Skip to content

Święta góra Kailash i jezioro Mansarovar

Posted in Chiny, and Tybet

Kolejnym etapem naszej podróży przez Tybet było dotarcie do Darchen – miasteczka położonego u podnóży Mt. Kailash – świętej góry dla wyznawców czterech religii: buddyzmu, hinduizmu, dżinizmu i bon.

W starożytnych tekstach była określana centrum świata. Wpływ na to miał fakt, że z góry i okolic wypływają cztery wielkie rzeki: Indus, Brahmaputra, Karnali (dopływ Gangesu) i Sutledź (największy dopływ Indusu).

IMGP3061 IMGP3046

Mt Kailash oznacza ”święty skarb, śnieżną górę” po tybetańsku. Nazwa bierze się z całorocznie ośnieżonego szczytu i jej znaczenia religijnego. Sam wierzchołek jest bardzo charakterystyczny – prawie idealnie trójkątny, w kształcie egipskiej piramidy przebijającej błękit nieba. ”Najwięcej mocy” góra ma w latach konia (rok narodzin założyciela buddyzmu – Sakyamuni), co 12 lat. Wtedy przyciąga najwięcej wiernych.

Każdego roku tysiące pielgrzymów wielu wyznań przybywa do podnóży góry. Kontynuują oni tradycję sięgającą setki lat wstecz. Wierzą, że okrążenie góry, zwane kora przyniesie im powodzenie i szczęście w życiu. Według buddystów przybliży do nirwany, a ich grzechy zostaną odpuszczone. Ciekawostką jest, że wyznawcy buddyzmu i hinduizmu okrążają ją zgodnie ze wskazówkami zegara, podczas gdy wyznawcy religii bon i dżinizmu idą w przeciwnym kierunku. Ścieżka wokół góry liczy sobie 52 kilometry i według niektórych powinna zostać pokonana w ciągu jednego dnia. Jest to nie lada wysiłek na tej wysokości. Najbardziej religijni pokonują korę ”leżąc”, w tzw Kyangcha. Dokładniej mówiąc zaczynają od pozycji stojącej, następnie uginają kolana, klękają i rzucają się ”szczupakiem” na ziemię przejeżdżając kilka metrów na podkładkach jakie mają na rękach. Następnie przykładają czoło do ziemi, biją pokłon szepcząc modlitwę, wstają i powtarzają procedurę.

Szczyt góry o wysokości 6714 m.n.p.m. nie został nigdy zdobyty. W latach 80-tych pozwolenie na wspinaczkę od chińskich władz dostał znany himalaista Reinhold Messner, jednak odmówił z uwagi na szacunek do wierzeń religijnych. W 2001 roku Chińczycy raz jeszcze pozwolili wspinać się alpiniście – tym razem hiszpańskiemu, jednak z uwagi na międzynarodowe protesty i skargi miejscowych ostatecznie wycofał się ze swoich planów.

Miasteczko, samo w sobie, nie różniło się zbyt wiele od poprzednich – może tylko ze względu na większą wagę turystyczną, było trochę mniej zaśmiecone. Zalokowaliśmy się w ”ośrodku” gdzie dla naszej czwórki dostaliśmy jeden pokój z czterema łóżkami. Standardowo już, bez ogrzewania, wody, łazienki i z kilkoma godzinami prądu. Jednak widać było różnicę – w pokoju była miska, można było poprosić o termos z gorącą wodą i się umyć! Na zewnątrz z rury wypływała lodowata woda, więc obmycie rąk, czy twarzy nie było problemem. Super sprawa 🙂 Na zewnątrz zlokalizowana była toaleta, która wzbogacała górskie powietrze nutką dekadencji. Nie wszyscy miejscowi odczuwali potrzebę korzystania z niej, więc każde osłonięte przed wzrokiem miejsce było pełne fekaliów.

IMGP3069
Tak wygląda wejście i cała ”reklama” typowej tybetańskiej restauracji.
IMGP3067
Chorągiewki modlitewne na straganie. Zadrukowane drobnym maczkiem mantrami czekają na kupca, by później wywieszone w świętym miejscu mogły wraz z wiatrem nieść modlitwy w świat.

IMGP3066 IMGP3065 Mieliśmy zostać tam dwie noce, gdyż planowany był trekking do klasztoru i stupy na zboczu góry. Wszyscy kamperowicze byli bardzo podekscytowani możliwością wejścia. My już nieco mniej. Noclegi na wysokości 4600 m.n.p.m. nie bardzo nam się uśmiechały. Choroba wysokościowa już bardzo mocno dawała nam się we znaki. Bezsenność, zadyszka i ogólne osłabienie bardzo doskwierały. Maciej dostał krwotoku z nosa, Łukaszowi ciężko oddychało się już przy każdym kroku. Po każdej każdej czynności, zaniesieniu bagażu, przestawieniu motocykla, potrzebował chwili aby dojść do siebie. Mi serce tak kołatało, że jednego wieczora zwróciłam się o pomoc do ”Żółtych” – już wcześniej mówili, że z chęcią podzielą się tabletkami. Jednak na efekt ich działania trzeba było poczekać kilka dni.

2.14. Tibet_ouest_Mont Kailash (21)
Od lewej: Michelle, Anthony, Szwajcarzy, my, chłopaki, Pierrette i Robin (czerwoni) i Lucile.

Pierwszej nocy pod Mt.Kailash obudziło mnie gwałtowne bicie serca, myślałam wręcz, że wyskoczy mi z piersi. Nie wiedziałam zupełnie co się ze mną dzieje, byłam przestraszona i niespokojna. Postanowiłam zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszłam na zewnątrz i do ubikacji. Gdy spojrzałam w niebo świeciło na nim tysiące gwiazd. Nie było to jednak mądre, bo po opuszczeniu głowy omal się nie przewróciłam. Z powrotem w pokoju przez prawie godzinę uspokajałam oddech, zastanawiając się, czy budzić męża bo już umieram 😉 Pisząc to teraz, wydaje się zabawne, ale wtedy zupełnie nie było mi do śmiechu. Podobną sytuację miał Damian – też jakby palpitacje serca w środku nocy. Ataki nocnej paniki i poranne wydmuchiwanie krwi z nosa stały się dla nas normalnym elementem podróży.

Mając takie odczucia, zrozumiałe było dla nas, że na żaden trekking się nie wybierzemy. Samo dojście do toalety powodowało atak zadyszki. Nie mogło być mowy o wspinaniu się wyżej. Także, gdy wszyscy inni poszli na wycieczkę, my staraliśmy się odpocząć. Nie było to łatwe, gdyż doskwierało nam przenikliwe zimno. Jednak był to pierwszy dzień bez jazdy od dłuższego czasu. Z naszej wycieczki to właśnie my motocykliści chorowaliśmy najmocniej, mimo iż byliśmy najmłodsi i najsprawniejsi fizycznie. Powodem tego był nasz sposób podróżowania. Jadąc motocyklami byliśmy wystawieni na działanie warunków atmosferycznych i temperatury. Miejsca noclegowe nie sprzyjały regeneracji, zawsze było straszliwie zimno. A kamperowcy oszukiwali – w autach mieli ogrzewanie, i podczas jazdy, jak i snu 😉 Naszymi posiłkami w trasie były chińskie batony na zmianę z ciasteczkami (czekoladopodobny koszmar), podczas gdy czterokołowcy robili sobie normalne ciepłe obiady, bo i tak musieli czekać przed posterunkami policji ze względu na ograniczenia prędkości. Samo prowadzenie motocykla jest dużo bardziej wymagające niż prowadzenie samochodu, wymaga o wiele więcej skupienia i wysiłku. Plus nie można się zmienić z drugą osobą. Mieliśmy kupę frajdy z tej przygody, ale nasze organizmy lekko protestowały.

_B2A3986 _B2A3992

Popołudniu Anthony i Robin pomogli Maciejowi uporać się ze zmianą opony. Niestety przy okazji wyszło, że nie tylko Szerszeń ma uszkodzoną pompę wody. Również w Wilku pojawiła się ta sama usterka. Skontaktowaliśmy się z tatą w Poznaniu, który pomógł w załatwieniu części i przesyłce z Polski do Chin. Znaleźliśmy hotel w Lhasie, który postanowił przyjąć przesyłkę – miała czekać na nasz przyjazd.

IMGP3124
Często wejścia do tybetańskich obejść są bogato zdobione.
IMGP3105
Wszystkie tybetańskie wioski opanowane są przez bandy bezdomnych psów. Ten wyglądał jak wielki misiek, ale nie wszystkie były tak przyjazne.
IMGP3115
Suszone mięso z bliżej nieokreślonego zwierza.
IMGP3070
Tybetańskie motocykle nieco różnią się od naszych – są bardzo oryginalnie przyozdobione. Choć czasem ilością tobołó prawie dorównywały naszym zwierzakom.

W pobliżu góry znajduje się kolejne święte miejsce – Jezioro Manasarova. Przy okazji dalszej drogi postanowiliśmy zboczyć nieco z trasy by je obejrzeć. Malowniczo położone i naprawdę piękne z niewielkim klasztorem na pagórku i setkami tybetańskich flag modlitewnych łopoczących na wietrze sprawiało niezwykłe wrażenie.

IMGP3084
Klasztor przy jeziorze Manasarovar.

IMGP3095 IMGP3085 IMGP3077 IMGP3101Wokół jeziora nieliczni buddyjscy pielgrzymi również wykonują korę – ta liczy tutaj aż 90 km, a jej przejście zajmuje 4 dni. Hinduska legenda głosi, że jezioro stworzył bóg Brahma i jego wody wymazują wszelkie winy, jak i złe czy nieczyste myśli. Pielgrzymi biorą w nim oczyszczające kąpiele, a także zabierają wodę dla krewnych w domu. My nie skorzystaliśmy z możliwości zanurzenia, choć Łukasz zamoczył rękę – coś nie wydaje mi się jednak mniej grzeszny 😉

IMGP3108
Po drodze napotkaliśmy stado wypasających się jaków. Nam było wyjątkowo zimno, one nie zważały na temperaturę i śmiało wchodziły do bajorka (by się schłodzić?!)

IMGP3112 IMGP3126 IMGP3143Udaliśmy się w stronę Mt. Everestu, ale o malowniczej trasie do base campu  i perypetiach po drodze wkrótce w kolejnym poście.

Praktyczne informacje:

  • Mt. Kailash jest położona na dalekim zachodzie Tybetu, dostanie się tam nie jest trudne, lecz czasochłonne i kosztowne. Wynajętym transportem z Shigatse, bądź Lhasy zajmuje 4 dni.

  • By wjechać do tych rejonów Tybetu potrzebny jest szereg pozwoleń. Pozwolenie od Tybetańskiego Biura Turystycznego, pozwolenie dla obcokrajowców, pozwolenie od Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz pozwolenie na przekraczanie stref wojskowych. Wszystkie papierki można załatwić przez autoryzowane lokalne biura podróży.

  • Kora wokół Mt. Kailash zajmuje zazwyczaj trzy dni. Na 52 km szlaku zlokalizowane jest pięć klasztorów, gdzie w prostych warunkach można przenocować. Pielgrzymi mają ze sobą zazwyczaj swoje namioty.

Koniecznie obejrzyjcie też film z tej części podróży!

[październik 2015]

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *