Skip to content

Rajski archipelag Pulau Banyak

Posted in Indonezja, and Sumatra

Marzyliście kiedyś o cudownych plażach, pokrytych mięciutkim białym piaskiem, oblewanych przez ciepłe morze o turkusowym kolorze? O miejscu gdzie w ciszy, bez obecności innych ludzi możecie usiąść w cieniu palmy i zrelaksować się, jak nigdy dotąd? Liczne foldery turystyczne reklamują tak wiele destynacji, jednak na miejscu często zastaje się tłumy innych turystów. Jednak takie miejsca naprawdę istnieją! Chcecie dowiedzieć się gdzie? Zapraszam więc do lektury o naszym pobycie na bezludnej wyspie u wybrzeży Sumatry.

Po opuszczeniu pięknego jeziora Toba, ruszyliśmy w stronę wybrzeża. Mieliśmy ochotę spędzić trochę czasu na plażach. Długo nie mogliśmy się zdecydować gdzie właściwie chcemy jechać. Sumatra oferuje tyle fantastycznych miejsc, że podróżnik czuje się jak dziecko w sklepie z łakociami. Chciałby wszystko, ale może wybrać tylko kilka.

Dunka, która była z nami na trekingu w dżungli bardzo nas namawiała na odwiedzenie wysp Banyak, a zwłaszcza wyspy Sidikalang. Inne opcje były albo drogie, albo wymagały sporo czasu by się nimi nacieszyć. Zdecydowaliśmy się więc skorzystać z jej rady.

Aby dotrzeć na wyspy trzeba najpierw dojechać do portowego, trochę smutnego miasteczka Singkil. Mimo, że do przejechania było 270km to i tak podróż zajęła nam cały dzień. Dotarliśmy tam późnym wieczorem. Bus zawiózł nas do bezpośrednio do hotelu. Miał to być najlepszy hotel w miasteczku, jednak pomimo tego cena była przystępna.

Na miejscu zorientowaliśmy się, że najlepszy hotel w Singkil, to tak naprawdę konkretna nora. Po pokoju biegały olbrzymie karaluchy. Były wielkości połówki śliwki ok 3-5 cm długie ciała plus czułki. Zdepnąłem te, które udało mi się dorwać, ale na pewno trochę ich przede mną uciekło. Po paru minutach zauważyłem kątem oka, że ciało zabitego karalucha się przemieszcza, trochę mnie to zaniepokoiło. Podszedłem bliżej, aby zbadać sprawę i dostrzegłem setki mrówek które ciągnęły ciało karalucha do swojego mrowiska w ścianie. W tym „najlepszym hotelu” był cały ekosystem.. W łazience czekała nas kolejna niespodzianka. Nie ma prysznica, a jedynie pojemnik z wodą z czerpakiem. Czerpak służy też do podmywania się po ”dwójce”. Tutaj robi się trochę ciekawie i obleśnie zarazem. Przyjrzyjmy się temu!

Wiele społeczeństw podmywa się po wypróżnieniu, ta praktyka popularna jest w krajach muzułmańskich. Nas Europejczyków uważa się za brudasów, którzy rozmazują papierem, zamiast porządnie umyć. Skłonny jestem się z tym nawet zgodzić, bo lepiej jest być czystym po nr2. Ale takie rozwiązanie sprawdza się tylko w pewnych warunkach. Dobrze, moim zdaniem, robią to Turcy i Tajowie. Używają oni papieru tak jak my, a następnie myją się bieżącą wodą z mydłem. Potem myją ręce mydłem i sprawa zakończona. Oczywistym jest, że jest higieniczniej, niż tylko w przypadku użycia papieru. Ale można zrobić to też w obrzydliwy sposób – taki jak robią to min. na Sumatrze. Nie używa się bieżącej wody, wodę czerpie się z naczynia obok ustępu. Tym naczyniem może być zwykła miska, wiaderko, albo wymurowana i wykafelkowana wanienka. Czasami te pojemniki na wodę są naprawdę spore, raz widziałem, że pływały w nim ryby (tak, ryby, w toalecie!).

Łatwo sobie wyobrazić sytuację gdy ktoś niechlujny, lub nieostrożny wsadzi „upapraną” rękę do wody. Poza tym w tych toaletach nie ma umywalki jest jedynie to naczynie. Gdzie myją rękę, którą się podmywają? Jeśli jedną ręką trzymają czerpak to jak niby myją brudną rękę? Zapewne tak, że wkładają obie ręce do naczynia i tam pozostawiają część swoich fekaliów. W tych toaletach NIGDY nie było mydła.. więc fekalia na rękach są jedynie myte w wodzie. Nie używają też papieru toaletowego, by najpierw usunąć większość „towaru”. Dla mnie ręka, która służy komuś do potarcia i pomycia i zostaje tylko opłukana w wodzie jest nadal cholernie brudna. Zgadzacie się? Woda w tych pojemnikach często miała paskudny kolor, co by sugerowało, że nie jest zmieniana zbyt często. A przecież wychodzi na to, że każda osoba myje się rozpuszczonymi fekaliami swoich poprzedników i dokłada swoje. Coś mi się nie wydaje, żeby ludzie nosili przy sobie swoje własne mydła.. A więc wszyscy mają nieustanie ręce brudne od.. sami wiecie czego.

Wróćmy jednak do naszego hotelu, cała łazienka to było właśnie takie naczynie, ustęp – taki na którym się kuca i mały kranik. Żadnego prysznica, żadnej umywalki. Woda w pojemniku wyglądała obrzydliwie, na dole nawet widać było osad – ciekawe z czego. Ta woda miała nam służyć jako prysznic, mieliśmy się polewać czerpakiem, który innym służy do podmywania. Ludzie tam naprawdę się tak myją, czyli nie tylko mają brudne ręce, opłukują się wodą, w której prawdopodobnie są fekalia innych osób. My użyliśmy naszego kubka i braliśmy wodę bezpośrednio z kranu, a nie z brudnego pojemnika.

Rano poszliśmy z plecakami do portu. Właściwie port to określenie lekko nad wyraz… miejsce wyglądało jak z jakiegoś post apokaliptycznego filmu, choć miało też swój urok. Wiedzieliśmy, że dwa razy w tygodniu pływa tam prom pasażerski. Podszedłem do gościa który układał towar na łodzi i zapytałem go, czy płyną na Banyak. Zrozumiał nazwę, pokazał mi palcem swoją łódź, potem gest „ok”. Zapytałem na migi ile kosztuje bilet, trąc kciukiem o środkowy i wskazujący palec. Wyciągnął banknoty z portfela wskazał na nas oboje i wyliczył ilość rupii jakiej oczekiwał. My uznaliśmy, że to za drogo. Pokazaliśmy mu mniejszą sumę. Zrozumiał o co nam chodzi, uśmiechnął się i pokazał znowu ok. Poklepałem rękę tam gdzie powinien być zegarek i wzruszyłem ramionami pokazując palcem łódź. Wyciągnął z kieszeni telefon i wystukał 14.30. Mieliśmy jeszcze prawie godzinę do wypłynięcia. Pokazaliśmy, że idziemy coś zjeść, pakując sobie niewidzialne jedzenie do ust. Pokazał, że ok. Po czym wskazał nasze plecaki i miejsce na łodzi. To oznaczało, że jeśli chcemy to możemy tu zostawić nasze bagaże. W dużych plecakach mieliśmy prawie wyłącznie ciuchy, więc chętnie się ich pozbyliśmy.

IMGP5254 IMGP5257 IMGP5260Znaleźliśmy miejsce żeby zjeść, ale było pełne gości. Samych facetów, którzy przestali nawet rozmawiać gdy weszliśmy. Gapili się ciągle na nas, właściwie to głównie na Anię. Zamówiliśmy jedzenie, tymczasem obserwujący wyłonili spośród siebie tego, który ma z nami rozmawiać. Pierwsze pytanie: „Niemcy?”, „Nie, Polacy” odpowiedzieliśmy. Nachylili się nad stołem intensywnie dyskutując, jeden z nich się odwrócił „Z Europy?” Uśmiechnąłem się i skinąłem głową. „Witajcie” odpowiedział ich delegat po czym wszyscy zaczęli się uśmiechać. I jak tu nie lubić Sumatry? Zanim wrócili do swoich rozmów to jeden z nich podszedł do naszego stołu popatrzył na moje okulary i zapytał, czy może sobie je wziąć. Inni wybuchnęli śmiechem, więc to miał być dowcip. Powiedziałem, że nie, bo okulary są mi potrzebne, ale za to może wsiąść moją żonę. To rozbawiło towarzystwo, trochę mniej Anię. Po ciepłym pożegnaniu wróciliśmy na łódź. Trochę się spieszyliśmy bo naiwnie myśleliśmy, że łódź może odpłynie o czasie. Nic z tych rzeczy.

Pomimo tego, że czas kiedy powinniśmy odpłynąć już dawno minął, to wciąż przychodzili nowi ludzie, a tuk-tuki dowoziły towary. Kapitanowi i załodze zależy na zysku, a ten jest ściśle powiązany z ilością zabranego ładunku. Im więcej tym lepiej. Byliśmy ostatnią łódką, tego dnia więc z perspektywy zarobku należało czekać, z perspektywy bezpieczeństwa.. A kto by się tam przejmował takimi pierdołami jak bezpieczeństwo!:) Gdy w końcu łódź była pełna (moim zdaniem przeładowana), usadzono nas na i pomiędzy ładunkami. Odpalono silnik i.. wszyscy zrobili sobie przerwę na jedzenie. Ryż wpychano do ust rękoma. W tej części świata tak się je. Podobno przez używanie metalowych lub plastikowych sztućców pokarm smakuje gorzej. Mnie ten sposób obrzydzał, zwłaszcza mając w pamięci obrazy z tamtejszych toalet. Po przerwie na posiłek, trzeba było rozwiązać problem ze śrubą. Dwóch gości wskoczyło do brunatniej wody i założyło nową. Po posiłku wszystkie folie, kubki, butelki wyrzucono do…wody! Tak i tutaj dochodzimy (do moim zdaniem) największej wady Indonezyjczyków. Strasznie śmiecą! Morze jest dla nich jednym wielkim wysypiskiem śmieci. Wszystko ląduje zawsze w wodzie, w morzu. Gdyby któryś z moich znajomych wrzucił całą torbę śmieci do morza.. to automatycznie skreśliłbym go z listy osób, które lubię. Nikt przecież nie chce utrzymywać znajomości z burakiem, a w Indonezji takie zachowanie jest normą. Może zapytacie jak poważny jest problem? Otóż gdy płynęliśmy tą łodzią, a potem innymi w całkiem niedostępne miejsca, zawsze w zasięgu mojego wzroku, znajdowało się ok 10 dryfujących butelek, czy innych śmieci, a to było na pełnym morzu. Gdy szedłem ponurkować z maską widziałem dużo więcej śmieci, zatopione plastiki, torby owinięte wokół koralowców. Bardzo smutny widok. Szacuje się, że jeśli Indonezja nie zacznie rozwiązywać problemu już w 2030 roku masa zatopionych śmieci przekroczy masę żywych istot (ryb, krewetek, itp.) To znaczy, że w ich morzach będzie więcej śmieci niż pokarmu. A dieta bardzo wielu Indonezyjczyków opiera się na owocach morza. Społeczność międzynarodowa wywiera jakieś tam naciski, ale nic to tak naprawdę nie zmienia. Pewnie zajmą się problemem jak już będzie naprawdę za późno.

Tutaj pozwolę sobie na ocenę zachowania tych ludzi. Otóż wielu spotkanych turystów i podróżników usprawiedliwia postępowanie miejscowych brakiem edukacji, nieświadomością ekologiczną, biedą. A znienawidzony przeze mnie autor przewodnika „Lonely Planet” pisze nawet, że jako turysta zaczniesz postępować w końcu tak jak miejscowi i też będziesz śmiecić. Nie zgadzam się z tym. Jadąc przez różne kraje odkryliśmy, że jedne narody są czyste, a inne nie. Mimo, że poziom edukacji czy biedy jest podobny. Dla mnie kwestia podejścia danego narodu do śmiecenia jest ściśle powiązana z ludzką przyzwoitością i wyobraźnia obecną w danym społeczeństwie. Wyobraźmy sobie człowieka, który nie ma toalety w swoim domu i zaczyna się wypróżniać w rogu jednego z swoich pokoi. Nie trzeba mieć stopnia naukowego, albo analitycznego umysłu, aby się domyślić, że dom wkrótce nie będzie się nadawał do zamieszkiwania. Taka sama sytuacja panuje w Indonezji z tym, że jeśli porównamy ich morza do domu, to wyjdzie nam, że wypróżniają się we własnej kuchni. Niestety nie potrafię patrzeć na tych ludzi inaczej niż jak na skrajnych brudasów i ignorantów. Gdzieś tu leży granica tego co akceptuję. Może to dlatego, że uważam, iż nie mają prawa niszczyć naszego domu, którym jest Ziemia. To, że tam mieszkają nie znaczy, że mogą wszystko dewastować.

Tymczasem łódź wypływała z portu, na skutek trzęsienia ziemi parę lat temu ta część wybrzeża obniżyła się o pół metra i stary port znalazł się częściowo pod wodą. Mijaliśmy opuszczone budynki, w które uderzały fale. Łódź była tak wyładowana, że co chwilę tarła dnem o piasek. Ledwo udało nam się wypłynąć. Na morzu wypatrzyliśmy delfiny i chyba wieloryba (tylko ja go widziałem i akurat się zanurzał). Współpasażerowie byli dla nas bardzo uprzejmi i zarazem bardzo nas ciekawi. Rozmowę prowadziła Ania, ja nie mogłem się zmusić, byłem zbyt rozgniewany i zasmucony ich zachowaniem.

IMGP5261 IMGP5264IMGP5281 W pewnym momencie dopadła nas burza, jakiś facet rzucił mi kawałek liny i dał znać oczami, że mam mu pomóc zabezpieczyć ładunek i panie przed wodą. Inni mężczyźni też zabrali się do pracy. Udało się nam na czas, choć trochę ich rozbawiły moje niezdarne węzły. Do pierwszego portu na wsypie Tuangku dopłynęliśmy wieczorem, wioska była w całości zbudowana na palach i jak się później dowiedzieliśmy była skupiskiem bardzo dyskryminowanych w tym regionie chrześcijan. Jeden z współpasażerów doradził nam abyśmy popłynęli do następnej wioski, bo jedynie tam uda się znaleźć nocleg. W docelowym porcie panował spory chaos, w ciemnościach mieszkańcy wyspy odbierali swoje towary od załogi. Nasze plecaki były na samym dnie, więc musieliśmy poczekać. Wszystkie śmieci z łodzi znów wylądowały w wodzie.

IMGP5268W wiosce była jedna główna ulica, nawet wyłożona kostką. Ruszyliśmy tę drogą, bo jak nam powiedziano jakiś kilometr od portu będzie hotel. Mimo, że było ciemno wszyscy nas obserwowali, serdecznie się do nas uśmiechając. Dzieciaki na ulicy nas pozdrawiały, a zaraz potem biegły do domu po rodzeństwo i rodziców, żeby oni też mogli zobaczyć i przywitać „białasów”.

IMGP5271 IMGP5272 IMGP5273 IMGP5274 IMGP5275Trochę nas krępowała ta cała uwaga, jednak serdeczność tych ludzi nie miała końca. Wszyscy do nas machali uśmiechając się. Hotel oczywiście przegapiliśmy, o czym poinformowali nas mieszkańcy wyspy, pewnie dlatego, że wyglądał jak zwykły dom. Właściciele gospody (a nie hotelu) nie byli już tak szaleńczo przyjaźni, byli uprzejmi, jednak zachowywali dystans. Podejrzewam, że zetknęli się z rozpieszczonymi zachodnimi turystami. W naszym pokoju było gorąco jak w piekarniku, ciepło promieniowało ze ścian. Dostaliśmy jeden wiatrak, za który byliśmy niezmiernie wdzięczni, bo bez niego sen nie byłby możliwy. Zjawił się też syn właścicieli i razem z nimi zaczął nas przekonywać, abyśmy zmienili plany i popłynęli na inną (Tailanę) bezludną wyspę niż planowaliśmy. Mieliśmy polecone miejsce i nie bardzo nam się uśmiechało zmieniać je na coś nieznanego. Podziękowaliśmy uprzejmie i poszliśmy spać.

Rano musieliśmy znaleźć rybaka, który mógłby nas przetransportować na naszą bezludną Pulau Sikandang. Zanim doszliśmy do portu udało nam się dogadać z facetem, który miał nas zabrać do celu. Zjedliśmy obiad, uzupełniliśmy zapas wody i poszliśmy po rybaka do jego domu. Ten wziął od nas pieniądze, ale zanim poszliśmy do łódki, to najpierw musieliśmy kupić benzynę. Cali spoceni po wycieczce wokół wioski wreszcie dotarliśmy do portu. Szczęśliwi zrzuciliśmy plecaki i obserwowaliśmy rybaka, jak przez 15 minut stara się odpalić silnik. Gdy już odpalił maszynę to przypłynęliśmy jedyne 100 metrów i okazało się, że śruba jest uszkodzona. Niezrażony tym faktem rybak wymontował śrubę i pobiegł do wioski po nową, przywiązał łódkę i nas w niej siedzących do pobliskiego słupa. Jedna mała linka i dość silne fale to nie najlepsze połączenie. Lekko podenerwowany cały czas usiłowałem utrzymać łódkę z dala od skał. Gdy wrócił pomogłem mu obrócić łódkę, zamontował śrubę i ruszyliśmy.

Widoki były piękne, widać było dno na wiele metrów, palmy na plaży. Po jakiś 15 minutach silnik znowu zgasł i ponownie musiałem utrzymywać łódkę z dala od skał. Ania zaskoczona moją współpracą z rybakiem zapytała się czemu to robię i skąd wiem co mam robić. Powiedziałem jej, że rybak mnie poprosił o pomoc. „Przecież nic nie powiedział!”. „Wystarczyło, żeby pokazał oczami wiosło, a potem skały, nie musiał nic mówić” odpowiedziałem. Zanim znaleźliśmy się u celu silnik gasł jeszcze paręnaście razy, kilkakrotnie pośrodku niczego. Uruchomienie go zajmowało mu czasem nawet do 10 minut. Zastanawialiśmy się, czy ostatecznie damy radę dotrzeć na wyspę, czy jednak będzie potrzebny jakiś ratunek z innej łodzi. Na szczęście silnik zawsze w końcu reagował.

IMGP5282IMGP5284IMGP5286IMGP5287IMGP5289IMGP5290Dopłynęliśmy i naszym oczom ukazał się raj. Mam na myśli prawdziwy raj! Biały piasek, palmy, lazurowa przejrzysta woda pełna ryb. Raj. Trochę wysiłku nas kosztowało dotarcie tu, ale na pewno było warto. Sytuacja na wyspie wygląda tak, że należy ona do bogatej Indonezyjskiej rodziny. Część wyspy dzierżawi Francuz, który postawił na niej cztery domki. Taki domek można wynająć i w nim mieszkać. Oprócz domków Francuza są jeszcze trzy inne, które należą do kogoś innego. Domkami opiekują się Indonezyjczycy, którzy na wyspie są prawie cały czas. Mają oni dwa osobne domostwa, większe, bez tarasu, udekorowania itp. Myślę, że podczas naszego pobytu na tej wyspie znajdowało się maksymalnie 10 osób. Można ją obejść w ciągu ok 2,5 godziny. Główną atrakcją wyspy jest jej niezwykły spokój, naturalne piękno i rajskość. Nie ma tutaj praktycznie żadnych sprzętów elektrycznych, ciszę przerywają wyłącznie szum fal i czasem piski ptaków. Oprócz plażowania i relaksu nie ma zbyt wielu rzeczy do robienia. Naszym ulubionym zajęciem był spacer w odludne miejsce wyspy i plażowanie. Wyspa jest niesamowicie piękna, ale pozwolę by zdjęcia przemówiły.

IMGP5327IMGP5318IMGP5356 IMGP5335IMGP5294 IMGP5302 IMGP5298 Każdy dzień rozpoczynaliśmy od pysznego śniadania (naleśniki z kokosem i bananami) i rozmowy z Luisem. Był to młody Indonezyjczyk, z pobliskich wysp Nias, który opiekował się domkami Francuza. Potem zazwyczaj czytaliśmy książki, a gdy słońce stawało się już mniej zabójcze szliśmy na plażę. Mogliśmy bez końca spacerować nie niepokojeni przez nikogo, wybierać coraz to nowe miejsca, pływać i podziwiać okoliczne małe rafy koralowe.

Czasami odwiedzał nas Czech z domków obok, który zapłacił za trzy tygodnie w tym miejscu! Nam wydawał się to bardzo długi pobyt, uznaliśmy, że 5-7 dni to wystarczająco (chyba jednak jesteśmy skażeni przez cywilizację i odcięcie się od niej na dłużej byłoby ciężkie). Raz opowiedział nam o rekinie, którego dostrzegł snurkując na rafie. Wybrałem się tam następnego dnia i popłynąłem w wskazane miejsce – bardzo lubię rekiny. Nie udało mi się go wypatrzyć. Wypuściłem się za daleko od brzegu i odkryłem bardzo silne prądy morskie. Pływając w tym miejscu trzeba bardzo uważać, mi się udało wrócić ostatkami sił.

Za posiłki odpowiadała żona Luisa. Codziennie na obiad przyrządzała lokalną pyszną potrawę. Jednego dnia było to curry z ośmiornicy, kolejnego świeża ryba z grilla, jeszcze innego rybne curry. Co ciekawe, tylko Luis zasiadał do posiłku z nami (byliśmy jedynymi gośćmi w ”ośrodku”). Gdy Ania zapytała dlaczego i jego żona nie je z nami, zbył ją milczeniem, przeskakując na inny temat. Byli młodym małżeństwem, w kontraście do większości okolicznych mieszkańców, chrześcijanami. Mówili, że okoliczna ludność nie darzy ich za bardzo szacunkiem. Wyznawali inna religię i choć byli małżeństwem już prawie dwa lata nadal nie doczekali się potomka, a nie było to dobrze widziane.

Nasz domek zbudowany był z drewna i bambusa. W środku znajdowało się duże wygodne łóżko otoczone moskitierą. Przed chatką znajdował się zacieniony taras, gdzie z chęcią leniliśmy się podczas godzin największego upału. Za domkami znajdowały się dwie łazienki z prysznicami i toaletą. Prądu można było używać tylko od 18 do 22, jednak było to zupełnie wystarczające. Luksusy takie jak klimatyzacja, czy wiatrak nie były dostępne. Zupełnie nam to nie przeszkadzało, w nocy otwieraliśmy szeroko wszystkie okna i przyjemna chłodna bryza owiewała pokój. Każdego dnia późnym wieczorem obserwowaliśmy daleko na horyzoncie niepowtarzalny spektakl natury – nad morzem szalały burze, a liczne błyski piorunów co chwilę rozświetlały nieboskłon. Na naszą wyspę jednak nigdy nie dotarła żadna nawałnica.

IMGP5355IMGP5329Dni szybko nam upłynęły w tym wspaniałym miejscu i trzeba było wracać. Udało nam się nacieszyć tym niezwykłym miejscem. Jeśli marzycie o raju, a byliście już w paru miejscach i zawsze czuliście się zawiedzeni, Sidikalang jest wyspą dla was. Takie miejsca powoli znikają z naszej planety, lub stają się bardzo drogie. To nadal jest dostępne, choć dostać się do niego to mała wyprawa. Serdecznie polecamy wszystkim, którzy pragną odciąć się od cywilizacyjnego zgiełku, marzą o prawdziwej ciszy i spokoju w rajskim otoczeniu. Ostrzegamy jednak, że nie jest to miejsce dla tych, którzy oczekują zimnych drinków podawanych do leżaka, czy innych luksusów!

IMGP5340

Informacje praktyczne:

  • Aby dostać się na bezludne wyspy trzeba z miasta Singkil wziąć łódź lub prom na większą wyspę Bailau lub Tuangku (koszt 50-100 tys rupii/os). Następnie zatrudnić rybaka, żeby zawiózł nas na jedną z bezludnych wysp (150-200 tys. rupii za łódkę).

  • Miejscowi polecają Tailanę lub Sidikalang, wyspę na której my byliśmy. Dzienny koszt pobytu 400 tys rupii/os. Wliczone są zakwaterowanie i 3 posiłki dziennie.

  • Obowiązkowo trzeba zabrać środek na komary i coś chroniącego przed słońcem. Przyda się też dobra książka (a nawet kilka) by umilić czas.

Poniżej jeszcze parę fotek z uroczego archipelagu Banyak. I film z cudownej Sumatry.

IMGP5278
Podstawowe danie w Indonezji – smażony makaron z jajkiem, czyli mie goreng. Najczęściej z dodatkiem prażynek i plasterkami ogórka i pomidora. Danie szybkie, zazwyczaj smaczne i tanie, niestety bardzo tłuste. Smażone na oleju palmowym.

IMGP5276IMGP5279IMGP5280IMGP5358

[styczeń 2016]

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *