Skip to content

Południe Chile i Patagonia

Posted in Chile, Ciekawe drogi motocyklowe, and Praktycznie

Patagonia – ta nazwa kołatała mi w głowie odkąd przeczytałam w dzieciństwie książkę Juliusza Verne’a ”Dzieci Kapitana Granta”. Wtedy, jako małolata, nie bardzo wiedziałam, gdzie znajduje się ta nieznana kraina lodowców i dzikiej przyrody, dokąd przypadkiem dopłynęli główni bohaterowie. W międzyczasie uzupełniłam jednak wiedzę i z niepohamowaną radością ruszyłam z mężem na południe, by doświadczyć i zobaczyć na własne oczy, czym naprawdę jest Patagonia.

Z Cartageny na chilijskim wybrzeżu wyjechaliśmy w piękne słoneczne południe, obierając na początku tzw. ”Ruta de la Fruta”, czyli szlak owocowy. Jadąc wśród pagórkowatych terenów mijaliśmy kilometry sadów, winnice i pola truskawek, które po pewnym czasie zostały zastąpione polami uprawnymi i przecinającymi je od czasu do czasu zagajnikami. Można było dostrzec, że to tereny wybitnie rolnicze – na olbrzymich bilbordach wzdłuż drogi reklamowano wszelkie użyźniacze, maszyny do pracy w polu, nawozy, pestycydy itp., a mijały nas prawie wyłącznie wielkie pick-upy o kilkulitrowych silnikach.

Kształt Chile jest bardzo osobliwy – przypomina nieco małą literę l, to kraj wąski i bardzo długi, rozciągający z północy na południe się na przestrzeni 4300 km ze stolicą Santiago mniej więcej pośrodku. Gdy ruszaliśmy wiedzieliśmy, że w pierwszej turze, by dotrzeć do nadmorskiego miasteczka Puerto Montt, musimy pokonać ponad 1000 km. Poszło nam to jednak bardzo szybko, wskoczyliśmy na Panamericanę, czyli główna drogę rzekomo ciągnąca się przez dwie Ameryki (w rzeczywistości na odcinku panamsko-kolumbijskim Panamericana nie istnieje. Znajduje się tam gęsta dżungla, zamieszkiwana przez nieprzyjaznych Indian. Ten odcinek zwany jest Darien Gap).

Zajęło nam to dwa dni. Pierwszego wieczoru rozglądaliśmy się wkoło, z myślą, by w lesie rozbić namiot na dziko. Niestety nie było nam to dane, całe Chile płotami stoi. Może gdybyśmy mieli lekkie rowery to przerzucilibyśmy je przez ogrodzenie, jednak nasze zwierzaki ważą nieco za dużo. Ostatecznie znaleźliśmy więc zapomniany przez ludzi kemping przy rzece. Po licznych nawoływaniach i trąbieniu po kilku minutach zza małego domku wyłonił się właściciel. Gdy go zobaczyłam naszły mnie spore wątpliwości, czy aby na pewno powinniśmy tam zostawać. Mężczyzna wyglądał niczym żywcem wyjęty z planu horroru, w skórzanym fartuchu, pochlapany krwią na twarzy, z rozbieganym wzrokiem i siekierą w ręku. Wokoło niego skakały dwa wściekle ujadające duże psy… Łukasz zdecydowanie zarządził, że zostajemy, choć lekko oponowałam (- O co ci chodzi? To nieszkodliwy facet i jego psiaki). Na szczęście moje obawy, po krótkiej pogawędce, okazały się zupełnie bezpodstawne. Dziadek okazał się bardzo miłym staruszkiem (chyba akurat zabijał kurę), pokazał nam świetnie zaplanowane pole, jego kundelki po wpuszczeniu nas za bramę zmieniły się w domagające się pieszczot przylepy. Na śniadanie sprzedał nam za grosze kilka świeżych jaj. Tego dnia pobiliśmy nasz dotychczasowy rekord odległości – przejechaliśmy równe 555km (*biorąc pod uwagę porę wyjazdu około 13.00 i turystyczne tempo to nie lada osiągnięcie 🙂

Kolejnego dnia chcieliśmy dotrzeć do Puerto Montt. Po drodze postanowiliśmy jednak zboczyć nieco z trasy, by przyjrzeć się z bliska wulkanom Osorno i Calbuco. Trasa w regionie Los Lagos (z hiszp. jeziora) wybrana na ostatnią chwilę okazała się być bardzo malownicza, przebiegała przez liczne wioski z drewnianymi domkami, zamieszkiwane przez potomków niemieckich emigrantów. Wiodła wokół jeziora Llanquihue (trzeciego największego na kontynencie o powierzchni 870 km²) otoczonego przez kilka stożków wulkanicznych. Nad brzegiem podziwiając cuda natury zrobiliśmy sobie postój na lunch, by pokrzepieni móc ruszyć dalej.

imgp5853 imgp5855

W Puerto Montt zatrzymaliśmy się u przemiłych hostów z Couchsurfingu Brendy i Chrisa, gdzie przeczekaliśmy trzy deszczowe dni, wspólnie gotując, gawędząc przy pysznych chilijskich winach o podróżach i bawiąc się z ich szaloną kotką Luną i psem Negrą.

Oboje mieli prace związane z przemysłem morskim. Puerto Montt jest bowiem dużym portem, ostatnim w kraju mającym tak duże znaczenie położonym na lądzie. Kwitnie tu rybołówstwo, zwłaszcza hodowla i przetwórstwo łososia. Chile jest drugim na świecie (po Norwegii) eksporterem tej pysznej ryby. Na południe od miasta w licznych zatokach Patagonii umiejscowione jest wiele farm. Co ciekawe mieszkańcy sami nie jedzą najlepszej jakościowo ryby, są one przeznaczone na eksport, podczas gdy Chilijczycy muszą zadowolić się towarem drugiej kategorii.

Jako, że gospodarka całego regionu oparta jest właśnie na hodowli łososia, jest też bardzo wrażliwa na potencjalne załamania. Takie miało miejsce niedługo po naszym wyjeździe z Chile, w maju 2016r. Gdy temperatura wody się podnosi (na skutek zmian klimatycznych i efektu El Niño) w wodach dochodzi do gwałtownego zakwitania toksycznych alg, zmieniających kolor wody na czerwony. Algi te ”zapychają” skrzela ryb i powodują ich masowe zdychanie. Wiele rybaków straciło źródło utrzymania, a rząd chilijski ogłosił stan klęski żywiołowej na południu kraju (zainteresowanych tematem odsyłam do artykułu NG).

imgp5886Okazało się, że gdzieś na ostatnich kilometrach przed Puerto Montt zgubiliśmy metalowy dynks do regulowania łańcucha w Wilku, więc z pomocą Chrisa Łukasz dorobił nowy w lokalnym warsztacie. Kupiliśmy też nowe przeciwdeszczowe rękawice i gumowy strój dla męża. Tak przygotowani ruszyliśmy do Patagonii.

cs-puerto-montt

Na południe Chile wiedzie jedna droga – nazywana Carreterą Austral, w większości szutrowa, biegnąca przez ponad 1200 km wśród bajecznych krajobrazów patagońskich lasów, jezior, gór, czasem przecinana przez rzeki, jak i fiordy-morskie zatoki wchodzące daleko w głąb lądu.

Podążyliśmy nią i my, najpierw jadąc wzdłuż wybrzeża, następnie przeprawiając się promem dalej by popołudniem dotrzeć do Hornopiren, gdzie postanowiliśmy przenocować. Szukając noclegu natknęliśmy się na starszego Australijczyka, również podróżującego na motocyklu. Okazało się, że ma problem z wcześniej zarezerwowaną chatką wynajętą dla jego i towarzysza. Nie potrafił dogadać się z właścicielką, która mówiła tylko po hiszpańsku, więc pomogłam im obojgu wyjaśnić sprawę, gdyż jego rezerwacja została anulowana. Przy okazji zapytałam ile musielibyśmy zapłacić za taki domek, gdybyśmy nocowali w nim w czwórkę. Cena bardzo nam odpowiadała, domek miał dwa piętra i niezależne sypialnie, oprócz tego łazienkę i kuchnię. Zaproponowałam więc Georgowi, że moglibyśmy wynająć chatkę wspólnie, dzieląc się kosztami, on z kompanem mogą wziąć górę, gdzie są cztery pojedyncze łóżka, my zaś małżeński pokój na dole. Jakie było nasze zaskoczenie (pozytywne!), gdy osobą na drugim moto okazała się być jego żona, a nie żaden mężczyzna, jak błędnie założyliśmy. Rose lekko się wahała, (co ta dwójka Polaków na starych GS-ach wykombinowała..?) jednak po chwili przystali na nasz pomysł. Później wszyscy poszliśmy na zakupy, ugotowałam obiad i przy pysznym chilijskim czerwonym winku (szczep Carmenere, występujący wyłącznie w Chile, b.polecamy!) i moto opowieściach spędziliśmy przemiły wieczór.

O poranku całą czwórką, każdy na swoim GS-ie (Australijczycy wypożyczyli dwa BMW F 700 GS w Argentynie, by w dwa tygodnie poznać nieco Patagonię) podjechaliśmy do małego molo, z którego promem mieliśmy rozpocząć trasę zwaną Rutą Bi-modal, nazwaną tak z uwagi na podwójny przejazd promem, jak i drogami.

Widoki, gdy płynęliśmy Fiordem Comau przypominały nam norweskie zatoki. Intensywnie niebieska barwa wody, a z niej majestatycznie wynurzające się góry i pagórki, niektóre skrzące się śniegiem.

Przyjazny i ciekawski maszynista, gdy tylko zorientował się, że mówię po hiszpańsku, z chęcią wdał się w pogawędkę i zaprosił nas do swoich wnętrz, by pokazać maszynownię. Czterogodzinny rejs minął w oka mgnieniu, następnie przejechaliśmy kawałek lądem, by zaokrętować się na kolejny statek, tym razem jednak na zaledwie kilkanaście minut. Pokonaliśmy wspólnie z Australijczykami jeszcze kawałek, po czym wypiliśmy pożegnalne piwko i nasze drogi się rozeszły, oni udali się do wcześniej zarezerwowanego hotelu, my zaś w poszukiwaniu tańszej miejscówki.

imgp5856 imgp5858 imgp5860 imgp5866

ruta-bi-modal

Ostatecznie znalezienie jej okazało się niemożliwe, wszystkie napotkane miejsca były już nieczynne, z uwagi na brak sezonu, wylądowaliśmy więc w jedynym otwartym miejscu, b.drogim ośrodku nad pięknym Jeziorem Yelcho. Na szczęście istniała możliwość kempingowania u nich. Gdy rejestrowałam nas w recepcji, standardowo wypisując kwitek z danymi osobowymi, krajem i adresem zamieszkania, nie pominęłam tym razem ostatniej kolumny i wpisałam w miejscowości ”Poznań”. Recepcjonista zabrał kartkę, rzucił na nią okiem, po czy z uśmiechem niedowierzania zaczął dopytywać się skąd jesteśmy. Odpowiedziałam mu zgodnie z prawdą. Od słowa do słowa, okazało się, że jest Hiszpanem, obecnie pracującym w Chile, ale przez rok studiował w Poznaniu i uwielbia nasze miasto. Z tej okazji, w wielkiej tajemnicy przed dyrekcją, zdecydował się przyznać nam nawet zniżkę (bo choć wcześniej negocjowałam cenę, 120 zł/rozbicie namiotu – rozbój w biały dzień!!, to był nieugięty). W zapadającej nocy rozpakowaliśmy manatki, mąż rozpalił ognisko, ugotowaliśmy makaron z tuńczykiem i sosem pomidorowym i poszliśmy spać.

W nocy obudziły mnie dziwne dźwięki z zewnątrz, ktoś lub coś poza namiotem chrapał i pomrukiwał, zdawało mi się jakby był tuż obok mnie. Obudziłam Łukasza. On zaspany postanowił zupełnie zlekceważyć moje obawy. Ostatecznie i ja zmęczona włożyłam w uszy zatyczki i zignorowałam podejrzany hałas (no..bo..przecież nie ma w Patagonii niedźwiedzi, więc nie może być to nic groźnego, hmm najwyżej może pumy, ale przecież one chyba nie chrapią). Rankiem okazało się, że napędzającym stracha osobnikiem był pies przybłęda, który bardzo lubił towarzystwo ludzi, więc ułożył się tuż przy mojej połówce namiotu, wciskając częściowo do przedsionka.

Łukaszowy Wilk już podczas jazdy Rutą Bi-modal miał nieokreślony problem i gasł w trakcie jazdy. Od rana mąż zabrał się więc za wyjaśnienie, co mu dolega. Ostatecznie doszedł do wniosku, że to zwarcie, poodciągał i pozabezpieczał jakieś kable i już..o 16 byliśmy gotowi ruszyć dalej.

imgp5874 imgp5881 imgp5883Za długiej drogi nie udało nam się pokonać. Była Wielka Sobota, prawie wszystkie sklepy pozamykane, a my w planach mieliśmy zatrzymanie się gdzieś na trasie i nocleg na dziko. Cudem udało nam się kupić kilka bułek, jajek i opakowanie pasztetu. Jechaliśmy dalej szukając dogodnego miejsca na kemping, zaczynało się już ściemniać, wszędzie jednak ziemia i trawa były bardzo mokre. Pocisnęliśmy więc do najbliższej miejscowości, gdzie przemiła babeczka wynajęła nam chatkę z kuchnią, salonem, a nawet kominkiem w przystępnej cenie. Zapytała też, czy nie chcemy kupić od niej kolacji świątecznej. Oczywiście! Z dwa kilo pysznych małż, nieco ziemniaków i kiełbasy, a nawet kawałek kurczaka dostaliśmy za zupełny bezcen. Takim oto sposobem Wielkanoc (taka przedwczesna) została uratowana, w zapasie mieliśmy oczywiście winko, także ucztowaliśmy niczym bogowie 🙂

imgp5884wielkanoc

Kolejnego dnia postanowiliśmy dojechać do Coyhaique, dalej przemieszczając się Carreterą Austral i podziwiając jej piękne otoczenie. Szutry wijące się wśród gór, jezior i ogromnych liści na łodygach wysokich niczym drzewa. Niewielkie malownicze mostki zawieszone nad błękitnymi wstęgami rzek. Gdzie człowiek nie spojrzał tam widział pocztówkowy krajobraz (i choć zdjęcia nie oddają tego w pełni, to choć trochę ilustrują urok Patagonii).

Po drodze spotkaliśmy kolejną parę Australijczyków: Bena i Ains, tym razem w naszym wieku, jeżdżącą na Yamachach Tenere, przemierzających Amerykę Południową. I z nimi przyszło nam się rozdzielić, gdy wczesnym popołudniem zdecydowali się odbić z drogi na pobliski kemping. Pod wieczór dojechaliśmy do Coyhaique, gdzie rozlokowaliśmy się w przytulnym hostelu na obrzeżach miasteczka. Tam spędziliśmy święta, Łukasz ponownie naprawiając zwarcie w Wilku, a ja relaksując się pysznym czerwonym chilijskim winem i gotując domowe obiady. Po dwudniowym odpoczynku ruszaliśmy dalej, przez Balmacedę, by poznać argentyńską część Patagonii.

Informacje praktyczne:

  • Noclegi w Chile są drogie. Najtańszy kemping kosztował 4000 peso/osobę (1000 peso to 5,80 zł). Cabañas (domki) przy drodze najtańsze 20 000 peso, najczęściej 30 000/parę. Zazwyczaj są obszerne, spokojnie mieszczą 2 pary, lub 4-5 os rodzinę. Gdy dzieliliśmy chatkę z Australijczykami cena wzrosła do 40 000/4 osoby.
  • Jedzenie również jest drogie. Najtańsze dania w restauracji to koszt 5 000-8 000 pesos. Domowy obiad z owoców morza 6 000/os.
  • Główne drogi w Chile są płatne, na Panamericanie na przejechanym przez nas odcinku cena za moto 700 peso (1000 peso to 5,80 zł) Mijaliśmy 6 bramek.
  • Koszt paliwa około 800 pesos/litr.
  • By dostać się na południe niezbędne jest skorzystanie z przepraw promowych. Kolejno koszty promów to Caleta La Arena – Caleta Puelche 6 900 pesos/motocykl (9 500 auto, 2 700 rower), Hornopiren – Caleta Gonzalo (Ruta Bimodal) 7 950 pesos/moto, (31 950 za auto, 5 950 rower).

ruta-bi-modal-carretera-austral

Poniżej jeszcze więcej zdjęć z pięknej chilijskiej Patagonii.

Zapraszamy również do obejrzenia krótkiego filmu z Chile.

imgp5868imgp5870imgp5887 imgp5888imgp5872 imgp5889 imgp5890 imgp5891 imgp5892 imgp5894 imgp5895imgp5896 imgp5897 imgp5898 imgp5903 imgp5907 imgp5910 imgp5914 imgp5916 imgp5917imgp5904

[marzec 2016]

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *