10 cm wody, a widoczność była prawie zerowa. Wykorzystaliśmy ten czas na rozmowę z mundurowym, opowiedzieliśmy mu o nas, pogadaliśmy o maszynach, a Ania zbajerowała go tak, że dostaliśmy jedynie pouczenie i odeskortowano nas do zjazdu z tej autostrady. Błądziliśmy jeszcze godzinę po mieście, co w połączeniu ze zmęczeniem, mokrymi ubraniami i głodem doprowadziło do ostrych wymian zdań pomiędzy mną a małżonką. Nawigacja to moja działka, ale tym razem to nie była moja wina, bo tam gdzie miał być most, nie było przejazdu, a sam cel podróży wcale nie był tam, gdzie go oznaczono na mapie. Dodajmy do tego duży korek i mamy długą wycieczkę po mieście.

Gdy wreszcie dotarliśmy do hotelu, byliśmy totalnie zmęczeni i nabuzowani negatywną energią. Aby wjechać na posesję musieliśmy przejechać dwa posterunki ochrony, sam obiekt był kompleksem 6 bloków po 5 pięter. Było tam naprawdę ładnie, mają fajny basen, siłownie, wi-fi oraz parking podziemny. Dostaliśmy duży pokój z klimą, elegancką łazienką i niby aneksem kuchennym wszystko to kosztowało nas 95 zł za dobę. Miejsce było kawałek od stacji podniebnej kolejki, która jest najlepszym środkiem lokomocji po stolicy Tajlandii.

Pomimo tego, że Damian i Maciej wjechali do Tajlandii dzień po nas (ze względów wizowych), to do swojego hotelu dojechali 2 godziny przed nami – o czym skrupulatnie przypominali mi każdego dnia, wielokrotnie. Chłopaki zdecydowali się na droższy, ale lepiej położony hotel. Pierwsze dni zeszły nam na imprezowaniu.

Relacja Ani:

Pierwszego dnia dotarliśmy do hotelu niedługo przed północą (choć do samego Bangkoku jakoś o 19!). Kolejnego dnia wypadała moja trzydziestka i jako, że z dala od przyjaciół i rodziny w Poznaniu, po tych kilku miesiącach podróży zależało mi nieco na ”uczciwym” uczczeniu tego dość specjalnego dla mnie dnia. Bez trudu namówiłam też chłopaków (Damiana i Macieja), żeby właśnie wtedy nasz czwórka wybrała się na imprezkę w Bangkoku.

Trzydziestka prawie na karku, czułam się pod lekką presją. W Chinach moim najbardziej imprezowym strojem był niezwykle sexi komplet: adidasy (ok – Asics’y do rekreacyjnego biegania), zielone długie spodnie (bo jeansy są ciężkie i długo schną) oraz jedyna bluzka z głębszym dekoltem, zwykły bawełniany biały tank top w paski. Czasem trochę nieswojo czułam się tam na parkiecie wśród dziewczyn w sukienkach i najmodniejszych ciuchach. Jednak ciężko podążać za jakimikolwiek trendami będąc w podróży dookoła świata, gdzie cała kobieca szafa musi pomieścić się w niewielkich sakwach i byś wielofunkcyjna…

W Bangkoku postanowiłam jednak zaszaleć i zaopatrzyć się w nieco b. adekwatne ubranie. Łukasz oczywiście nie chciał mi towarzyszyć w lataniu po tamtejszych sklepach, a jako, że już były moje urodziny postanowiłam zafundować sobie cudowny dzień. Przypadkiem na samym początku trafiłam na jedno z bardziej prestiżowych miejsc do zakupów Paragon Siam. Oprócz zwykłych H&M itp. znajdują się tu sklepy wielu ekskluzywnych marek, jak i całkiem fajne kino (byliśmyy tam na Bondzie, sam film..totalny sh.t). Na początek zafundowałam sobie pyszne lody Haagen-Dazs, a co tam mój dzień, będę się rozpieszczać ;P Następnie sukienka i kosztujące fortunę mani-pedi plus kupione w ostatniej chwili szpilki (po ciekawych przejściach, gdy próbowałam znaleźć coś na europejskie stopy w sklepie dla transwestytów) – wszystko to jako zestaw imprezowy dało radę!

Krótkie wyszukiwania w necie i wstępnie wytypowałam klub – Onyx. Okazał się zajebisty! Beforek u chłopaków w hotelu (bliżej centrum), gdzie bardzo mile zaskoczyli mnie tortem urodzinowym i… ciekawymi prezentami, a potem taxi do klubu. Nieco zdziwił nas koszt wstępu (okazało się, że gra jakiś znany zagraniczny DJ, 100 zł/os), mimo to zdecydowaliśmy się wejść, co było strzałem w dziesiątkę! Wytańczyliśmy się i wybawiliśmy za wszystkie czasy. Klub był bardzo duży, okazał się też dość ekskluzywny, w kibelkach stale czystości pilnowały panie sprzątające, ochrona dokładnie wszystko sprawdzała itp. Po zamknięciu o jakiejś 4 nad ranem poprosiliśmy taksówkarza o transport do kolejnego klubu, ten jednak okazał się totalnym niewypałem. Na parkiecie było sporo tajskich dziewczyn, jednak prawie wyłącznie polujących na okazję prostytutek.

Następnego dnia wypoczywaliśmy, ale w sobotę udaliśmy się na kolejną imprezkę. Do Macieja przyjechali jego dwaj koledzy z Polski, doskonała okazja do ”poprawin” urodzin i pokazania im nocnego życia Bangkoku. Postanowiliśmy wybrać się w pobliże poprzedniego klubu, do tak zwanego zagłębia imprezowego RCA (Royal City Avenue) – zamkniętej ulicy otoczonej barami i klubami. Jako miejscówkę wybraliśmy kultowy Route 66, składający się z trzech sal, w każdej grano inną muzykę (w jednej hip-hop, kolejnej trance, w trzeciej grał zespół na żywo). I ta noc była wyjątkowo udana 😉

Jeśli będziecie kiedyś w Bangkoku, to śmiało polecam RCA i te dwa kluby.

Wstęp do Route 66 kosztował 300 THB, do wydania na barze; do Onyxa uzależniony jest od grającego DJ-a (wtedy 1000 THB).

IMPREZA1Potem chłopaki polecieli zwiedzać Hongkong, a my musieliśmy zająć się moim motocyklem. Wyszukałem w internecie i znalazłem speca od BMW w Bangkoku, miał dobre opinie co skłoniło mnie do postąpienia wbrew swojej intuicji (i radom mojego ojca i brata) i zostawiłem mu motocykl bez mojego nadzoru. Choć warsztat był oddalony od miejsca naszego zakwaterowania o 12 km jechałem tam około dwóch godzin, ciągle w korku! Pokonanie tego dystansu było prawdziwą torturą, z nieba lało żarem, moja maszyna dodatkowo podgrzewała mi nogi oraz krocze, a otaczał mnie hałas i spaliny. Gdy w końcu dotarłem do warsztatu Yut (imię właściciela zakładu), przejrzał ze mną moto, notując co jest do zrobienia w każdym z nich. Uważam nawyk zapisywania zadań za bardzo profesjonalny. Niewiele jest bowiem sytuacji bardziej irytujących, niż gdy zlecamy komuś jakąś pracę a on ją partaczy lub nie robi wszystkiego, co miał wykonać. To, że ktoś czegoś zapomniał nie może wtedy służyć jako sensowna wymówka. Z drugiej strony warsztat był bardzo zaśmiecony, co bardzo kontrastowało z nawykiem notowania Yut’a. W normalnej sytuacji byłbym obecny w zakładzie podczas napraw, ale wtedy było po prostu za gorąco. Nie mogłem znieść tej temperatury, a wizja codziennych przyjazdów i powrotów z garażu po prostu mnie przerażała. Ustaliliśmy więc termin odbioru maszyn, a także budżet. Musiałem wrócić tą samą parszywą trasą do hotelu, tylko po to by następnego dnia dostarczyć oba motocykle do warsztatu.

warsztatPodczas gdy nasze zwierzaki były u mechanika, my zdecydowaliśmy przenieść się bliżej warsztatu. Niełatwo było nam jednak znaleźć taksówkę, do zabrania mieliśmy bowiem sporo bagażu (wszystkie szpargały z moto), a kurs miał być do ścisłego centrum. Kierowca pierwszej taryfy stwierdził, że nie zamierza jechać tam gdzie my i.. odjechał. Drugi, nie chciał włączyć taksometru i powiedział, że owszem zawiezie nas, ale za astronomiczną kwotę. Trzeci również nie chciał jechać z taksometrem, ale był bardziej elastyczny jeśli chodzi o cenę. Wsiedliśmy, ale tylko dlatego, że ubłagałem Anię, żeby odpuściła szukaniu uczciwej taryfy. Od momentu zamówienia pierwszej taksówki do naszego odjazdu upłynęło 1,5 godziny i naprawdę miałem dosyć, podwójna cena kursu już nie robiła mi różnicy, a zbliżały się godziny szczytu. Gość może był elastyczny z ceną, ale za to nie miał pojęcia dokąd jechać, więc musieliśmy go nawigować korzystając z naszych telefonów.

Po długim błądzeniu, wylądowaliśmy w hostelu niedaleko kultowej ulicy Kao San. Jest to bardzo znane miejsce wśród turystów, znajduje się tam wiele hoteli, barów i restauracji, a kupić można chyba wszystko, od głupich pamiątek, przez dziwne jedzenie (o tak pyszne..robale!), po fałszywą licencję pilota polskiego LOTu. Zatrzymaliśmy się na tej ulicy pięć lat temu podczas naszej poprzedniej podróży. Gdy wieczorem poszliśmy na kolację, Ania przeglądając stare fotki odkryła, że mam na sobie tę samą koszulę co kilka lat temu. Zrobiła mi więc zdjęcie, zestawiła z tym wcześniejszym i rozpoczęła analizę tego jak bardzo się zestarzałem… cóż za cudowny wieczór.

IMGP4400
Okolice Kao San Road.

IMGP4399 osobliwosci bkkOdbiór motocykli się opóźnił, bo Yut nie mógł się wyrobić. Przy odbiorze wyszło, że nie wszystko z listy zostało zrobione, a niektóre rzeczy są spieprzone. Po poprawkach niezadowoleni opuszczaliśmy Bangkok. Mimo mojego niesmaku z pracy mechanika, cieszyłem jak małe dziecko, że mam nowe koło i prostą kierownicę. Nareszcie mogłem jeździć z sensowną prędkością. Gdy zjeżdżałem na stację benzynową, oddaloną o 10 km od warsztatu, w tył mojego motocykla uderzyła taksówka. Kierowca też chciał wjechać po paliwo, ale się zagadał z pasażerem więc mnie nie zauważył. Szczęśliwie uderzył mnie słabo i udało mi się zapanować nad maszyną zanim się wywróciłem. Gdyby po przejechaniu setek kilometrów uszkodzonym motocyklem, po 3 tygodniach męczarni, a ledwie po 15 minutach od odebrania sprawnej maszyny, jakiś głupek znowu mi ją rozwalił, zabiłbym go, przysięgam.

20151116_161101osobliwosci bkk 2

Ponieważ prace nad motocyklami zajęły więcej czasu nasza dwutygodniowa wiza dobiegała końca. Rozwiązaniem problemu było przekroczenie granicy z innym państwem. Przejście z Malezją miało najwięcej sensu, bo wtedy byliśmy najbliżej naszego celu wyspy Ko Lanta. Do przejechania było ok 1000km, nie wydawało się to aż tak dużo, bo droga była dobra, dwupasmowa. Jechało się całkiem ok, choć nieco nudno. W którymś momencie przyłączył się do nas Taj, torby na jego motocyklu wskazywały, że wybiera się na wakacje. Było to trochę zabawne bo dołączył do naszego szyku, jadąc za Anią, która teraz była w środku i utrzymywał od niej idealny dystans. Przejechał z nami jakieś 150 km, rozłączyliśmy się gdy zabrakło nam paliwa.

Kolejny dzień przywitał nas deszczem, który towarzyszył nam już do samej granicy. Dwa dni jechaliśmy ciągle mokrzy, ale sytuację poprawiało to, że nie mieliśmy problemów aby coś zjeść. Razem ze stacjami benzynowymi często ulokowane są knajpki gdzie można dostać np. grillowanego kurczaka. Znalezienie noclegów przy drodze też nie sprawiało nam większych problemów, ostatni z nich wypadł nam jedyne 100km od granicy, ale wszystko nam pływało, woda w butach chlupotała przy każdym kroku. Jakoś nocna jazda nie bardzo nam się uśmiechała, szczególnie, że mokre ubrania bardzo chłodziły ciała.

Na granicę dotarliśmy o 10 rano, Ania wpadła na fajny pomysł, otóż nasza wiza była jedynie 2 tygodniowa, ale dokumenty celne na maszyny zezwalały na miesięczny pobyt. Czyli moto miały nadal 2 tygodnie do wykorzystania, jedyne co, to musieliśmy podbić paszporty. To znacznie przyspiesza procedurę, bo zwierzaki zawsze wymagały więcej uwagi na przejściach granicznych. Podjechaliśmy pod knajpkę przy samej granicy z myślą, żeby zapłacić tam pracującym ludziom za przypilnowanie naszych maszyn. Powiedzieli, że nie ma problemu, ale stanowczo odmówili przyjęcia od nas pieniędzy.

W restauracji było sporo klientów i wszyscy nas obserwowali, niektórzy zamarli z łyżką w połowie drogi między talerzem, a ustami. Przyczyną tego była Ania, gdy ściągnęła kask i stało się jasne, że jest kobietą rozległy się ciche słowa komentarzy. Gdy zaś ściągnęła kurtkę motocyklową, która ze względu na ochraniacze zniekształca jej sylwetkę – powiększając ją, miałem wrażenie, że niektórym oczy wyskoczą z orbit. Takie reakcje towarzyszą nam już od samej Europy, ale ja zawsze mam z tego spory ubaw. Zdziwienie, a nieraz niedowierzanie, że kobieta może poradzić sobie z dużym motocyklem wynika z paru powodów. Pierwszym i najważniejszym jest fakt, że wielu krajach motocykle powyżej 150cm³ to ekstremalna rzadkość (przypomnę, że nasze mają 650cm³). Niektórzy użytkownicy, takich małych „pierdków” baliby się tak potężnej, w ich mniemaniu maszyny (wiem bo sami często mi o tym mówili). Drugim istotnym powodem jest to, że społeczeństwa państw, które przemierzaliśmy są zdominowane przez mężczyzn i to oni są odpowiedzialni za transport w rodzinie. Tak więc Ania na Szerszeniu była często swoistym fenomenem, dla wielu ludzi. O ile reakcje mężczyzn ograniczały się w dużej większości do zdumienia to zachowanie pań było dużo ciekawsze. Często robiły sobie z nią zdjęcia, lub strzelały fotki z daleka. Myślę, że dla wielu z nich była swojego rodzaju idolką lub wzorem, ukazującym, że kobieta niczym nie ustępuje mężczyźnie. Tak więc Ania chcąc, nie chcąc niesie idee zdrowego feminizmu. Parę razy wyłapałem też niezadowolone spojrzenia i krytyczne opinie. Nie było ich jednak zbyt wiele, a i tak moja interpretacja opiera się na mowie ciała i tonie głosu, bo przecież nie znam tych wszystkich języków.

Odbiliśmy na paszporty na bramce podróżnych, którzy opuszczają Tajlandię, a ponieważ nie chciało nam się zasuwać na malezyjską granicę, stwierdziliśmy, że podejdziemy od razu do wjazdowej i zaoszczędzimy czas. To był spory błąd, bo najpierw musieliśmy odstać swoje, a potem i tak poinformowano nas, że musimy mieć pieczątki z Malezji. Zdobyliśmy je, ale kolejka do Tajlandii urosła dwukrotnie i spędziliśmy w niej ponad godzinę, to tyle jeśli chodzi o nasze „zaoszczędzenie czasu”.

Następnie ruszyliśmy kilkaset km z powrotem na północ, by ostatecznie dotrzeć do wyspy Ko Lanta.

Poniżej kilka migawek z Bangkoku.

[listopad 2015]

IMGP4426
IMGP4429 Jak większość dużych miast Azji, Bangkok jest pełen kontrastów. Płynąc promem po rzece dostrzec można walące się budynki biedoty, posklecane z kawałków blachy, sklejki i drewna; a kilkanaście metrów dalej sięgające chmur nowoczesne wieżowce. IMGP4456
P1030044
Najbardziej powszechne tajskie danie – pad thai (tu w wersji z owocami morza). Smażony makaron z sosem rybnym, jajkiem i warzywami.
IMGP4443
Portrety królewskiej pary są wszędzie: na bilbordach w mieście, porozwieszane przy drogach, w knajpkach i hotelach. Tajowie darzą ich olbrzymim szacunkiem. Nie wolno np. rzucać na ziemię, czy niszczyć banknotów (widnieje na nich podobizna króla).

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *