Skip to content

Motocyklem pod Mt. Everest

Posted in Chiny, and Tybet

Spod okolic świętej góry Kailash mieliśmy udać się w kierunku Himalajów, przez Paryang, Sagę do Tingri. Jeszcze w Darchen przewodnik usiadł z wszystkimi kierowcami i omawiał zaplanowaną trasę. Okazało się, że można znacznie ją skrócić, jednak wiąże się to z przejazdem kilkudziesięcioma kilometrami drogą bez asfaltu. Samochodowcy nie mieli najmniejszych problemów by zaakceptować tę opcję. Kwestia decyzji pozostawała w kręgu motocyklistów. A właściwie zawężała się do mnie – najmniej doświadczonej i zarazem ”najsłabszego ogniwa”. Owszem jeździłam już dłuższe odcinki off-roadem w Kirgistanie, nawet mi się to podobało, jednak pozostawało pytanie: jaki to off-road? Bo podczas gdy kirgiskie kamieniste szutry Szerszeń (wraz z właścicielką) łykał z radością, to już kazachskie piaski nie bardzo mi się podobały. Zapytałam więc Gyrliego czego mam się spodziewać. Odpowiedział, że około 70 km trasy to solidny kamienisty szuter. Zabrzmiało pokrzepiająco. Nie chciałam być jedyną osobą, która torpeduje całą grupę i pozbawia ich dobrej zabawy na dzikich szlakach. Jednocześnie jednak byłam posr… zmartwiona. Jak się później okazało – niestety nie do końca bezpodstawnie…

_B2A4256

Po porannej toalecie w misce i obejrzeniu jeziora Manasarovar ruszyliśmy w drogę. Kamperowcy mieli małe opóźnienie i musieliśmy na nich nieco poczekać na stacji benzynowej. Standardowa już wymiana zdań (chiński kontra polski), gra w kotka i myszkę z pracownikami, by zatankować ostatecznie się udała. Zaparkowaliśmy przy wyjeździe i wypatrywaliśmy naszej ”karawany”. W międzyczasie zajadaliśmy jakieś krakersy, gdy przybłąkał się jakiś żebrający burek. Podzieliłam się z nim ciastkiem, a wtedy zaczęły się pojawiać kolejne. Chłopaki oddali też część swoich, ale zanim się nie obejrzeliśmy byliśmy otoczeni przez kilkanaście wielkich psów pasterskich oczekujących na smakołyki. Zrobiło się trochę nieciekawie, ale na szczęście wkrótce pojawili się ”nasi”. Droga wiodła jedną wyasfaltowaną trasą z malowniczymi widokami na góry dookoła. W pewnym momencie przewodnik zatrzymał wszystkich i pokazał zjazd na wcześniej omówiony skrót.

Niestety okazało się, że pierwszy odcinek drogi to kopny piach. Nie spodobało mi się to – nie taka była umowa :/ Ryzyko upadku i uszkodzenia motocykla na totalnym odludziu bardzo mnie stresowało. Nie mniej niż ewentualne połamanie się przy potencjalnej glebie. Ale nie mieliśmy już wyboru. Karawana ruszyła. Część samochodów z przodu, potem chłopaki, za nimi ja, a następnie jeszcze kilka aut. Starałam się jechać po śladach Łukaszowego Wilka, ale w pewnym momencie opony złapały więcej piasku i poniosło mnie w bok. Tak skutecznie, że spanikowałam, zahamowałam przednim hamulcem (czego nie wolno robić jadąc off-road’em, ze względu na ryzyko zablokowania koła) dopadła mnie blokada i… pięknie wjechałam do rowu. Niewielkiego, betonowego odpływu po boku drogi. Mało szczęśliwie władowałam się motocyklem do jego środka, przewracając się na bok, tak że Szerszeń mnie przygniótł i nie mogłam spod niego wyjść. Francuzi jadący za mną zatrzymali się i ruszyli na pomoc, podnieśli motocykl i dałam radę się wydostać. Łukasz widząc zamieszanie zawrócił, a gdy tylko upewnił się, że jestem w jednym kawałku, sprzedał mi niezłą zjebkę. Stałam cała zapiaszczona, lekko roztrzęsiona i oglądaliśmy pokiereszowanego Szerszenia. Przy upadku zbił się prawy kierunkowskaz i pękła szybka osłaniająca od wiatru. Załoga z Ducato przyszła na pomoc z taśmą klejącą i po kilku sekundach wszystko było prowizorycznie naprawione. Francuz Anthony, który miał bardzo duże doświadczenie z motocyklami, zaproponował, że dokończy za mnie najbardziej piaszczysty odcinek, a ja przez tę chwilę otrząsnę się z wrażeń, jadąc w jednym z kamperów. Byłam mu bardzo wdzięczna i przeszczęśliwa, że nie muszę ryzykować kolejnego upadku (Większość facetów nie ma problemu by przy małych prędkościach w razie poślizgu podeprzeć się nogami i dodać równowagi. Jednak mi natura poskąpiła wzrostu modelki, także gdy tylko moto ”leci” na którąś ze stron to nie ryzykuję połamania nóg, ale pozwalam mu się położyć).

Tibet
Na chwilę przez glebą… Fot. Celine Gilbert

Po kilkuset metrach, gdy tylko piasek się skończył wróciłam na Szerszenia. Na końcu drogi czekała zaniepokojona reszta ekipy wraz z przewodnikiem. Łukasz nakrzyczał na niego, że wprowadził nas w błąd, nie informując dokładnie o warunkach jazdy. Napięcie rozładowali nieco Damian i Hiszpan, sytuacja się uspokoiła i mogliśmy ruszyć dalej. Kolejny odcinek drogi również był dosyć wymagający, prowadzono bowiem prace drogowe. Było bardzo wąsko i miejscami znowu piaszczyście. Po kilku km się to skończyło i rozpoczął dużo przyjemniejszy off-road. Najpierw kilka podjazdów z serpentynami po miejscami luźnych kamykach, potem już normalny szuter. Wszystko w zapierającej dech w piersi scenerii Himalajów. Jechaliśmy zostawiając za sobą chmary kurzu. Jedni szybciej, inni wolniej, nie mijając praktycznie nikogo i podziwiając surowe piękno Tybetu.

_B2A4219
Fot. Damian Kaleta
2.196. Tibet
Fot. Celine Gilbert
_B2A4233
Fot. Damian Kaleta

Największą frajdę z jazdy off-roadem miał Damian. Jego KTM śmigał po szutrze z zawrotną prędkością. Przez chwilę Łukasz próbował się z nim ścigać, jednak od początku stał na straconej pozycji. Większe doświadczenie, ale przede wszystkim dwa razy większy silnik i trzy razy więcej mocy spowodowały, że został daleko w tyle. Całą ”akcję” nagrała Celine, także możecie podziwiać ją w filmie poniżej.

Po około dwóch godzinach wjechaliśmy z powrotem na asfalt. Ostatnia konsultacja z przewodnikiem gdzie mamy się zatrzymać i opuściliśmy kamperowców. Pokonaliśmy parę niewymagających przełęczy, obejrzeliśmy w oddali ośmiotysięcznik Shishapangma. Zrobiliśmy kilka fotek z Himalajami w tle i ostatecznie dotarliśmy do Old Tingri. Grupa została w tyle, my tymczasem przyjrzeliśmy się miasteczku i poszliśmy coś zjeść. Jako potencjalna miejscowość turystyczna, brama do wyjazdów na Mt. Everest, nie prezentowała się zbyt ciekawie. Jak w całym Tybecie po ulicach chodziły wszelkie zwierzęta i walało się sporo śmieci. Największą jednak odrazę wzbudziła w Łukaszu scena gdzie chodnikiem idzie krowa, zostawia za sobą placek, podbiega do niego brudny kudłaty pies i zaczyna go zjadać. Zaraz obok w błocie (i nie wiadomo czym jeszcze) beztrosko siedzi sobie jakiś malec. Niestety podobne obrazki przewijały się przez cała trasę. Nieświadomość zasad higieny spowodowana biedą jest tam codziennością.

_B2A4388
Radocha po dojechaniu do Tingri i całym dniu drogi z Himalajami w tle
IMGP3410
W Tybecie nie ma drewna. Mieszkańcy palą w piecykach wysuszonym łajnem jaków.

IMGP3411 IMGP3403Gdy dołączyła do nas grupa, przewodnik oznajmił, że znowu śpimy w simple guesthousie. Podjechaliśmy zobaczyć warunki. Te były jeszcze gorsze niż przez ostatnie kilka dni. Do standardowych, jak brak wody, prysznica, kibelka, ogrzewania, śmierdzące i brudne kołdry, dołączyły wszechobecny grzyb, zapach stęchlizny i roztrzaskane, nie zamykające się drzwi. A wszystko za horrendalna cenę! Chłopaki troszkę się wkurzyli i postanowili działać. Gyrli zarzekał się, że nie ma co szukać alternatywy, bo w Tingri nic innego nie ma. Jednak chwilę później podjechaliśmy do murowanego hotelu, który oferował nawet ciepłą wodę i dwuosobowe pokoje za bardzo wysoką stawkę. Nie bardzo nam to pasowało. Zaraz jednak wrócili chłopaki, oznajmiając, że znaleźli hotel z prysznicem! W środku było bardzo czysto i schludnie , cena przystępna, a w łóżkach ogrzewane materace. I z jakim widokiem – wprost na najwyższą górę świata. Coś niesamowitego! Powdychaliśmy trochę tlenu z naszej podręcznej butli i zrobiliśmy sobie małe świętowanie. Nie codziennie spogląda się na Matkę Gór za oknem. Czy można chcieć więcej? Byliśmy przeszczęśliwi: czyści, niezziębnięci i podekscytowani 😉

IMG_1836
Kiepska opcja na nocleg :/
IMGP3239
Widok z okna na Matkę Gór! Na chwilę chmury łaskawie odsłoniły Mt. Everest

Dość wczesnym rankiem umówiliśmy się wszyscy razem na wyjazd do Rezerwatu Natury Czomolungma. Tylko ”szaleni Francuzi” odpuścili. Odwiedzili bazę kilka lat wcześniej, zanim chińskie władze doszczętnie opanowały turystykę w Tybecie. Byli bardzo zaskoczeni ceną jaką ”zaśpiewali” za wjazd autem i wejście ludzi. W 2006 roku według ich relacji było to 6 euro za osobę. Gdy my wjeżdżaliśmy wzrosło o kilkaset procent! Inni kamperowcy zdecydowali się zapakować do większych aut razem.

Z Tingri trzeba było podjechać kilkadziesiąt kilometrów, by móc skręcić w stronę Mt. Everestu. Na skrzyżowaniu kilka znaków informowało o odgałęzieniu. Popatrzenie na tablice wzbudziło we mnie podekscytowanie – już za chwilę dotrę, sama (ok z grupą i mężem, ale jadąc samodzielnie) pod najwyższą górę świata. Na moim kochanym Szerszeniu! Choć na razie nic nie było widać, ziąb wgryzał się w każdy kawałeczek ciała, wiatr bezlitośnie zmrażał palce…gdzieś głęboko (baardzo bo zimno w pi.. było) w środku, idea dotarcia do base camp i spełnienia marzenia jeszcze z czasów podstawówki, rozgrzewała serce i umysł.

IMGP3247Zaraz za skrętem wznosiła się brama – początek rezerwatu. Przed przejazdem należało uiścić opłatę. Gdy przewodnik wszystko załatwił mogliśmy oddzielić się od grupy. Co prawda nakazał nam zaczekać na wszystkich na kolejnych bramkach, jednak okazało się, że nas przepuścili, więc nie zawracaliśmy sobie głowy jego poleceniami. Po wczorajszych poszukiwaniach noclegu pozostał lekki niesmak. Jego zdeterminowanie, byśmy nie szukali nic innego i okłamanie, że alternatywy nie istnieją, skłoniły nas do przypuszczenia, że być może za każdym razem można byłoby znaleźć coś lepszego i tańszego. Sam przyznał, że w Tingri bywał z turystami już kilka razy wcześniej. Całą wioskę można było przejść w 10 minut, a ze znajomością tybetańskiego i chińskiego odnalezienie wszystkich noclegów nie powinno zająć więcej niż parę minut. Doszliśmy do wniosku, że zapewne właściciele kolejnych simple guesthouse’ów odpalali mu prowizję od sprowadzonych gości.

IMGP3248Gyrli poinformował nas, że dystans od bramy do base campu to nieco ponad 100 km. Pierwsza część trasy to pokonanie góry, wszystko ”wężowymi” drogami, następnie już łagodniej. Pokrzepieni tym opisem ruszyliśmy. Już kilka kilometrów za bramą rozpoczęły się pierwsze podjazdy. Zaraz potem pojawiły się zakręcone spiralki. Droga niedawno wyasfaltowano, więc jakość nawierzchni była idealna. I wszystko byłoby bezproblemowe, gdyby nie lekkie oblodzenie na większości zakrętów. Do najgorszych z nich podchodziłam z walącym sercem i cicho szeptanym życzeniem (”Ania, nie wyp…wal się! Spokojnie, powoli, będzie dobrze’‚ / Z takich powodów, gdy się boję, Łukasz nazywa mnie kurczakiem :/ ). Na szczęście razem z Szerszeniem daliśmy radę 🙂 Zbocza dookoła pokrywała cienka warstewka śniegu. Widoki były przepiękne. Na szczycie łopotały tysiące kolorowych flag modlitewnych. Nie można było sobie wymarzyć piękniejszej scenerii do spełniania marzeń. Zjazd to kolejne kilkadziesiąt zakrętasów, jedna z najpiękniejszych i najbardziej zakręconych dróg na naszej trasie. Wyszło słońce, ociepliło się nieco i jazda sprawiała mi mnóstwo radości. Zjechaliśmy w bardziej płaską okolicę, przejeżdżaliśmy przez kilka wiosek, mijaliśmy stada owiec, podążaliśmy wzdłuż kanionu rzeki.

IMGP3274 IMGP3263 IMGP3272 IMGP3268 Już wcześniej poinformowaliśmy przewodnika, że będzie nam potrzebne paliwo. Umówiliśmy się, że spotkamy się w jednej z wiosek, gdzie tankowaliśmy niewiadomego pochodzenia benzynę z baniaków na wodę. Jako, że naszym ”życzeniem” było zatankowanie na wyjątkowym odludziu, cena też została dostosowana do zachcianek ludzi z Europy i była niczym góra, najwyższą na świecie (jakieś 10 zł/l).

DSC02702 DSC02725 IMGP3278Wróciliśmy na trasę, którą z radością mknęliśmy dalej. Krajobrazy dookoła sprawiały, że twarz się sama uśmiechała. Przyroda i surowe piękno gór nie pozwalały oderwać od siebie wzroku. Przez głowę przepływała fala tysiąca myśli zachwytu. Minęliśmy kilka stojących pojazdów, gdy naszym oczom ukazał się nieduży parking obok buddyjskiej stupy. Postoje na zdjęcia i tankowanie po drodze spowodowały u nas małe opóźnienie, także część ekipy już była na miejscu. Czerwoni i Szwajcarzy rozstawili krzesełka, stoliczek kempingowy i w najlepsze urządzili sobie lunch. Trochę im zazdrościliśmy, bo naszym jedynym posiłkiem był Snickers do podziału na dwoje. Chyba dostrzegli nasze zgłodniałe spojrzenia, bo zaraz zaproponowali nam ugotowane na twardo jajka. Pychota 🙂 Czyli zagryzka już była. Do picia chińska whisky na rozgrzanie. I mały toast na przypieczętowanie trasy. Choć ta jeszcze się nie skończyła.

IMGP3290
Ukryty za chmurami Mt. Everest

IMGP3296

Po małym pokrzepieniu wsiedliśmy z powrotem na motki by podjechać jeszcze kilka km do rzekomego obozu. Okazało się nim skupisko kilkunastu namiotów z czarnych skór jaków. Rozstawiono je na planie prostokąta, z kamienistym parkingiem pośrodku. Stamtąd niestety nie można już było dalej podjechać na własnych maszynach do faktycznej bazy pod górą. Niemniej wiele wskazuje na to, że byłam pierwszą Polką, która dojechała w to miejsce na motocyklu. Tak wysoko, na odludziu i z tak daleka. Łukasz nakręcał mnie pół drogi przez zimny i czasami przeklinany przeze mnie Tybet, że jak tam dotrę to będzie coś! I chyba sama w to uwierzyłam, bo gdy dojechaliśmy aż promieniałam dumą z samej siebie 😉 Po wszystkich trudach i niedogodnościach zrobiłam to! 🙂

IMGP3322 IMGP3298Wykupiliśmy miejsce w busiku, który po jakimś kwadransie dowiózł nas do ostatecznego miejsca naszej podróży. Szczerze powiedziawszy…nie wyglądało to imponująco. Dookoła otaczały nas szczyty ze zboczami z luźnych kamlotów. Przeszliśmy obok znaku oznajmiającego, że to base camp Mt. Everestu i znajdujemy się na wysokości 5200 m.n.p.m. Wdrapaliśmy dysząc na niewielki pagórek, obklejony flagami modlitewnymi i zaśmiecony przez Chińczyków butlami z tlenem. Za nim miał się roztaczać widok na Górę Gór. I co..? Niestety wielkie nic – chmury skutecznie przesłoniły wszystko. I choć wcześniej niebo było zachmurzone tylko gdzieniegdzie, to wtedy zbiły się w gruba szarą warstwę nie pozostawiając złudzeń, że zobaczymy cokolwiek. Dodatkowo zaczął padać śnieg. Mimo wszystko humory dopisywały, udało nam się! Zrobiliśmy kilka zdjęć i powoli zebraliśmy się do busa w drogę powrotną.

IMGP3319 _B2A4487 _B2A4494Gdy dotarliśmy do obozowiska nadal śnieżyło. Istniała opcja przenocowania w którymś z namiotów, jednak baliśmy się, że rozpada się na dobre i nie będziemy mogli wrócić następnego dnia. Nie bardzo uśmiechała nam się ryzykowana jazda w śniegu. Hiszpanie i para Francuzów zostali w swoich kamperach i następnego dnia o wschodzie słońca Czomolungma ukazała im się w całej okazałości.

Droga powrotna była równie malownicza. Smaczku i odrobiny adrenaliny dodawał siąpiący lekko deszcz, który powodował, że miejscami asfalt był śliski. Szczęśliwi zakosami wchodziliśmy w zakręty, choć zwierzaki rwały się do przodu. Gdy słońce zaszło zrobiło się chłodno, ale wiedzieliśmy, że czeka na nas ciepłe łóżko i gorący prysznic. Dzień nie mógł być piękniejszy. Choć Matka Gór nie pokazała nam swojego oblicza z bliska, była na tyle łaskawa, że kolejnego ranka wyszło słońce i mogliśmy pomachać jej na pożegnanie, udając się w stronę Lhatse i Shigatse.

IMGP3329
Na drogę wyskoczyły nam dzikie osły. Jedne z nielicznych zwierząt jakie widzieliśmy w Himalajach. Ich umaszczenie powoduje, że bardzo ciężko je dostrzec.

IMGP3287 IMGP3340 IMGP3376

Porady praktyczne:

  • Cena za wjazd do Rezerwatu Mt. Everest motocyklem wraz z kierującym to 180 juanów.

  • Kamperowcy płacili znacznie więcej: 400 juanów za auto plus kilkadziesiąt za każdą osobę w pojeździe.

  • Ostatni odcinek pokonywany busikiem kosztował 20 juanów/osobę.

 

[październik 2015]

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *