Skip to content

Malezja – Cameron Highlands, Kuala Lumpur i Langkawi

Posted in Malezja

Jechaliśmy w stronę Malezji nie wiedząc zbyt dużo na jej temat. Ok, ja nie wiedziałem prawie nic, moja piękniejsza połówka miała już pewien plan. Kuzynka Ani, Ewelina mieszkała w Malezji i już jakiś czas temu przesłała nam maila co warto zobaczyć.

Moim priorytetem było wreszcie doprowadzić maszyny do stanu idealnego. Mój niezawodny teść z pomocą firmy Boxer zorganizował paczkę, w której miały się znaleźć najbardziej potrzebne rzeczy. A nawet udało się wysłać komplet opon do Szerszenia, które otrzymaliśmy od naszego sponsora Oponeo. Mieliśmy się także spotkać z chłopakami, których towarzystwa trochę nam brakowało. Byli za nami dzień jazdy, i planowali wysłać swoje maszyny z Kuala Lumpur do Europy. Wszystko układało się idealnie, zbyt idealnie..

Wjazd do Malezji był naprawdę szybki i sprawny. Teoretycznie celnicy nie powinni nas przepuścić bez podbicia naszych karnetów CDP, ale nikt się tym ani trochę nie przejmował. Nie jest wymagana żadna wiza, a gdy zapytałem jak długo motocykle mogą przebywać na terytorium Malezji, usłyszałem „trzy miesiące”. Widziałem jednak, że mundurowy nie jest pewien swojej odpowiedzi. Gdy po 3 minutach wbito nam pieczątki do paszportów i ściągnięto odciski palców, nie mogliśmy uwierzyć, że to koniec! Nawet poszedłem się zapytać do oficera czy to na pewno wszystko, ale on powiedział, że możemy jechać. Odwykliśmy już od takiego łatwego przekraczania granic, czuliśmy, że powinny być jakieś bezużyteczne druczki do wypełnienia czy coś.. Chociaż jeden!

Ruszyliśmy przyjemną trasą, droga była w idealnym stanie więc jechało się dobrze, mimo że było już ciemno, Malezja zapowiadała się naprawdę dobrze. 10 kilometrów później dojechaliśmy do policyjnej blokady, mundurowi mieli karabiny i strzelby. Zaprosili nas na bok, wypytali o wszystko, a ostatnim pytaniem było „ A macie ubezpieczenie?”, „A musimy mieć? Pytałem się na granicy i nic mi nie powiedzieli”. Policjant skinął głową „Na granicy sprzedają ubezpieczenia OC dla turystów, musicie zawrócić”. No i czar prysł, przez chwilę nawet wydawało nam się, że już nie jesteśmy w Azji. Nie mając innego wyboru zawróciliśmy, marudząc pod nosami. Oczywiście na granicy nie udało nam się kupić żadnego ubezpieczenia, było już za późno. Przejście otwarte jest całą dobę, ale polisę można kupić tylko do godziny 18. Nie było tu żadnego hotelu i po drodze do blokady policyjnej też nie. Czemu kontrola policyjna musi być oddalona o 10 km od granicy? Czemu to nie mogło być załatwione razem? Ok, wróciliśmy do tego policjanta – wytłumaczyłem mu, że nie mamy gdzie spać. Wskazał nam najbliższy hotel, a my obiecaliśmy wykupić polisę rano. W wskazanym miejscu były dwa hotele, zdecydowaliśmy się na tańszy, gdzie zastaliśmy pościel w Kung Fu Pandę 🙂

Rano zorientowaliśmy się, że w pobliżu nas nie ma żadnej czynnej jadłodajni, choć wieczorem dzień wcześniej było ich sporo. Do samego końca naszego pobytu nie rozpracowaliśmy systemu w jakim działają tamtejsze restauracje. W Malezji żyją trzy nacje: Malezyjczycy, Chińczycy i Hindusi. Każda grupa ma swoje restauracje, Malezyjczycy jako muzułmanie mogą jeść wyłącznie w restauracjach halal. Halal oznacza, że mięso serwowane w takim miejscu jest od początku do końca przetwarzane zgodnie z zasadami religii. Ważny jest sposób uboju, przechowywania i gotowania. Mięso halal nie może być na przykład trzymane w jednej lodówce razem z wieprzowiną (która jest uważana za nieczystą), nie można używać też tej samej patelni do smażenia tych mięs itd. Najwidoczniej zła moc wieprzowiny jest bardzo silna i z łatwością może porazić inne produkty;) W malezyjskich restauracjach, które posiadają certyfikat halal, zawsze dobrze eksponowany, nie ma w ogóle wieprzowiny. Są też chińskie restauracje, a Chińczycy wiadomo – jedzą wszystko, choć w niektórych miejscach również nie podawali wieprzowiny, zapewne by przyciągnąć szersze spektrum klientów. Nasz problem z tą kuchnią był taki, że po wizycie w państwie środka mieliśmy jej tymczasowo dosyć. Ostatnią grupą są Hindusi, których kuchnia jest bardzo urozmaicona i przystępna cenowo. Ania nie przepada za tego typu jedzeniem, ale często nie miała wyboru. Robiliśmy głosowanie i zawsze przegrywała. Hindusi używają dużych ilości oleju i przypraw do swoich potraw co nie wszystkim może odpowiadać. Cechą wspólną wszystkich 3 nacji było fakt, że używali mało warzyw i owoców, o sałatce można zapomnieć. Ciężko było też kupić świeże owoce w sklepie, zupełnie tak jakby ludzie ich nie jadali. Cała sprawę z żywieniem komplikuje fakt, że knajpy są otwierane w zupełnie przypadkowych godzinach. Niektóre rano, inne wieczorem, a jeszcze inne otwarte są 2 dni w tygodniu rano, i czasami wieczorem. Nigdy nie wiadomo czy uda się coś zjeść w danym miejscu.

Mal z tel4Podjechaliśmy do agencji ubezpieczeniowej, ale zaproponowali nam cenę, która dla nas była zbyt wysoka. Ania wyguglowała, że ubezpieczenie jest dobrowolne (wbrew info od policjanta), więc postanowiliśmy zdać się na szczęście.

Okres, w którym dotarliśmy do Malezji to pora deszczowa, zachodnia część kraju jest jednak chroniona przez masę lądu. Wschodnia część była zalewana w tym czasie przez obfite ulewy, drogi zostały podmyte, no nie był to najlepszy czas aby zwiedzać tamte strony. Oczywiście to tam właśnie leżą najciekawsze miejsca, rajskie wyspy, spoty nurkowe. Nam ze względu na pogodę pozostała jedynie opcja zachodu kraju.

Pierwszym celem naszej podróży w tym kraju było Cameron Highlands. Są to wzgórza, a pomiędzy nimi doliny w których uprawia się herbatę, truskawki, miód, kwiaty, kawę. Jako miejsce naszego noclegu wybraliśmy miejscowość Tanah Rata. Sam dojazd autostradą był.. zwyczajnie nudny, aczkolwiek szybko „połknęliśmy” kilometry. Następnie wjechaliśmy na drogę wiodącą przez malownicze wzgórza. Widoki robiły piorunujące wrażenie, a temperatura wraz z wysokością zaczęła spadać. Pod wieczór było nawet trochę chłodno, co po tylu dniach prażenia przez słońce przyjęliśmy z uśmiechem. Miasteczko sprawiało przyjemne wrażenie, choć spodziewałem się czegoś innego. Zabudowa nie oddawała atmosfery gór, a na ulicach panował spory ruch. Dużym wyzwaniem było znalezienie noclegu, Malezja nie jest tanim krajem, więc ceny potrafią nieprzyjemnie zaskoczyć. Nie pomagał fakt, że ta okolica cieszy się sporą popularnością wśród malezyjskich, singapurskich i chińskich turystów. Ciężko było nam znaleźć pokój, a zawsze musimy pomyśleć jeszcze o naszych zwierzakach. Nie lubię zostawiać motocykli byle gdzie, martwię się gdy wiem, że ktoś może coś z nich ukraść lub je przewrócić, a myśl o stracie całej maszyn napawa mnie przerażeniem. Pokochaliśmy te jednoślady i traktujemy je jako część drużyny, one też są włóczylinkami 🙂 Znaleźliśmy pokój ale, nie obyło się bez komplikacji, musieliśmy się potem przeprowadzać. Następnego dnia, wstałem wcześniej, bo chciałem wykorzystać sytuację, że jest chłodniej i poszedłem pobiegać. Malezyjskie ulice nie są stworzone, ani trochę z myślą o pieszych, nie da się normalnie iść chodnikiem, bo co chwilę są w nim dziury, takie że można sobie nogę złamać, albo całemu wpaść. Nie brakuje też innych przeszkód: kabli, progów, stopni, krawężników. Nikt tam nie posiada wózka dla dzieci, bo ten po prostu nie ma racji bytu w tej sytuacji. Dzieci są noszone w specjalnych chustach, aż zaczną chodzić. Nie ma też ludzi którzy.. chodzą.. wszyscy mają motorynki lub auta więc chodzenie nie ma sensu. Spotkałem jednak paru porannych sportowców, co ciekawe wyłącznie Chińczyków.

Tego samego dnia wybraliśmy się z Anią piechotą na plantację herbaty, trzeba było przejść parę km, ale pani kierownik zadecydowała, że spacer dobrze nam zrobi. Plantacja robiła naprawdę ciekawe wrażenie, była ładnie położona w dolinie. Na takiej plantacji można zamówić sobie herbatę do picia, która jest tam wytwarzana. Mają tego wiele rodzajów, więc jeśli ktoś lubi ten napój to będzie w niebie. Ania lubi, a ja nie bardzo, choć muszę przyznać, że herbata, którą mi podali była naprawdę dobra – teh-tarik jest podawana z cukrem, mlekiem i jeszcze jakimiś bajerami.

IMGP4594DSC03228

Pokryte herbacianymi krzewami pagórki wyglądały zachwycająco. Padający tego dnia deszcz sprawił, że liście wydawały się jeszcze bardziej zielone. Spacerowaliśmy pomiędzy uprawami, co rusz ślizgając się na błocie.

IMGP4596 IMGP4600 IMGP4601IMGP4582W Cameron Highlands doliny wypełnione są różnymi plantacjami i chyba przy każdej znajduje się stołówka z jej specjałami. Są to bardzo oblegane miejsca, większość stanowią lokalni i azjatyccy turyści, którzy przyjeżdżają tam całymi, bardzo licznymi rodzinami. Dużą popularnością cieszą się farmy truskawek, w których można sobie samemu zerwać owoce. Jest to dosyć ciekawy pomysł. Krzaczki truskawek rosną w doniczkach, które są trzymane na regałach z trzema półkami. „Przyjemność” samodzielnego zebrania owoców kosztuje ok 50zł za jeden kg! Truskawki zebrane przez pracowników są ok 35% tańsze.. A więc płaci się najwidoczniej za przygodę i przeżycia. Tak jak wspomniałem wcześniej, azjatyccy turyści przyjeżdżają sporymi rodzinami, z wieloma dzieciakami. No i wszystkie chcą zrywać te owoce.. Współczuję wszystkim ojcom tych rodzin, których pociechy okażą się nadzwyczaj produktywne w zrywaniu truskawek, podejrzewam że późniejszy rachunek może być bardzo bolesny.

IMGP4575Kolejnego dnia wybraliśmy się, razem z Maciejem i Damianem na trekking po malezyjskiej dżungli. Mieliśmy zobaczyć raflezje, czyli największy kwiat świata, ale niestety trafiliśmy na okres w którym wszystkie kwiatostany były akurat martwe. Owocują one jedynie przez dwa tygodnie w roku.

IMGP4621
od Dam telIMGP4624 Wszędzie ślisko i pełno błota. Chłopaki, w swoich adidasach, nie byli na to przygotowani..
IMGP4637
Pąk raflezji – zacznie kwitnąć za jakieś dwa, trzy tygodnie.

IMGP4625 IMGP4626 IMGP4632 IMGP4635

IMGP4639
Pod gałęzią czarne pozostałości po kwiecie raflezji (gdy kwitnie jest różowy). Szczerze…nie robi wrażenia.

IMGP4642 IMGP4644

IMGP4651
W dżungli czyhały na nas krwiożercze pijawki 😉 Ta brązowo-szara ”gałązka” po prawej to jedna z nich. Dopóki nie są napompowane krwią wyglądają b.niepozornie i niewinnie. Ale wystarczyło w jej pobliże podetknąć rękę, czy nogę i natychmiast obierała kurs na ofiarę.

IMGP4664Kolejnym przystankiem był Mossy Forest, bardzo stary las położony na ponad 2000 m.n.p.m. To niezwykłe miejsce podobało się wszystkim. Las czerpie wilgoć z chmur, rośnie na skale i próchnicy, podłoże mocno ugina się pod stopami. Roślinność sprawia wrażenie jak z innej planety. Polecam wszystkim tę okolice!

IMGP4667 IMGP4671 IMGP4672 IMGP4679 IMGP4682 IMGP4684 IMGP4688 IMGP4691 IMGP4693Mieliśmy też okazję zobaczyć wioskę rdzennych mieszkańców. Tak naprawdę to pozostał tylko jeden budynek zbudowany zgodnie z tradycją. Resztę zabudowań stanowiły nowe chaty postawione przez malezyjski rząd. Ten sam organ zapewnił im szkoły dla dzieci, a także zasiłki.

Zdecydowana większość tych ludzi porzuciła tradycyjny styl życia i nie może znaleźć się w nowym świecie. Siedzą całymi dniami przed domami upijając się, w oczach rządzących są już straceni, zasiłki są pewnie po to zagłuszyć sumienie. Tacy ludzie wymagają wyjątkowej pomocy, trzeba stworzyć nową strukturę, nauczyć ich żyć od początku, ale to jest trudne wymaga wysiłku od obu stron. Wychodzi jednak na to, że jednym łatwiej dać, a drugim wziąć i zapomnieć o sprawie. Prawdziwą szansę na życie mają tak naprawdę dzieci rdzennych, które mogą się uczyć w nowych szkołach.

W programie było również zwiedzanie największej plantacji herbaty w Malezji – BOH. Wyjątkowo ciekawe doświadczenie – zobaczyć cały proces produkcji. Z krzaczków zbiera się tylko najwyższą warstwę liści – robi się to trzy razy do roku. Następnie po trzech miesiącach odrastają i można ponownie je skosić (w Malezji wszystko robią mechanicznie).

IMGP4601 IMGP4702 IMGP4704IMGP4699IMGP4700IMGP4701od Dam tel1Kolejnego dnia ruszyliśmy w kierunku stolicy Kuala Lumpur, pierwsze 100km to była górska droga częściowo zniszczona przez mocne ulewy. Co jakiś czas można było jechać tylko jednym pasem bo drugi albo został uszkodzony, albo przysypany błotem. Trochę mi i Ani odbiło tego dnia i jechaliśmy zbyt szybko, ścigając się.

Rozdzieliliśmy się z chłopakami na autostradzie, my i tak musieliśmy jechać w inne miejsce, odebrać paczkę z Polski. Używam nawigacji Garmin, ale z darmowymi mapami OSM, normalnie wszystko jest ok. Jednak gdy wjeżdżamy do ogromnych metropolii to jest.. tragedia. Nieraz jest po 5 pasów ruchu w każdą stronę, nie wiem wtedy jak jechać. Nie zgadzają się też nazwy i numery dróg oraz zjazdów. Chcąc nie chcąc, zawsze mamy trochę wycieczki po mieście. Zazwyczaj muszę też wysłuchiwać marudzenia Ani w słuchawce, co oczywiście bardzo mi pomaga w tej relaksującej sytuacji.. Na szczęście Kuala Lumpur nie jest nawet w 1/3 tak złe jak Bangkok i po niedługim kluczeniu dotarliśmy pod odpowiedni adres. Paczki jednak nie było, została zatrzymana przez cło na lotnisku. Postanowiliśmy zamieszkać z chłopakami, znaleźli oni miejsce znacznie bliżej centrum, obok Chinatown. Damian wysłał koordynaty GPS i ruszyliśmy.. Namiary były złe i znowu trochę błądziliśmy, co jak zawsze sprawiło nam dużo „radochy”. Wyczerpani upałem dojechaliśmy w końcu do Travelers Hub, całkiem przyzwoitego hostelu. Wzięliśmy pokój dwuosobowy, a chłopaki woleli mieć jedynki. Myślę, że nawet najlepsi przyjaciele, także małżeństwa czasami mają się dosyć w podróży. Ciągłe, nieustanne przebywanie w czyimś towarzystwie bywa męczące, nawet jeśli jest to osoba, którą się bardzo lubi. Sporo takich podróżniczych par i zespołów się rozpada, bo nie potrafią się dogadać. Niektórzy podróżnicy z tego powodu wybierają samotną drogę, decydują się na samotność, gdyż nie chcą się użerać z „niedobraną osobą”. Nie mogą znaleźć odpowiedniego partnera, a potem gdy się ich spotka w hostelu to nie można się od nich odpędzić, są spragnieni towarzystwa. I my tak mieliśmy, cieszyliśmy się ze spotkania z chłopakami, oni chyba też. Jakby owo spotkanie naszej całej czwórki kasowało zmęczenie powstałe na skutek ciągłego przebywania jedynie parami. Nie inaczej było tym razem, wieczór upłynął nam bardzo przyjemnie, jak zawsze świetnie się bawiliśmy.

IMGP4734
Przy głównym placu miasta – Dataran Merdeka, mieści się charakterystyczny budynek sułtana Abdula Samada. Wybudowany pod koniec XIX w. rzez Brytyjczyków (którzy wtedy zarządzali terytorium Malezji), mieści obecnie rządowe ministerstwa. Corocznie 31 sierpnia, na placu odbywa się kolorowa parada z okazji Święta Niepodległości.
20151213_213133
Najbardziej znany symbol Kuala Lumpur to dwie bliźniacze wieże Petronas. Przez kilka lat były najwyższym budynkiem na świecie, mają 88 pięter i liczą ponad 450 metrów wysokości. Spoglądanie na nie z dołu robi spore wrażenie, oświetlone drapacze wydają się ogromne. W środku mieści się m.in. luksusowe centrum handlowe (nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, dzięki czemu idealnie udało nam się wpasować pomiędzy tamtejszą klientelę – jako, że lało strasznie postawiliśmy na sprawdzone rozwiązania: Ania poszła w dizajnerskich japonkach za 6 zł. z bazaru, Łukasz wybrał niezwykle modne butki na kamienistą plażę. Chanele Guccie i Diory nie znają się 😉 )

IMGP4735

IMGP4731
Kuala Lumpur to bardzo nowoczesne miasto, gdzie obok siebie mieszkają ludzie różnych wyznań. Na zdjęciu Masjid Jamek – jeden z najstarszych (1909) meczetów w mieście. Aby do niego wejść należy spełnić bardzo konserwatywne normy dotyczące stroju (w przypadku kobiety całe ciało i włosy zakryte luźnymi szatami).
kolaz hindu
Hinduska świątynia Sri Mahamariamman, gdzie Ania trafiła na ceremonię święcenia kunkumu (czerwonego proszku) do robienia bindi (kropki na czole).

IMGP4715

kolaz konfu
Niedaleko Chinatown znajduje się świątynia Kuan Ti, gdzie chodzą się pomodlić Chińczycy.
IMGP4739
Kościół St. Mary w okolicy placu Merdeka.
1
Chinatown, okolice ulicy Petalang. Można tu nabyć prawie wszystko, jednak jakość pozostawia wiele do życzenia. Markowe ubrania, torebki, zegarki, podrobione telefony – kosztują tyle co nic..i tyle właśnie czasu są zdolne do użytku. Ania kupiła tam najprostszy zegarek z silikonowym paskiem, nie przetrwał nawet tygodnia.
IMGP4741
Artystyczna uliczka w okolicy Chinatown.

Sobota jest dniem imprez, a ponieważ nie mieliśmy nic do roboty, aż do poniedziałku, postanowiliśmy zaszaleć ten ostatni raz przed rozstaniem. Po rozgrzewce w hotelu udaliśmy się na ulicę imprez. Tak myśleliśmy.. Było tam wiele barów, ale nikt nigdzie nie tańczył. Chodząc od jednego do drugiego miejsca odkryliśmy czemu służy to miejsce. To była ulica prostytucji, dobrze zakamuflowanej, ale jednak. Wygląda to w ten sposób, że przy stołach siedzą nieraz grupki, nieraz samotne dziewczyny. Łowią mężczyzn wzrokiem próbując ośmielić do podrywu, uśmiechają się itd. Przez chwilę pomyślałem, że mi się wydaje, bo w pubie było też pełno normalnych ludzi. Myślałem, że może po prostu podobam się co któreś dziewczynie i stąd ich zachowanie. Nie uważam się za jakoś turbo przystojnego, ale w Azji Południwo – Wschodniej biali mężczyźni przyciągają większą uwagę pań. Jednym z powodów jest właśnie biały kolor skóry.

Wszystkie narody zamieszkujące te okolice Malezyjczycy, Tajowie, Indonezyjczycy, a nawet Chińczycy bardzo sobie cenią białą skórę. Przyczyną tego są dawne czasy, gdy opalona, ciemna skóra oznaczała, że człowiek wykonuje pracę fizyczną. Jest rolnikiem, robotnikiem, rybakiem- nie mógł się osłonić przed słońcem, które praży każdego dnia, cały rok. Jasna skóra oznaczała pracownika umysłowego, urzędnika, szlachcica, kogoś kto mógł sobie pozwolić na ciągłe przebywanie w cieniu. A przecież takie funkcje i zawody kiedyś były dużo bardziej poważane niż teraz. Dodatkowo w Malezji i Tajlandii nie pojawił się kult pracy, kult robotnika i zawody takie jak choćby nauczyciel nawet dzisiaj cieszą się dużo większym szacunkiem niż u nas w kraju. W dzisiejszych czasach takie postrzeganie człowieka poprzez odcień skóry jest delikatnie mówiąc niemądre, bo przecież ktoś kto wykonuje pracę w hali lub np. w nocy będzie mieć jasną karnację. Cała idea pracy i odpowiadającej temu skórze jest już nieaktualna i bezsensowna. Jest to jednak postrzeganie zakorzenione przez setki lat i pewnie trochę potrwa nim się zmieni. Gdy więc wybierzecie się w te rejony i ujrzycie młodą dziewczynę która kąpie się w morzu w leginsach, skarpetkach, koszulce z długim rękawem i czapce.. nie znaczy wcale, że jest religijna. Ona może starać się pozostać sexi i chronić się przed słońcem. Tak samo jak panie pracujące w polu, mimo 40 stopni upału zasłaniające całe ciało, tak że widać jedynie oczy.. A swoją drogą to trochę głupie, że Europejczycy lubią swoją opaleniznę i uważają ją za atrakcyjną, tak że nawet używają solarium. Tymczasem Azjaci robią coś totalnie odwrotnego? Panie z prostymi włosami kręcą je, a panie z lokami prostują. Czy ludzie muszą starać się być kimś, kim nie są?

Wracając jednak do tematu – kolejnym powodem, który przyciąga uwagę kobiet do białych mężczyzn jest to, iż kojarzą oni się z majętnością. Przy obecnych cenach biletów lotniczych nie jest to do końca prawda, aczkolwiek i to postrzeganie jest dosyć głęboko zakorzenione.

Tymczasem, usiedliśmy na piwo w jednym z barów, żeby się zastanowić co dalej robić. Ania i Damian zajęli się przeczesywaniem internetu w poszukiwaniu lepszego miejsca, a ja i Maciej rozmawialiśmy obserwując okolice. Wszędzie gdzie nie padł mój wzrok napotykałem uśmiechnięte i mrugające do mnie oczy. Zorientowałem się, że to niestety nie mój seksapil, a dziewczyny są tu po prostu w pracy. Po co cała ta maskarada? Pamiętajcie, że byliśmy w bardzo religijnym islamskim kraju, gdzie część obywateli chciała by wprowadzono system prawny oparty o szariat. Prostytucja nie jest przestępstwem, które traktują lekko. Wszystko musi wyglądać więc naturalnie, jak nowa znajomość przypieczętowana wspólną nocą.

Pod następne miejsce podjechaliśmy korzystając z aplikacji Uber. Polecamy korzystanie z Ubera, bo pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy w nieznanym miejscu, no i nie trzeba się martwić o gotówkę. Miejsce numer dwa okazało się sporym niewypałem, więc zrezygnowani spróbowaliśmy po raz ostatni i wezwaliśmy taksówkę. Tym razem trafiliśmy naprawdę dobrze, wszędzie było sporo ludzi. Przed nami znajdował się ogromny blaszany dwupiętrowy budynek, coś jak duże paskudne centrum handlowe. W środku zlokalizowane były kluby. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Kupiliśmy nieco drogawe bilety i rozpoczęliśmy zabawę. W środku było sporo dziewczyn, a ich stroje.. cóż można było zapomnieć, że jest się w islamskim kraju.

Niedziela była okrutna. Wykorzystaliśmy ją na znalezienie odpowiedniego warsztatu, i przy okazji dowiedziałem się, że muszę jechać po swoją paczkę 70 km na lotnisko. Chłopaki też tam mieli jechać więc umówiliśmy się na poniedziałek i pojechaliśmy w trójkę. Na miejscu się rozdzieliliśmy, chłopaki poszli do terminala cargo, a ja podjechałem pod terminal poczty, który był zamknięty gdyż tego dnia było jakieś święto. Chłopakom udało się załatwić transport motocykli samolotem do Amsterdamu za jedyne 1000 euro! Co jest rewelacyjną ceną, nawet nie musieli pakować maszyn do skrzyń. Jedynym problemem był fakt, że nie podbili swoich karnetów CDP, więc musieli wrócić na granicę. Uznali, że zamiast jechać do Tajlandii odwiedzą Singapur i tym samym rozwiążą problem dokumentów. Rano pożegnaliśmy się wszyscy wiedząc, że jeszcze kiedyś na pewno się spotkamy. Uwielbiam poznawać interesujących ludzi, a ciężko o kogoś bardziej wyjątkowego i pozytywnego niż Maciej i Damian. Pewien etap naszej podróży dobiegł końca i znów byliśmy sami.

Znudzony tę samą drogą we wtorek pojechałem ponownie na terminal cargo poczty, musiałem zostawić paszport, zostałem przeszukany i dopiero wtedy mogłem wjechać. Ponieważ tak mnie potraktowali od razu zacząłem planować co by im tu wysadzić w powietrze 😉

Po odstaniu swojej pokuty w paru okienkach usłyszałem, iż muszę zapłacić 1000 zł cła!!! Żeby otrzymać paczkę, ok były tam dwie opony od naszego sponsora Oponeo.pl, używane lagi i teleskopy do mojego moto. Były też dodatkowe lampy i wiele części, które mój dalekowzroczny teściu poupychał w oponę tak, że dopóki gumy były spakowane w folię to reszty nie było widać. Celniczka, nie widziała więc połowy rzeczy, a i tak wysoko wycenili paczkę, chciała bym rozciął folię ale udało mi się wykręcić, że przyjechałem motocyklem i ciężko mi będzie przewieść luźne opony. Zacząłem solidnie protestować, że cło jakim chcą mnie obłożyć przekracza wartość paczki, że opony dostałem za darmo od sponsora a tu taka niegodziwość, że… hm… pracuję dla prasy i piszę artykuły do różnych gazet. Mój następny artykuł ma być o tym jak przyjazna dla turystów jest Malezja itd. Kłamstwa same pchały mi się na usta. Po prostu nie chciałem tyle płacić. Powiedzieli, że skoro tak to mogę się spotkać z najwyższym oficerem, bo tylko on może to zmienić. „Oczywiście, że chcę się spotkać z oficerem i wyjaśnić to nieporozumienie!” Gdy oczekiwałem przed gabinetem, mianowałem się jednym z redaktorów poczytnej polskiej gazety podróżniczej i synem ambasadora Polski w Czechach. A co tam! Drzwi się otworzyły i zaprosiła mnie do pokoju piękna kobieta, to ona tu rządziła. Tego się nie spodziewałem. Pani porucznik w ogóle nie interesowała się żadną moją paczką! Cały czas patrzyła mi w oczy i wypytywała o naszą podróż, zaproponowała kawę, robiła wielkie oczy gdy opowiadałem coś ciekawego, śmiała się z moich historii, to bardziej przypominało randkę.. Bardzo przyjemnie nam się rozmawiało, ale w pewnym momencie spojrzała na zegarek i zapytała : „To ile chcesz zapłacić Łukasz?” „Najlepiej to by było gdybym mógł nic nie płacić”. Roześmiała się i powiedziała, że 500 będzie odpowiednią kwotą, odparłem, że 200 będzie nawet lepszą, sprawdziła coś w kompie i powiedziała, że 400zł to jest maks jak nisko może zejść. Ok pomyślałem 400zł zamiast 1000 to dobry deal.

Na kolejne dni naszego pobytu w Kuala Lumpur mieliśmy zaplanowane znalezienie odpowiedniego warsztatu motocyklowego, oraz agenta, który mógłby wysłać nasze maszyny do Chile. Znalezienie, warsztatu nie było aż takie trudne. Sonny Cycle jest garażem, który specjalizuje się w jednośladach BMW. Odwiedziłem ich ustaliłem z kierownikiem warsztatu co jest do wymiany i uzyskałem wycenę. Moim warunkiem było, iż chce być obecny cały czas przy maszynie, i będę robić co tylko mogę aby obniżyć cenę za robociznę. Nie mieli z tym najmniejszego problemu, a nawet im się to spodobało. Doprowadzenie maszyn do stanu idealnego zajęło mi 3 dni. Każdego dnia przychodziłem do warsztatu gdy otwierali, a kończyłem gdy zamykali. W tym czasie wyregulowałem luz zaworowy, zostały zmienione i wyważone 3 opony, zmienione klocki, założone dodatkowe światła, zmieniony olej w lagach, wymienione krzywe lagi w Wilku, wymienione zostały zębatki i łańcuch itd. Wszytko szło by dużo szybciej gdyby nie fakt, że ów warsztat co chwilę odwiedzali inni właściciele motocykli. W Malezji duże moto obłożone są sporym podatkiem więc uchodzą za towar luksusowy, stać na nie naprawdę tylko zamożne osoby. Większość odwiedzających garaż chciała by.. zmienić im żarówkę.. Lub założyć jakiś nowy gadżet itd. Byli to raczej faceci po 40, a po wypasionych maszynach i strojach można śmiało założyć, że są nabici kasą. Nigdy chyba nie uścisnąłem tylu dłoni w swoim życiu, zdecydowana większość z nich chciała ze mną pogadać, o drodze, o motocyklach. Zostałem też zaproszony bym odwiedził ich klub BMW, byłem gwiazdą dnia. Choć wszyscy byli dla mnie bardzo mili, to tak naprawdę trochę mi przeszkadzali i nie pozwalali się skupić. Wiedziałem jednak, że dla wielu z nich jest to być może pierwszy kontakt z Polakiem i nie chciałem wypaść jako nietowarzyski gbur, więc maskowałem swoją irytację i poraz setny odpowiadałem na te same pytania. Parę razy uznano mnie też za pracownika, nawet jeden facet dał mi kluczyki od swojego moto i powiedział, że chce serwis. Ciekawe było też zachowanie jednego z mechaników, Pakistańczyka Husajna. Wymyślił on sobie, że chciałby się przenieść, żyć i pracować w Niemczech. Najpierw wypytał mnie, czy mając polskie obywatelstwo mogę swobodnie podróżować i pracować w EU. Potem postanowił on, że chciałby się ożenić z Polką, której mógłby zapłacić za tę przysługę, no i chciał żebym mu w tym pomógł. Zaskoczony jego prośbą odparłem, że zobaczę co da się zrobić. Znowu zabrakło mi stanowczości! Powinienem był powiedzieć, że nie interesują mnie takie sprawy, ale zależało mi na tym by mi pomagał przy maszynie. Interesujące dla mnie było to jak sam siebie widzi. Uważał się, za wyszkolonego specjalistę gdyż od 15 lat pracował z motocyklami, pierwsze 10 lat to doświadczenie z małymi moto i skuterami, a ostatnie 5 to już u Sonnego przy BMW. Obserwowałem go jednak i szybko zauważyłem, że tak naprawdę to jest tylko pomocnikiem mechanika, bo gdy tylko pojawiał się jakiś problem to nie potrafił sobie z nim poradzić, dodatkowo pracował wyjątkowo wolno. Skąd więc jego duma i pewność siebie? Otóż pochodził z Pakistanu, gdzie takie motocykle dostępne są jedynie dla bogaczy, więc zwykli mechanicy nie mają okazji nawet pracować z takimi maszynami, a on robi to każdego dnia. Był przekonany, że w Europie jest tak samo i praca czeka na niego w serwisie BMW. Opowiedziałem mu, że w serwisach pracują jedynie wyszkoleni samodzielni specjaliści (ale on się za takiego właśnie uważał) , którzy mówią po niemiecku. A potem opowiedziałem mu o… zimie, podczas której ludzie raczej nie jeżdżą na moto. Nie wiedział, że w Europie mamy zimę, nie zrozumiał też, że spora część motocyklistów sama dba o swoje maszyny, uważając to za swoje hobby. Myślał, że pojedzie do Niemiec i będzie zmieniał żarówki. Osobiście uważam za bardzo ciekawe to jak nasze europejskie życie jest postrzegane przez takich ludzi. Jak bardzo odbiega od tego, prawdziwego.

IMGP4756
Szerszeń z nowymi oponami od oponeo.pl

IMGP4750 W naszych początkowych planach zakładaliśmy, że przejedziemy przez całą Malezję, Indonezję a potem odwiedzimy Australię. Te plany zmieniły się w drodze. Problemem numer jeden okazał się nasz budżet, który byśmy przekroczyli wysyłając moto do Australii. Drugim problemem była konieczność podbicia karnetów CPD. O tym czym jest CPD i z czym wiąże się jego posiadanie możecie przeczytać tutaj.

W zasadzie już sama konieczność użycia karnetu na wjeździe dyskwalifikowała dla nas Indonezję, ale pojawiły się dodatkowe problemy. Nie znaleźliśmy żadnego promu z Malezji na Sumatrę (Indonezja). Jedyną opcją jest wysłanie maszyn na statku towarowym, a to wyceniono nam na ok 1000zł za motocykl. Tutaj jednak wydatki na transport morski się nie kończą. Choć Indonezja posiada siatkę promów samochodowych, to wysyłanie jednośladów w ten sposób wcale nie jest tanie. Ceny wahają się ok 50 do 150 USD za transport między poszczególnymi wyspami. Nam wyszło, że aby dotrzeć do Timoru Wschodniego potrzebne by było ok 500 USD na motocykl. Ale to nadal nie wszystko, bowiem wysyłka z Timoru do Australii powinna wynieść ok 2500 USD za oba motocykle. Czyli „jadąc” przez Indonezję do Australii musielibyśmy wydać dodatkowe 2000 USD za maszynę. A pewnie i tak wyszło by więcej.

No dobra, to w takim razie czemu nie wysłać bezpośrednio, z Malezji do Australii? Bo to też będzie spory koszt, wszystkie opłaty portowe itp. Powodują, że morska wysyłka maszyn zawsze będzie droga. I w takim przypadku musielibyśmy robić to aż dwa razy, a wysyłając bezpośrednio z Malezji do Chile ponieśliśmy ten koszt tylko raz. Zorganizowanie takiego transportu to droga przez mękę! Jeśli czyta to ktoś kto się tym zajmuje profesjonalnie, to niech wie, że podziwiam taką osobę za żelazne nerwy. W niektórych krajach wymagane jest korzystanie z usług agenta, który wyśle i odbierze ładunek. Tak właśnie jest z Chile i Malezją. Niby ma to na celu usprawnienie całego transportu, bowiem agent jako profesjonalista ponosi część odpowiedzialności.

Problemem jest choćby już znalezienie firmy która chciała by się zająć zorganizowaniem takiej przesyłki. Zdecydowana większość nie odpowiada na maila, lub gdy się zorientują, że mają do czynienia z żółtodziobem to kończą konwersację. Domagają się różnych dziwnych dokumentów, różne firmy chcą różne papiery. To co jednej firmy nie stanowi problemu dla innej jest murem nie do obejścia. Ciężko uzyskać jakieś sensowne informacje. Jeden wielki chaos i makabra.

Nam udało się znaleźć agenta, który nada motocykle, przedsiębiorstwo reprezentowała agentka Umi. Od początku do końca procesu wymieniliśmy między sobą ponad 100 maili! Najgorsze było to, że gdyby udało nam się wysłać motocykle przed 01.01. 2016 to płacilibyśmy za wysyłkę 1500 USD, ale ponieważ zabrakło jednej decyzji z Francji (właściciel statku), nie załapaliśmy się. A od nowego roku cena wzrosła aż do 2500 USD! Zdecydowaliśmy się wziąć cały kontener dla siebie, bo zbijanie drewnianej skrzyni to koszt 300 USD za szt. Jeśli motocykl jest w skrzyni to można go dołożyć do wspólnego kontenera. Taką skrzynię można zbić samemu, ale to też jest kłopotliwe, bo trzeba przywieść materiały na plac do pakowania i tam zbić pudło – trzeba mieć narzędzia. Wysyłka do Chile wymaga też stosowania impregnowanego drewna, ze specjalnymi certyfikatami.

IMGP4758
Jadąc na pierwsze spotkanie z agentką, mieliśmy małego niefarta. Piękna, równa droga, ba autostrada!, ruch spory, a w Łukasza tylne koło wbił się gwóźdź długi na jakieś 10 cm. Na szczęście nie stracił kontroli nad Wilkiem. Po prawie dwóch godzinach objeżdżania lokalnych warsztatów znalazł chętnych do pomocy przy zdjęciu opony z koła i wrócił do Ani, czekającej w prażącym słońcu z porozkręcanym moto. W międzyczasie autostradowa policja przyjechała zapytać, czy można pomóc i odgrodziła ją słupkami od pasa drogi.

W czasie gdy czekaliśmy na wyjaśnienie się sytuacji z transportem do Chile, przenieśliśmy się do Port Klang, miejscowości pod Kuala Lumpur. Spędziliśmy tam Boże Narodznie mając nadzieję, że pakowanie motocykli nastąpi po świętach. Święta Bożego Narodzenia w Malezji były dosyć osobliwym okresem w tym islamskim kraju. W centrum handlowym obok naszego hotelu, puszczano kolędy, jednak wyłącznie melodie. Witryny sklepów przyozdobiono na biało i czerwono, stały choinki, bałwanki, wywieszono lampki i girlandy, ale wszystko bez jakichkolwiek motywów religijnych. Biznes musi się kręcić, a handel rządzi się swoimi prawami. My naszą wigilię uczciliśmy w restauracji sushi. Było nam tylko trochę smutno 🙂

7aGdy dowiedzieliśmy się, że maszyny będą odpływać dopiero 11 stycznia, postanowiliśmy wykorzystać czas i coś zobaczyć. Wybraliśmy wyspę Langkawi. Pakowanie do kontenera zaplanowane zostało na 7 stycznia, więc mieliśmy parę dni do wykorzystania. Droga na wyspę upłynęła nam błyskawicznie – jakieś 500 km autostradą, jednak nie zdążyliśmy na ostatni prom. Na wyspę mieliśmy przedostać się następnego dnia rano czyli 31 grudnia. Rano chcieliśmy wjechać na prom, ale potrzebne były jakieś dziwne dokumenty, których naturalnie nie posiadaliśmy. Zaparkowaliśmy maszyny na strzeżonym placu, a sami popłynęliśmy promem. Zatrzymaliśmy się na Cenang Beach obok wioski Kedawang. Wyspa jest rozwinięta, ale tutaj można było znaleźć spokojniejsze miejsca. Szybko odkryliśmy, że będzie spory problem ze znalezieniem noclegu. Wszystko było pozajmowane, a w dodatku wszędzie kręcili się ludzie z plecakami szukając, tak jak my wolnego pokoju. Po dwóch godzinach poddaliśmy się, wszyscy nas informowali, że owszem będą miejsca ale dopiero następnego dnia. Udało nam się znaleźć miejsce, ale do miasteczka mieliśmy parę kilometrów- guesthouse stał pośrodku niczego, w polu.

Nasz sylwester no cóż.. nie należał do szczególnie udanych, wyspa niby pełna młodych ludzi, oczekiwaliśmy zabawy do rana. Jednak nigdzie nie było żadnej ciekawej imprezy, a wszystko i tak skończyło się zaraz po północy. Najciekawszym punktem wieczoru był nocny powrót autostopem do naszej odludnej kwatery. Następnego dnia mieliśmy się przenieść bliżej wioski, obudziłem swoją kochaną połówkę, spakowaliśmy klamoty i pojechaliśmy do centrum.

Naszym nowym „domem” był przyjemny pokój na uboczu wioski. Ten dzień postanowiliśmy spędzić na plaży, uwaliłem się w cieniu drzewa i poświęciłem lekturze książki. Plaża była ładna piaszczysta i szeroka, był tylko jeden problem. Hałas, nie chodzi nawet o ludzi i muzykę z barów. Wszędzie pełno było skuterów wodnych do wynajęcia, a duża część z nich pływała w wodzie rycząc silnikami. Nie żebym był jakoś super wrażliwy na takie dźwięki, ale naprawdę było głośno. Inną sprawą był problem z pływaniem, niektóre ze skuterów śmigały naprawdę blisko plaży z dużymi prędkościami co było trochę stresujące podczas kąpieli.

20151231_183754 20151231_183844 20151231_183909 20151231_184202 20160102_184957 20160103_184306Wieczorem odkryłem, że mimo iż siedziałem w cieniu to moja skóra i tak jest poparzona przez silne słońce.

Nasz sen został przerwany przez pianie koguta, spojrzałem na zegarek – była 4 rano, nawet jeszcze nie widniało! Piał co pięć minut, a wszystkie pobliskie koguty, których było zaskakująco wiele mu odpowiadały. Nasz domek zbudowany z desek, między nimi były nawet małe szpary, a on piał jakiś metr od ściany, po drugiej stronie były mojej głowy! Miałem wrażenie, że gnój drze mi się do ucha. Łudziłem się, że może zaraz przestanie. Gdzie tam! Podawał cały czas. Po godzinie nie wytrzymałem, ubrałem się i otworzyłem drzwi. Ania mnie obserwowała i zapytała gdzie idę. „ Zabić go!” Usiadła na łóżko i poprosiła żebym tego nie robił. „Czasem mężczyzna musi zabić koguta” odpowiedziałem i wyszedłem. Tak naprawdę to chciałem go tylko odpędzić w inne miejsce. Gdy tylko wyszedłem za rogu chatki usłyszałem hałas i zorientowałem się, że uciekł. Udało nam się ponownie zasnąć, ale durny ptak wrócił. Miał szansę żyć, wtedy ją stracił. Kolejne dwa poranki próbowałem go skłonić, aby przestał hałasować. Trzeciego dnia gdy znów nas obudził o 4, Ania wyszeptała: „zabij go kochanie”. Pomyślałem sobie, że rolnik będzie jadł dzisiaj rosół. Uchyliłem delikatnie drzwi i obserwowałem go, stał na stole tłukł skrzydłami i darł się. Ubrałem buty, żeby nie poranić sobie stóp o kamienie i wybiegłem z chatki. Od razu zaczął spierniczać, zaskoczył mnie swoją szybkością. Mój plan był taki, że złapie go w ręce i skęcę mu kark. Ok może nie przemyślałem tego zbyt dobrze, ale byłem naprawdę niewyspany i wkurzony. Przeleciał obok mnie, wtedy chciałem, naprawdę chciałem go kopnąć, włożyłem w cios całą siłę, byłem pewien, że jest mój. To nie był jego pierwszy raz z wkurzonym turystą, zrobił szybki unik tracąc przy tym parę piór. Czas nagle, zwolnił… widziałem swoją stopę tnącą powietrze, tam gdzie przed chwilą był mój wróg. Nasze oczy na chwilę się spotkały, nie wiem czy to było złudzenie, czy prawda, ale wydawało mi się, że widziałem kpinę w jego oczach. Zawiodłem.. swoją ukochaną, zawiodłem rodzaj ludzki. Czułem jak ogarnia mnie rozpacz. Nagle naszła mnie myśl, zrodzona z wewnętrznego buntu przeciw porażce, to były słowa mojego trenera boksu: „dopóki walczysz, możesz wygrać”. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, „dziękuję trenerze!”. Wiedziałem co mam robić! Wykorzystałem siłę kopnięcia i pozwoliłem jej okręcić moje ciało, wbiłem czubki stóp w żwir, aby wyhamować pęd. Jednocześnie ugiąłem kolana, jedną ręką się podparłem, a drugą podniosłem spory kamień. Usłyszałem uderzenie swojego serca, moje kolana wyrzuciły ciało w pościg. Liczył się tylko cel, to była walka. Walka, która toczy się od zawsze, o terytorium! Miałem tylko jedną szansę, wziąłem zamach w biegu. Obserwowałem jak kamień szybuje w stronę zła. Nadal biegłem za nim. Skałka trafiła go gdy chował się w dziurze w żywopłocie, nastąpiła eksplozja piór. Nagle było po wszystkim.

Ostatnie dwa poranki były ciche, inne koguty też nie hałasowały, jak by były w żałobie.. A może straciły przywódcę?

Dni pomiędzy moimi potyczkami z ptactwem upłynęły nam na zwiedzaniu wyspy. Wypożyczyliśmy skuter i wybraliśmy się, na objazd wyspy. Naszym celem były rajskie plaże. Mieliśmy pecha , gdyż w tych dniach prądy morskie przyniosły stada parzących meduz i nie można było wejść do wody. Było bardzo gorąco, więc nie była to dobra wiadomość. Same plaże nie podobały mi się jakoś specjalnie, było sporo malezyjskich turystów, których przywoziły łódki w ramach wycieczki. Teren plaż był ograniczony przez własność hoteli. Nie było żadnego ogrodzenia, a jedynie strażnik, który pilnował aby ludzie nie przekraczali wirtualnej granicy. Wobec tego wszyscy ludzie stłoczeni zostali na małej powierzchni. Mimo to uważam, że i tak warto było się przejechać, aby poznać wyspę.

20160102_134215 20160102_134548 20160102_134627 8bNastępnego dnia Ania wybrała się samotnie na najwyższą górę i żeby zobaczyć wodospady. Była zadowolona i poleca te miejsca.

IMGP4767 IMGP4774DSC03299Gdy wróciliśmy z Langkawi poszliśmy odebrać nasze motocykle ze strzeżonego parkingu. Odwinęliśmy płachty, jakimi były przykryte motki, przepakowaliśmy bagaże, przytroczyliśmy wszystko i przebraliśmy się w moto ciuchy. Wyjeżdżając z parkingu zorientowałem się, że nie działa mi hamulec przedni. Spojrzałem na przednie koło i sprawa stała się jasna, ktoś odciął całe zaciski. Zostały ukradzione. W tym momencie ogarnął mnie strach, widziałem jak Ania stara się włączyć do ruchu, nie wiedziała, że nie ma hamulców! Rozpaczliwie chciałem włączyć interkom i ją zatrzymać, ale było za późno. Widziałem jak rusza, ale chciała zatrzymać się, żeby przepuścić ostatnie auto. Nagle zorientowała się, że nie może zatrzymać maszyny, nastąpiło kilka panicznych ruchów, przejechała przez dwa pasy i zatrzymała się dopiero na sklepowym parkingu naprzeciwko. Auto, które chciała przepuścić minęło ją o włos, trąbiąc wściekle.

Motocykle posiadają dwa hamulce, przedni i tylni. Przedni hamulec, ten który nam ukradziono, jest intuicyjny, to z niego korzysta się najwięcej, nawet jest większy niż tylni. W spokojnej miejskiej jeździe używa się praktycznie tylko tego hamulca. To dlatego Ania miała takie problemy, zaskoczyło ją to, a zanim zorientowała się co się stało minęły cenne sekundy, w tym czasie na drodze może się wydarzyć naprawdę wiele. Miała szczęście.

Byliśmy wściekli, oddaleni od portu o setki kilometrów, mieliśmy za dwa dni dostarczyć maszyny do pakowania, wszystko było już opłacone, a tu takie coś!

Wkur…y poszedłem do pracownika parkingu i zażądałem żeby zadzwonił po swojego szefa, w tym samym czasie Ania dzwoniła na policję. Przyjechali po jakieś godzinie, ale za to od razu czwórka. Trzy policjantki i jeden policjant. Tylko policjant rozmawiał z parkingowym, a panie stały daleko i się przyglądały. Bardzo efektywne działanie ze strony stróżów prawa. Parkingowy wyjaśniał, policjantowi, że regulamin tego miejsca stanowi, iż właściciel firmy nie ponosi odpowiedzialność za kradzież.

97 Po chwili z całym naszym dobytkiem udaliśmy się komisariat, tam musieliśmy złożyć zeznania i czekać na oficera śledczego. Wszystkie pytania były do mnie, nie chcieli rozmawiać z Anią, traktowali ją jak powietrze. Ci z Was, którzy ją znają, pewnie się domyślają jak bardzo ją to irytowało.

Po przyjeździe oficera dano nam wybór. Policja może przeprowadzić śledztwo lub nie, zależy to od nas. Jeśli zdecydujemy się na śledztwo, które potrwa do 10 dni to musimy pozostać w tym miejscu. Być może uda się wykryć sprawcę (policjant dał do zrozumienia, że to pewnie pracownicy parkingu). Ale nawet jeśli wykryją sprawcę, to musimy wynająć adwokata i go pozwać cywilnie, lub w razie niewykrycia sprawcy możemy pozwać parking. Nie wiadomo ile będzie trwać proces. Czekając na policjanta, zdążyłem zadzwonić do warsztatu w stolicy Malezji i zapytać ile kosztują takie zaciski u nich, wycenili je na 1000usd za sztukę. W Polsce nowe to koszt 1500zł.

98Nie mogliśmy czekać i nie chcieliśmy brać udziału w jakiś procesach itp. Postanowiliśmy porzucić sprawę i jechać do portu, bo byliśmy bezsilni w tej sytuacji. Zrobiliśmy dokładnie to czego spodziewali się złodzieje, czyli odjechaliśmy nie robiąc im problemów. Nie podobało mi się to, pod skórą pełzała wściekłość, miałem ochotę wrócić na ten parking i załatwić sprawę inaczej. Tylko wtedy moglibyśmy nie zdążyć na nasz statek. I ratowało ich to, że mojej żonie nic się stało.

Dotarliśmy do Port Klang po dwóch dniach bardzo ostrożnej jazdy, o poranku Ania poszła sobie pobiegać. Po południu umyłem na myjni nasze motocykle – musiały być czyste przed wysyłką. Lokalni pracownicy wypytywali mnie o biegaczkę z rana, Ania chyba zwróciła ich uwagę przebiegając w swoim ”mało konserwatywnym” stroju niedaleko ich firmy. Mimo, że minęło parę godzin to ciągle ją wspominali 🙂

Załadunek motocykli poszedł gładko, pracownicy obili koła maszyn drewnianymi klockami, a ja zabezpieczyłem je pasami. Wyglądało, że są spakowane bezpiecznie. Nasza agentka – Umi odwiozła nas na terminal pasażerski skąd odpłynęliśmy w stronę Sumatry.

Mal z telTym razem pokuszę się o małe podsumowanie, zawsze gdy odwiedzamy jakiś kraj zastanawiam się czy poleciłbym go dalej. Czy chciałbym w nim żyć. Jak dane miejsce wypada w zestawieniu z innymi krajami. Malezja nie urzekła mnie, nie poleciłbym jej nikomu. Ceny są wysokie, kuchnia kiepska, a mnie jako ateistę irytowała pseudo pobożność Malezyjczyków. Pobożność ociekająca dewotyzmem i patrzenie na świat przez pryzmat swej religii, zniechęciła mnie do tego kraju.

Jeśli ktoś pytał by mnie o opinię to dużo bardziej nad Malezję, poleciłbym Tajlandię , Wietnam i Laos. Również Indonezję, bo choć też bardzo religijna, to jednak niezmiernie ciekawa. Ale to jest wyłącznie moja opinia i na pewno znajdzie się wiele osób mających skrajnie odmienne zdanie.

Porady praktyczne:

  • Należy zabezpieczać się przed bardzo silnym słońcem
  • Trzeba uważać na skutery
  • Z Malezji można wysłać motocykl do Europy za jedyne 1000 euro liniami KLM
  • Na granicy tajsko- malezyjskiej nie trzeba podbijać CDP, ale jeśli zdecydujemy się na wysyłkę samolotem to mogą wymagać pieczątki
  • Na granicy można kupić ubezpieczenie do godziny 18.00, jest drogo (jakieś 100 zł od moto)

Jako bonus malezyjska moda. Panie mają do wyboru setki różnych rodzajów i kolorów chust na głowę, panowie chodzą w gatkach z renomą. A rząd pilnuje, by każdy Malezyjczyk (wszyscy obywatele Malezji muszą mieć wpisaną w dowód osobisty wyznawaną religię, a jeśli są z pochodzenia Malezyjczykami tą religią jest islam) był dobrym muzułmaninem. Stąd zero alkoholu! Nawet sprzedawcy alkoholu to wyłącznie Chińczycy i Hindusi.

Mal z tel2

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *