Skip to content

Safranbolu i okolice, tureckie wesele i opowieści o islamie

Posted in Turcja

Droga do Safranbolu wiodła głównymi traktami na Istambuł i Ankarę, była więc bardzo zatłoczona. Jednak pomimo tego jechało nam się wyjątkowo dobrze. Tureckie trasy szybkiego ruchu w przeważającej liczbie są pokryte dobrą nawierzchnią, szerokie i dobrze oznakowane. Czasem tylko zdziwi widok tira przewożącego kostki siana, naładowanego mocno ponad dach, tak że z tyłu wygląda niczym trapez do góry nogami.

IMGP0577

Jeżdżąc w Turcji co rusz natrafialiśmy na liczne przejawy gościnności mieszkańców. Tak było i wtedy. Zjechaliśmy na stację zatankować, jednocześnie zrobić sobie małą przerwę na drugie śniadanie. Mieliśmy ze sobą trochę chleba i ugotowane na twardo jajka. Nie minęła chwila, a zarządzający stacją już proponował nam napoje – kawę dla Łukasza i czaj dla mnie. Pod wieczór tego dnia również zrobiliśmy sobie postój by nieco odpocząć. Siedzący tam kierowcy ciężarówek i pracownik stacji zaprosili nas do swego stołu, czym prędzej zorganizowali czaj i zaczęli wypytywać o podróż i motocykle. Zawsze jest to nieco zabawne, bo odbywa się po turecku, języku w którym znamy zaledwie kilka grzecznościowych zwrotów i nazwy jedzenia. Ale prawda jest taka, że jeśli ktoś chce się porozumieć to da radę. Ostatecznie przy pomocy gestów, słów kluczy plus na końcu Google Translate zaspokoiliśmy ich ciekawość.

W Safranbolu czekał na nas nagrany przez CS host. CouchSurfing to organizacja zrzeszająca ludzi, którzy są zakręceni na punkcie podróży i mając w domu ekstra kanapę/łóżko/materac oferują ją za darmo do spania dla innych podróżujących. Świetnie działa w Turcji, gdzie ludzie są wyjątkowo gościnni i otwarci na innych. Z naszym gospodarzem byliśmy umówieni na około 18, jednak wszystko się przedłużało, postoje trwały nieco dłużej niż planowane, musieliśmy też jechać wolniej. Wszystko przez strasznie silny wiatr, który zerwał się późnym popołudniem i towarzyszył nam przez kilkadziesiąt kilometrów. Droga była bardzo pagórkowata z łagodnymi długimi zakrętami, ja musiałam zwolnić ze 110km/h do około 80 km/h, bo porywy wręcz spychały mnie z drogi. Kilka razy ścisnęło mnie w żołądku, jak motocykl przesunął się na jezdni o metr, czy półtora. Kontrowanie kierownicą nie dawało zbyt wiele, bo ciężko było przewidzieć kiedy nadejdzie kolejny podmuch. Drzewka wokoło drogi uginały się tak silnie, że tworzyły podkowy. Ostatecznie do miasta dotarliśmy około 20.00 i czekaliśmy na hosta, z którym umówiliśmy się na spotkanie na dworcu autobusowym.

Mehmet przyszedł elegancko ubrany, gdyż był to dzień wesela jego przyjaciela, na które właśnie się wybierał. Zaprosił na nie i nas – długo nie trzeba nam było powtarzać, taka okazja nie zdarza się często! Gdy dojechał do nas Ilker (drugi host, współlokator) pokierowaliśmy się do ich mieszkania, tam wzięliśmy szybki prysznic i przebraliśmy w bardziej stosowne ubrania. Było to nie lada wyzwanie, bo wśród naszych rzeczy nie ma nic eleganckiego. Dodatkowo po krótkiej rozmowie z hostami, okazało, się, że są religijni i tak np. niewskazane jest według ich wierzeń pokazywanie przez kobietę wewnętrznej części przedramienia. Zdecydowałam się więc na konserwatywny (w moim mniemaniu) strój – czarna bluzka z długim rękawem, czarne legginsy, a na nie chusta pareo, zawiązana tak, by zakrywać nogi, aż do kostek. Do tego gustowne butki do kąpieli w morzu na kamienistych plażach (jedyne pełne, nie trapery). Faceci mają o wiele łatwiej, także Łukasz założył po prostu długie spodnie i koszulę z długim rękawem, dopełniając także gustownymi butkami na plażę.

IMGP0594

Wesele odbywało się w hotelowym ogrodzie, pośrodku ustawiona była scena, gdzie stały wieńce kwiatów i rozlokował się zespół. Przed nią wyznaczono miejsce do tańca, otoczone wokoło przez okrągłe stoły. Nasz gospodarz wyjaśnił nam wcześniej, że jest to wesele bez jedzenia (do picia był sok i woda w buteleczkach 0,5l), sam ślub odbył się tydzień wcześniej, para jest nowoczesna tj. pan młody jest rozwodnikiem, ma dziecko z pierwszego związku, a para ma wspólne mieszkanie. Wyjaśnił nam również kilka zwyczajów związanych z tureckim zamążpójściem. Koszt przyjęcia pokrywa rodzina pana młodego, a tradycyjnym prezentem jest złoto. Panna młoda dostaje liczne bransoletki, które od razu zakłada na ręce i nosi podczas przyjęcia, mężczyznę obdarowują złotymi plakietkami, które przyczepia sobie do garnituru. Dowiedzieliśmy się również, że po ceremonii goście rzucają w młodych czekoladkami i cukierkami, które skwapliwie zbierają, liczne na takich rodzinnych wydarzeniach, dzieciaki.

IMGP0622Gdy dotarliśmy na przyjęcie było około 22, a impreza trwała w pełni – akurat był nieco wolniejszy utwór i goście tańczyli w parach. Później już żadnego przytulańca nie było. Zespół grał skoczne tureckie pieśni, a wszyscy z ramionami podniesionymi na wysokość barków tańczyli w tradycyjny sposób strzelając palcami i unosząc ramiona w rytm muzyki. Mnie także, widząc jak nieśmiało podryguję przy stoliku, porwała do tańca jakaś dziewczyna. Łukasza zaś w obroty zabrali młodzi Turcy. Tradycyjnie w większości kobiety tańczyły w kółeczkach ze sobą, a mężczyźni w swoich kręgach. Oczywiście okazało się, że mój zachowawczy strój był zupełnie niepotrzebny. Owszem połowa kobiet, zwłaszcza starszych była w długich płaszczach i chustach, ale wiele młodszych ubrało normalne sukienki koktajlowe. Nasi gospodarze już na początku przyprowadzili do nas parę młodą, której to pogratulowaliśmy ożenku i złożyliśmy życzenia. Między jednym, a drugim tańcem podchodzili do nas również rodzice nowożeńców, witając się i dziękując za przybycie. Panna młoda w białej sukni typu księżniczka w zachodnim stylu kręciła się po parkiecie zachęcając innych do tańca i pozując fotografowi.

IMGP0602W pewnym momencie zrobiło się niewielkie zamieszanie – to kumple pana młodego ”porwali” go na zewnątrz ogrodu. Tam, zgodnie z tradycją, został pobity (raczej przyjaźnie poklepany po potylicy). W ten sposób przyjaciele mszczą się na nim, że opuszcza ich grono, jednocześnie zapewniając mu ostatnią bójkę, by podczas małżeństwa się nie kłócił z żoną.

IMGP0601W okolicach 23.00 goście zaczęli powoli wychodzić, pół godziny później muzyka przestała grać i pozostali ludzie ustawili się w ogonek by sfotografować się z para młodą. Gdy nie było już prawie nikogo i my zrobiliśmy sobie fotkę z głównymi bohaterami wieczoru, dziękując im serdecznie za możliwość uczestniczenia w ich weselu i niezwykłej, niezapomnianej zabawy.

IMGP0632Choć był już środek nocy nasi gospodarze zabrali nas do bardzo eleganckiej restauracji na późną kolację. Tak naprawdę to byliśmy wyjątkowo głodni, bo ostatnią rzeczą jaką jedliśmy był jajeczny lunch. Każde z nas wybrało sobie inne danie, by móc spróbować jak najwięcej pyszności. I tak na stole wylądowały cuk kofte, czyli doprawiona na ostro kasza bulgur mocno rozwałkowana i uformowana w kogucie grzebienie, w towarzystwie sałaty do zawinięcia, oraz coś jak kiszona kapusta i ogórek w formie sałatki, jako przystawki. Zamówiłam baraninę opiekaną na grillu w formie szaszłyków, a Łukasz gulasz wołowy. Do wszystkiego podano nam płaskie placki i płaski pyszny chleb. Wszystko popijaliśmy smacznym ayranem, czyli posolonym jogurtem wymieszanym z wodą, podanym w oryginalnych metalowych kubeczkach. Po takiej uczcie gospodarze zabrali nas jeszcze do historycznego centrum miasta, by pokazać stare miasto oświetlone nocą.

kolaz jedzenie mehmet ilkarGdy wróciliśmy do mieszkania hostów wybiła już druga. Oboje zajmowali się programowaniem i obsługą informatyczną w pobliskiej fabryce. Wynikł tam jakiś niewielki problem, także zdecydowali się naprawić go od ręki i w środku nocy pojechali tam, mówiąc nam, że mamy iść spać, ale oni będą z powrotem za godzinę. Gdy rankiem wstaliśmy o dziewiątej, zauważyliśmy, że naszych gospodarzy nadal nie ma, a na telefonie jest kilka nieodebranych połączeń. Rezolutnie stwierdziliśmy, że najwyraźniej problem w fabryce był większy, a oni chcieli nas zawiadomić, że jednak nie przyjadą na noc do domu. Jak się okazało, trochę po trzeciej w nocy dobijali się do wejścia, jednak nikt im nie otworzył. Łukasz zamknął drzwi na zamek, do którego akurat zapomnieli zabrać klucza. Dzwonili na jego komórkę, ale była wyciszona. Bardzo wdzięczni z nas goście – chłopaki oddali nam swoją sypialnię, a my w podzięce załatwiliśmy im nocną przygodę i nocleg kątem się u kumpla 😉 Na szczęście wszystko potraktowali z uśmiechem.

W południe wybraliśmy się na zwiedzanie. Safranbolu to miasto skansen, tętniące życiem. Z uwagi na oryginalną zabudowę i pięknie zachowaną architekturę starych domów z czasów osomańskich zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Latem jest tu niezwykle gorąco, jednak dawniej mieszkańcy doskonale radzili sobie z tą niedogodnością – posiadali dwa domy. W centrum miasta na zimę, oraz wyżej położony górski dom letni, w tak zwanych Winnicach (Baglar). Miasteczko prosperowało bardzo dobrze, a miejscowi byli zamożni. Tajemnica ich dobrobytu to szafran, jedna z najdroższych przypraw świata., od którego nazwę wzięło samo miasto. Innymi źródłami dochodu były również kowalstwo i przemysł skórzany. Warto powłóczyć się uliczkami by poczuć atmosferę tego miejsca.

IMGP0759IMGP0757Gdy już nie mogliśmy wytrzymać gorąca, poszliśmy do meczetu. Jego grube, stare mury zapewniały miły chłód. Mehmet był doskonałym przewodnikiem, opowiadał nam o historii budynku i jego architekturze. W pewnym momencie tematy zeszły na kwestie religijne. Mieliśmy kilka pytań, ale mówił również wiele sam z siebie. Muzułmanie mają nakazane wierzyć w cztery księgi (żydowską Torę, Stary Testament, Nowy i Koran), jednak tylko Koran podyktowany był przez boga. Pozostałe są wyłącznie jego dopełnieniem. Wierzą również w proroków, w tym m.in. Abrahama, Mojżesza, Jezusa i najważniejszego Mohameta. Temu ostatniemu bóg (Allah) zesłał wersety do świętej księgi – Koranu. Mohamet był niezwykle uczciwym i szczerym człowiekiem, kochanym przez ludzi. Ze względu na jego dobro bóg wybrał go do głoszenia swojego słowa i zapoczątkowania religii. Mohamet bał się tak wielkich czynów, wiele osób było przeciwnych prawdom, przez niego głoszonym. By utwierdzić go w wierze wiele razy nawiedzał go archanioł Gabriel. Gdy ostatecznie zgodził się szerzyć islam, pierwszym jego wyznawcą została jego żona, która powiedziała, że zawsze mu ufała i wierzyła, tak i teraz wierzy we wszystko co on głosi.kolaz meczetJest pięć nakazów islamu, według których powinni żyć jego wyznawcy.
Pierwszym z nich jest nakaz modlitwy. Muzułmanie powinni modlić się pięć razy dziennie, w porach ściśle wyznaczonych, które widnieją na zegarach przy wejściu do każdego meczetu. Na modlitwę śpiewając wzywa muezin z minaretu. Przed modlitwą muszą się obmyć (przy meczecie znajduje się miejsce do obmycia): trzy razy twarz, uszy, nos i kark, wypłukać usta wodą trzy razy, obmyć ręce i stopy. Następnie wchodzą do meczetu, zdejmując uprzednio buty. Do meczetu, jako miejsca, gdzie człowiek spotyka się z bogiem, należy wejść umytym i w czystym, schludnym ubraniu. Imam prowadzący modlitwę staje we wnęce w środkowej ścianie meczetu, twarzą do ściany (zwrócony w stronę Mekki, gdzie urodził się Mohamet) i intonuje modlitwę. Wszyscy zaczynają ją stojąc w rzędach na dywanie, następnie przyklękują i biją pokłony czołem do ziemi. Kobiety i mężczyźni mają osobne wejścia i sale do modlitwy w meczecie, by się nawzajem nie rozpraszać.

Drugim nakazem jest poszczenie w ramadan. Przez cały miesiąc nie wolno jeść, ani pić od świtu do zmierzchu słońca. Według opowieści naszego gospodarza w dawnych czasach (ale doskonale sprawdza się i dziś) miało to na celu uświadomienie bogatym jak czują się ludzie biedni, którzy głodują całymi dniami, a także było wskazane zdrowotnie. Oczywiście istnieje wiele odstępstw od tego nakazu – ludzie chorzy, dzieci i kobiety w ciąży są zwolnieni z poszczenia.

Kolejnym filarem religii jest hadżdż, czyli pielgrzymka do Mekki. Każdy muzułmanin powinien ją odbyć w ciągu swojego życia. Z założeniem jednak, że stać go na tę podróż (Mekka jest w Arabii Saudyjskiej, a wyznawcy islamu są rozsiani po całym globie).

Następną zasadą jest jałmużna. Muzułmanin ma obowiązek dawania datków na biednych. Powinny wynosić 1/40 jego rocznego wynagrodzenia. Najczęściej przekazuje się pieniądze zubożałym krewnym, bądź znajomym w potrzebie. Przy wejściu do meczetu jest także skrzynka na datki. Dużą rolę odgrywa tu anonimowość darczyńcy. Nikt nie powinien wiedzieć kto i ile ofiarowuje. Jak zacytował Koran Mehmet: ”twoje prawe oko nie widzi, co lewe widzi”. W dawnych czasach w ścianach meczetu były skrytki, gdzie bogatsi obywatele mogli włożyć pieniądze, bądź produkty. Biedni, pod osłoną nocy przychodzili i brali tyle, ile potrzebowali, dbając, by zostało coś dla kolejnego potrzebującego. Dzisiaj praktykowanie tego zwyczaju nie ma sensu, ze względu na nieuczciwość ludzi…

Muzułmanie wierzą, że nie powinno się przedstawiać wizerunku boga, bo nikt nie wie jak on wygląda, dlatego ściany meczetów przyozdabiają misternie wykonane esy-floresy. Wieszają również napisy Allah i Mahomet.

Zapytaliśmy Mehmeta co sądzi o terroryźmie w imię Allaha. Nie był zaskoczony naszym pytaniem. Stanowczo stwierdził, że zabijanie mówiąc ”Allah Akbar” (bóg jest wielki) to bluźnierstwo, gdyż islam jest religią pokoju. Opowiedział nam, jak to Mohamet w początkach swojej działalności miał wielu przeciwników, którzy próbowali go zabić. Ścigali go do jaskiń w górach, gdzie ten się ukrył. Wtedy Allah zesłał pająka, który uwił sieć zasłaniającą całe wejście. Tamci widząc to stwierdzili, że niemożliwe jest by ktokolwiek się tam ukrywał, bo pajęczyna jest nierozerwana i poszli w powrotem w doliny. Wtedy bóg z pomocą Gabriela złożył mu propozycję: powiedział, że przykryje ich górami, tak że Mohamet nie będzie musiał już przed nimi uciekać czy z nimi walczyć. Ten jednak odmówił, mówiąc, że nigdy nie wiadomo, czy ich synowie, bądź wnuki nie będą wyznawać Allaha, a jakby mógł żyć ze świadomością, że zabił rodzinę współwyznawców.

Opowieści naszego gospodarza były niezwykle ciekawe i pouczające. Oczywiście życie nie jest tylko czarne, bądź białe, więc na wszystko trzeba patrzeć myśląc samodzielnie. Wcześniej funkcjonowało pojęcie dżihad, a wojna religijna nie była niczym zarezerwowanym dla jednej religii – w chrześcijaństwie powszechne były krucjaty. Jednak to wszystko działo się wieki temu, dzisiejsze wojny z prawdziwą religią nie mają nic wspólnego. To walka o wpływy i pieniądze. Jednak niewykształcony lud najłatwiej omamić prostymi hasłami, by móc nimi dowolnie manipulować.

Po opuszczeniu meczetu włóczyliśmy się jeszcze trochę po starym mieście, zaglądając na bazar, gdzie sprzedawano lokalne rękodzieło, tradycyjne wyroby skórzane, metalowe i drewniane, a także tureckie przysmaki i cebulki szafranu.

Turcja na kolaze1
IMGP0651 Lokalny wyrób słodyczy – ciągutek
IMGP0680
W karawanseraju zaadoptowanym na hotel. Z trudem namówiłam Łukasza na tę fotkę, ale chyba wpasowalibyśmy się by żyć w czasach imperium osomańskiego… 🙂

IMGP0675 Pod wieczór spotkaliśmy się z naszymi hostami i ich pracodawcą. Łukasz nawet omawiał potencjalne plany biznesowe. Właściciel hotelu, gdzie popijaliśmy herbatki przy, jakże zajmujących, gadkach o spawaniu i metalowych konstrukcjach; zaproponował nam darmowy nocleg. Niezwykle kuszące było przespanie się w oryginalnych osomańskich wnętrzach, gdzie drewniane belki i meble liczą sobie kilkaset lat, jednak musieliśmy odmówić (kolejny host już na nas czekał).Turcja na kolazeDrugiego dnia pobytu musieliśmy zmienić hosta – tym razem trafiliśmy na mega wyluzowanego studenta informatyki, Ufuka. Choć przyjechaliśmy do niego wieczorem, a on miał następnego dnia trzy egzaminy i powinien się uczyć to z chęcią zrobił sobie przerwę na kilka piwek i opowieści o podróżach. Doradził nam zwiedzenie okolicznych atrakcji, narysował nawet mapkę. Rankiem następnego dnia nakreśliliśmy trasę: najpierw wioski z zabudową osmańską Yoruk Golu i Konari, potem szklany taras wybudowany nad kanionem rzeki, następnie jaskinia Bulak Mencilis Magarasi, a na końcu malownicza droga do Yanice.

Posłuchaliśmy jego wskazówek i na początku wybraliśmy się obejrzeć osmańskie zabudowania w okolicznych wioskach. Faktycznie okazały się bardzo interesujące. Przy niektórych siedziały wiekowe babuszki sprzedając zioła i własne wyroby (niestety nie chciały bym robiła im zdjęcia).

IMGP0738Włóczyliśmy się pośród osomańskich domów, składających się z dwóch lub trzech pięter. Ich szkielet zbudowany jest z drewna, a przerwy pomiędzy belkami wypełniane są słomą i błotem. W późniejszym okresie część z nich została otynkowana. Obecnie wiele znajduje się w ruinie i czeka na renowację. Chodząc pomiędzy nimi trafiliśmy na otwarte drzwi domostwa, które zachęcało do bliższego przyjrzenia się wnętrzu. Warunki w środku przypominały te sprzed kilkudziesięciu lat temu. Życie codzienne w takich pomieszczeniach wydawało się nam ciężkie. Zresztą było widać, że nie ma tam zbyt wielu młodych ludzi.

IMGP0739IMGP0741IMGP0742

IMGP0744

IMGP0750

Po zwiedzeniu wioski udaliśmy się obejrzeć widok na kanion Tokatli z tzw. kryształowego tarasu. Miejsce okazało się bardzo licznie odwiedzane przez tureckich turystów, którzy fotografowali się na prawo i lewo w różnych pozach. Taras jest zbudowany ze szkła i wsparty na stalowych dźwigarach nad rozpościerającym się poniżej kanionem z leniwie płynącą rzeką. Z założenia ma być ekscytująco – chodzić po przezroczystym szkle z przepaścią pod stopami. Niestety jest one na tyle wytarte, że bardzo niewiele widać w dole, stąd zero dreszczyku przy wchodzeniu.

IMGP0770IMGP0778IMGP0772Zaraz obok znajduje się Incekaya Su Kemeri. Czyli stary kamienny akwedukt.

IMGP0774

Kolejną poleconą nam atrakcją była jaskinia Bulak, znajdująca się w głębokiej skalnej dolinie, gdzie prowadziła urokliwa droga. Aby wejść do jaskini trzeba pokonać kilkadziesiąt schodów do góry. Jednak wysiłek się opłaca, gdyż w środku czeka kilka kilometrów pięknych nacieków skalnych. Panuje przyjemny chłód (około 10-15°C), korytarze są dyskretnie oświetlone: zupełnie wystarczająco, by dostrzec piękne formacje skalne i podziwiać różnorakie kształty nacieków. Jednocześnie jest na tyle mrocznie, że czuje się lekki dreszczyk obserwując liczne cienie i ciemne zakamarki. Ze ścian kapie woda, jest wilgotno, a każdy krok odbija się echem. Choć na drodze do wejścia jest tłoczno (tureckie rodzinki zwiedzają swój kraj) to wewnątrz ludzie się rozchodzą i przez większą część zwiedzania byłam zupełnie sama (Łukaszowi nie chciało się zwiedzać). Bardzo mi się to podobało. Entuzjastom jaskiń śmiało mogę polecić to miejsce!

IMGP0780

IMGP0800

IMGP0807

Ostatnim punktem wycieczki był przejazd drogą do Yanice. Dzień powoli się kończył, jednak zdecydowaliśmy się dać ponieść wiatrom i przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów w stronę Yanice. Trasa okazała się bardzo malownicza, po naszej prawej i lewej stronie rozciągały się góry, droga poprzecinana była licznymi tunelami. W kanionie lawirując płynęła rzeczka.

IMGP0812

IMGP0815Po powrocie zaplanowaliśmy kolejne miejsca do odwiedzenia na naszej trasie w drodze nad Morze Czarne: Havrę i Amasyę.

Praktyczne informacje:
Na objazd okolic Safranbolu można wybrać się dysponując własnym środkiem transportu, lub taksówką.
Wstęp na Cristal Terrace to koszt 3 lir. Parking przy tarasie ti 2 liry/motocykl, 3liry/samochód.
Wstęp do jaskini Boluk kosztuje 3 liry.

IMGP0823

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *