Skip to content

Sumatra – rajski Bukit Lawang

Posted in Indonezja, Parki narodowe i rezerwaty, and Sumatra

„Nie podróżujemy by uciec przed życiem, podróżujemy by życie nam nie uciekło”. Nasza podróż miała być przygodą, czymś co będziemy wspominać zawsze z uśmiechem. Jesteśmy gotowi poświecić jej cztery lata naszego życia i nasze oszczędności. Z tych czterech lat, dwa to przygotowania i skrupulatne oszczędzanie. Odwlekliśmy w czasie założenie rodziny i uśmierciliśmy nasze życie zawodowe. Porzuciliśmy bliskich i przyjaciół. Zrobiliśmy to tylko dla nas. Sporo czasu zajęło nam zrozumienie, że właśnie to chcemy robić – podróżować.

Podczas naszej przygody odwiedziliśmy naprawdę cudowne miejsca, były piękne Bałkany, wspaniały Kirgistan i magiczny Tybet. Cała nasza droga prowadziła do Azji Południowo-Wschodniej. Odwiedziliśmy Laos, Tajlandię i Malezję. Wszędzie tam było nam dobrze.. lecz tylko dobrze. Czułem niedosyt, wewnętrzny lęk, że „to już wszytko” . Bałem się, że nic niezwykłego, niesamowitego już się nie wydarzy. Martwiłem się, że najlepsze w Azji za nami. Ale potem popłynęliśmy na Sumatrę!

Siedziałem na promie płynącym z Malezji do Indonezji, wyruszyliśmy z miasta Port Klang do portowego miasta Dumai. Ania, zasnęła owinięta swoją chustą, ja nie potrafię spać gdy wiem, że ktoś może chcieć mi coś ukraść. To nawet nie musi być realna groźba, wystarczy bym czuł się minimalnie zagrożony i ze snu nici – mogę tylko czuwać. Na ekranie przede mną wyświetlano film akcji lokalnej produkcji. Czego w nim nie było.. lasery, roboty, szpiedzy, wirusy, ratowanie świata, piękne kobiety. Co pięć minut następował dramatyczny zwrot akcji, w którym najlepszy przyjaciel okazywał się wrogiem, a wróg przyjacielem. Całość wyglądała jakby budżet produkcji wynosił 500 zł, ciekawe jaki chory umysł stworzył ten scenariusz. Obok mnie jakiś malec upychał ryż w różne zagłębienia promu, chyba starał się go uszczelnić. W telefonie miałem wgrany anglojęzyczny przewodnik turystyczny Loneley Planet z 2007r. Napisali tam, że droga morska wjazdu na Sumatrę polecana jest tylko dla doświadczonych podróżnych. To nie zapowiadało łatwej podróży.

Gdy statek przybył do przystani i wysiedliśmy mogliśmy obserwować wyładunek bagaży. Całość spakowana była na najwyższym pokładzie łodzi, który teraz był jakieś 1,5 metra nad naszymi głowami. Marynarze postawili deskę i zsuwali pakunki i walizki trzy metry w dół. Nic nie chroniło tych rzeczy przed przedwczesnym spadnięciem z wąskiej deski w sporą szparę między burtą statku, a krawędzią mola. Kilka pakunków było o włos od wylądowania w wodzie. Przy opartym o ziemie końcu deski stali goście w bardzo zużytych i wybrakowanych uniformach odbierali zsuwające się bagaże. Dużo się między sobą przepychali, wyrywali sobie nawzajem walizki i torby , a także obrzucali się wzajemnie wyzwiskami. Niektóre z paczek i walizek były opisane jakimiś numerami, o te było najmniej awantur. Największą szarpaninę powodowały duże lub ciężkie nieopisane przedmioty, w pewnym momencie dwóch sprzeczających dokerów zaczęło się między sobą ostro tłuc, nikt nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Rozejrzałem się na molo było jakieś 250 osób i tylko nasza dwójka „białasów”. Bójka skończyła się bardzo szybko i paczka wylądowała na specjalnym wózku. Co ciekawe szarpali się tylko przy desce, to co wylądowało na wózku nie stanowiło już źródła konfliktu. Nie rozgryzłem tego systemu, ale zgaduję, że dokerzy mieli zlecenia na niektóre paczki (pewnie ilość zleceń zależała od łaski przełożonego), a za resztę, której nie chciało się dźwigać pasażerom dostawali ekstra zapłatę. Więc im więcej wyszarpną, tym więcej zarobią.

Zauważyłem mój plecak na szczycie deski, przepchnąłem się troszkę po chamsku do jej końca – po chamsku, bo żadna inna metoda nie miała sensu. Gdy plecak zjechał na dół razem ze mną chwyciły go cztery ręce. Cztery gniewne twarze zwróciły się do mnie, ale pół sekundy później zrozumieli, że jestem właścicielem i od razu skupili uwagę na następnym bagażu. Po opłaceniu wizy, która kosztowała nas 35 USD za głowę i dawała nam prawo do przebywania w Indonezji przez 30 dniu, wyszliśmy z terminalu. Myśleliśmy, że chaos już za nami. Gdy tylko wystawiliśmy głowy za drzwi w naszym kierunku rzuciło się z jakichś 20 kierowców tuk tuków. Tuk-tuk czyli sumatrzańska taksówka, jest to motorynka, zespolona z wózkiem bocznym do którego mogą wsiąść 2 osoby. Takie pojazdy, ale dużo lepszej jakości można spotkać też w Tajlandii czy Laosie. Nie chcieliśmy korzystać z usług „taxi” i ruszyliśmy w kierunku wyjścia z portu. Kierowcy tuk-tuków oszaleli, jeździli obok nas, zajeżdżali nam drogę, kłócili się między sobą, gwizdali, krzyczeli. Bardzo relaksująca sytuacja:)

Wypatrzyliśmy bankomat, Ania weszła do budki pobrać pieniądze, a ja zostałem sam z tymi świrami. Zostało ich już tylko pięciu, ale za to tych najbardziej upartych i zdeterminowanych. Usiadłem sobie na stopniu i zacząłem przeglądać mapę miasta w telefonie, tymczasem taksówkarze wjechali swoimi motorynkami na trawnik i obserwowali każdy mój ruch. Dwóch się wygodnie rozsiadło, jak sępy – postanowili czekać, aż sam się poddam. Dwóch kolejnych, raz zachęcało mnie do skorzystania z ich usług, a raz się kłócili między sobą. Ostatni to już był totalny czubek, nic nie mówił tylko zaparkował swój pojazd naprzeciwko mnie, patrzył mi w oczy i ciągle gazował silnik. Naprawdę nie potrafię zidentyfikować jego intencji, ani strategii marketingowej. Ania wreszcie pokonała bankomat i wyszła, usiadła obok mnie i razem przeglądaliśmy mapy. Po 15 minutach zostaliśmy sami z sępami, którzy ciągle wykrzykiwali te same hasła. Po ustaleniu ceny na 12 złotych ruszyliśmy w kierunku dworca. Teraz już wiem, że za ten kurs powinniśmy płacić ok 2 -3 zł, jako świeżak w nowym kraju płaci się jednak trochę więcej, zanim przyjdzie rozeznanie w cenach. To jest normalne, i nie ma się co na to zbytnio oburzać. Po drodze odwiedziliśmy stacje benzynową, pod którą ledwo co dojechaliśmy. Silnik tego badziewia wydawał okrutne dźwięki, a całość sprawiała wrażenie, że zaraz się rozleci. Transport na Sumatrze jest wyjątkowo specyficzny- cechuje się zupełnym brakiem reguł. Po prostu nigdy nie wiadomo co nas spotka. Czy będzie dworzec? Jeden, a może więcej? Duże autobusy, czy małe vany? Drogo czy tanio? Pojadą teraz, czy za 5 godzin? Wszytko to zależy od konkretnego miejsca i szczęścia. Nie ma żadnych zasad!

bukitW przewodniku było napisane, że jeśli weźmiemy taxi to mamy się upewnić, że na pewno zawiezie nas na dworzec. Nasz kierowca tuk-tuka zabrał nas najpierw pod prywatny dom, na ścianie wisiał bilbord z wizerunkiem autobusu, a z boku była niby poczekalnia. I teraz pytanie skąd niby mamy wiedzieć czy to jest właściwe miejsce? Czy to jest główny dworzec dla całego miasteczka dla busów odjeżdżających w tym kierunku czy jest jakiś inny? Odprawiliśmy taryfę, zapytaliśmy w kasie i autobus miał być za 3 godziny i kosztować ok 27zł. Byliśmy głodni i wybraliśmy się na spacer i wtedy okryliśmy, że w Dumai jest faktycznie dworzec na którym siedziby mają 4 firmy. Niektóre kierunki kursów się pokrywają i wtedy można sobie wybrać tę firmę, która oferuje odpowiednią godzinę, bądź lepszą cenę. W zasadzie to ciężko wybrać między firmami, gdyż sprzedający bilety nie mówią wystarczająco dobrze po angielsku aby poinformować o różnicach między ich firmą a konkurencją. Zdecydowaliśmy się na autokar, który jechał najwcześniej. Bilet był nieco tańszy od tego w firmie przy domu. Później w podróży po Sumatrze odkryjemy, że część miasteczek nie ma żadnych dworców, ani nawet przystanków. W miasteczkach transport odbywa się najczęściej z prywatnych dworców. W wioskach wygląda to tak, że kierowca busa jedzie i trąbi na przechodniów obwieszczając swe przybycie, a chętni machają, żeby się zatrzymał. Innym razem to czekający na ulicy ludzie zatrzymują busa lub autokar, pytają kierowcę o kierunek i cenę i jeśli się dogadają, klient wsiada.

Umyślnie piszę o transporcie tak dużo, jest to bowiem najcięższy aspekt podróżowania po Sumatrze. Ten cały chaos zmiksowany z kiepskimi warunkami i powolnym tempem jazdy powoduje, że przemieszczanie się po tej cudownej wyspie to droga przez mękę. Średnia prędkość busa waha się zazwyczaj między 20 a 30 km/h. Dzieje się tak, gdyż drogi są tam fatalne, a ruch spory. Dodatkowo busy i autokary zatrzymują się co chwilę, aby zabrać lub wypuścić pasażerów. Kierowcy muszą też zjeść lub załatwić ważną sprawę. Przejechanie 250 km w ciągu jednego dnia to spore wyzwanie. Najlepiej też mieć nawigację GPS dostępną offline i samemu sprawdzać gdzie się jest. Kierowcy nie informują podróżnych gdzie się znajdują i łatwo przegapić swój przystanek. Jako turyści możemy liczyć na uprzejmą pomoc współpasażerów. W busach i autokarach można palić tytoń i ludzie to robią na potęgę. Czasami było widać jak ktoś czeka na przystanku, ale papierosa zapala dopiero jak wsiądzie do pojazdu. Nie przejmują się ani dziećmi, ani kobietami w ciąży.

Dojechaliśmy do miasta Medan, stolicy Sumatry. Jest to spore miasto liczące 2 mln. mieszkańców. Nie chcieliśmy go zwiedzać, więc pojechaliśmy bezpośrednio na dworzec z którego odchodziły busy w kierunku naszego celu Bukit Lawang. Droga busem była okropna, co chwilę wpadaliśmy w dziury, i dokuczało nam też zmęczenie. Byliśmy w ruchu już jeden dzień, całą noc i właśnie rozpoczynał się kolejny dzień. Pod koniec naszej drogi do busa wsiadł naganiacz i zaproponował nam nocleg. Wersja ekonomiczna to był pokój za 18zł z łazienką, wersja lux z klimą była 2x droższa. Cena bardzo nam odpowiadała jednak nie chcieliśmy korzystać z usług naganiacza. Po dotarciu na miejsce zorientowaliśmy się, że z jakiegoś dziwnego powodu zostaliśmy wysadzeni daleko od miasta. Nie chciało nam się targać bagaży więc wzięliśmy tuk-tuka, który nas podrzucił aż nad rzekę, która wyznacza centrum miasteczka. Naganiacz już tam na nas czekał, ponieważ byliśmy już wiele godzin bez snu, poddaliśmy się i poszliśmy za nim. Przecież zawsze można zrezygnować i poszukać czegoś na własną rękę. Jeśli się ląduje w zupełnie nieznanym miejscu, bez żadnego planu, tak jak my, to naganiacz może być bardzo przydatny. Nawet jeśli nie zdecydujemy się na to co on próbuje nam wcisnąć to zazwyczaj hotele są blisko siebie, więc przynajmniej będziemy w dobrym miejscu żeby zacząć szukać.

IMGP4783
Z Medanu miastowi przyjeżdżają na prowincję by zobaczyć dżunglę i inny styl życia. A tu proszę, jeszcze inna atrakcja się trafiła – białas! Fotka musi być 😉 Z bardzo sympatycznymi mieszkańcami Sumatry

Tym razem byliśmy prowadzeni przez całą miejscowość. Bukit Lawang robi niesamowite wrażenie. Jest jakby z innego wymiaru, tak bardzo inna od wszystkiego co znam. Nie mogłem uwierzyć, że takie miejsce naprawdę istnieje. Najdziwniej było przejść przez rzekę, przecinało ją parę prowizorycznych wiszących mostów. Te przeprawy wyglądały tak, jakby paru facetów skrzyknęło się na piwo i poniesieni alkoholem powiesili parę mostów. Zresztą kto wie? Może tak to właśnie wyglądało? Most wytrzymuje maksymalnie ciężar czterech osób, ale jeśli z drugiego końca wejdzie jakaś osoba to drgania konstrukcji stają się tak silne, że przejście jest walką o życie. Jest też przeprawa postawiona przez rząd, wygląda solidnie i bezpiecznie. Faktycznie jest wykonana lepiej, ale w połowie brakuje części balustrady i podłogi. A ponieważ jest zawieszona wysoko, jeśli się zatoczymy lub stracimy równowagę to śmierć jest gwarantowana. We wszystkich mostach są dziury, a istniejące deski nie budzą zaufania. Surrealizmu temu miejscu dodają ludzie pod mostem, są kobiety, które robią pranie, myjące naczynia i garnki, ludzie czerpiący wodę. Zawsze gdy patrzyłem na tę rzekę to była pełna nagich dzieciaków, które traktowały ją jak plac zabaw. Nie ma żadnej dorosłej osoby, która nadzoruje figle dzieci. Na brzegach rzeki wznoszą się dziwne konstrukcje, budynki zbudowane byle jak, swym istnieniem przeczące prawom fizyki. Jest spory wielorodzinny dom, którego jedna ze ścian osunęła się do rzeki. Jednak ludzie nadal tam mieszkają, patrząc na budynek widzimy jak mieszkańcy oglądają telewizję, lub szykują sobie obiad. Żyją w pomieszczeniach w których jedna ze czterech ścian kończy się przepaścią do wody! Ja byłem w szoku gdy to zobaczyłem, jako budowlaniec wiem, że taki uszkodzony budynek może w każdej chwili runąć, a przecież to jest region narażony na częste trzęsienia ziemi! Niestety na Sumatrze życie ludzkie nie ma dużej wartości.

IMGP4779 IMGP4786 IMGP4788 IMGP4791Miejsce do którego zaprowadził nas nasz naganiacz miało, sześć lepszych i sześć gorszych pokoi. Gorszy pokój był całkiem spory, było w nim łózko małżeńskie, drugie jednoosobowe i łazienka. Pokój był wyposażony w moskitierę i wiatrak, nawet sięgało do niego wi-fi. Wszystko było bardzo zużyte i trochę obleśne, jednak czyste. Wcale nam to nie przeszkadzało, zmęczeni nawet nie oglądaliśmy lepszego pokoju. Opłaciliśmy nocleg i choć był środek dnia poszliśmy spać. Okazało się, że między dachem a sufitem mieszkają jakieś zwierzęta, które robią się bardzo aktywne po zmroku. Obudziliśmy się wieczorem, zamówiliśmy sobie wspaniałą, śmiesznie tanią kolację i piwo. Mieliśmy poszukać jakieś agencji, która by nas zabrała do dżungli. Nie udało się nic znaleźć i ostatecznie znów skorzystaliśmy z usług naganiacza. Gdy wróciliśmy, to w naszej restauracji rozłożyło się paru lokalnych chłopaków z gitarą. Wszędzie unosił się dym marihuany, zresztą i nam wkrótce zaproponowano kupno tej rośliny za bardzo niską cenę. Do śpiewaków dołączali niektórzy turyści, wykonywano głównie utwory po angielsku. Byłem zaskoczony tym jak dobrze niektórzy lokalni śpiewają. Każdy był zachęcany do śpiewu, a Sumatrzanie byli zachwyceni gdy, ktoś zaśpiewał im coś nowego. Panowała cudowna, niezwykła atmosfera. Gdy siedziałem tak nad piwem, patrząc na mą żonę, która kiwała głową w rytm muzyki, będąc totalnie rozluźnionym, dotarło do mnie coś. To jest jedna z tych chwil w życiu, w której wszystko jest idealnie. Jeden z tych momentów, które na zawsze zostają w pamięci. Powstaje wtedy wspomnienie, do którego chętnie się wraca, wspomnienie czystego, szczerego szczęścia. Wieczór upłynął nam na śpiewach z miejscowymi, mieliśmy iść wcześnie spać by mieć siły na trekking. Daliśmy się jednak ponieść zabawie..

IMGP4777 IMGP4789 IMGP5019 IMGP5021 IMGP5027Okolice wioski również należą do bardzo ciekawych można odwiedzić Bat Cave, czyli jaskinie nietoperzy. Warto się wybrać bo jest fajnie położona w lesie i dosyć przestronna. Zrobiliśmy to podczas jednego z kolejnych dni w tym uroczym miejscu. Szlak do jaskini prowadzi przez interesujące tereny. Najpierw można zahaczyć o ścieżkę ekologiczną, gdzie rosną tropikalne rośliny i podpatrzeć, w jaki sposób miejscowi uprawiają różne owoce i warzywa. Dla mnie zaskoczeniem był krzak ananasa. Następnie idzie się przez las kauczukowy. Przez wiele lat była to główna roślina uprawna na tych terenach, została jednak wyparta przez palmę olejową. Uprawa kauczuku wymaga zbioru ściekającego mleczka każdego ranka i wieczoru (pozostawione na dłuższy czas zasycha, śmierdzi i przestaje się nadawać do dalszej obróbki). Zaś owoce palmy olejowej rosną b.szybko, ma się z niej znacznie większy dochód, a nakład włożonej pracy jest minimalny. Niestety na wyspie wypala się naturalne lasy, by zyskać ziemię pod uprawę palmy, niszczona jest dżungla, a wraz z nią unikalne zwierzęta. Kwestie ochrony środowiska nie są jednak interesujące dla żądnych zysków plantatorów i skorumpowanych władz.

IMGP5088
IMGP5034 Plantacja kauczukowca i zbierane w miseczki mleczko. Później przetwarzane na lateks.
IMGP5031
Owoce palmy olejowej, poniżej plantacja.

IMGP5086  IMGP5090

Samo wejście do jaskini jest ciekawe, prowadzi przez skalne stopnie wąskim gardłem wśród bujnej roślinności.  W środku panuje nieprzenikniona ciemność, przerywana od czasu do czasu piskami nietoperzy.

IMGP5055 IMGP5067

IMGP5074W Bukit Lawang zabawiliśmy kilka cudownych dni. Bardzo serdecznie polecamy to miejsce.

bukit1

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *