Skip to content

Laos: Luang Prabang i Vang Vieng

Posted in Laos

Myśleliśmy, że czynności wyjazdowe na chińskiej granicy będą trwały wieki, pamiętając, że przy wjeździe poświęciliśmy im trzy dni. Niezwykle przyjemnie zaskoczyło nas, że wszystko odbyło się sprawnie i szybko, po stronie laotańskiej kupno wizy, zadeklarowanie wjazdu moto w dwie minuty i po sprawie – można ruszać odkrywać nowy kraj! Każdy w swoim tempie, Łukasz na uszkodzonym Wilku niczym żółw, a ja z chłopakami doświadczając tego co najlepsze w jeździe motocyklem, śmigając po górzystym, zakręconych drogach Laosu.

IMG_2153 IMG_2281W ciągu dnia rozpogodziło się i z radością jechaliśmy pośród porośniętych dżunglą pagórków. Gdy kończyliśmy lunch dołączył do nas mąż na swoim moto. Zdecydowaliśmy, że szkoda nie korzystać ze sprzyjającej aury (nareszcie, po kilku dniach niestającego jechania w deszczach i ulewie) i z przyjemnością udać się aż do Luang Prabang. Widoki naokoło nas rozpieszczały, a motki z radością łykały kolejne km asfaltowej drogi. Pod wieczór dotarliśmy do miasta, gdzie zatrzymaliśmy się na parę dni w hostelu.

IMGP4249IMGP4257

Luang Prabang przez wielu uważane jest za bardzo komercyjne miasteczko, mnóstwo w nim białych turystów, wszędzie można znaleźć knajpki serwujące potrawy zachodniej kuchni, zdecydowana większość mieszkańców potrafi dogadać się po ang. Wiele osób spogląda na to wszystko z niesmakiem, nam jednak bardzo to pasowało. Nareszcie mogliśmy się dogadać, zjeść chleb (przepyszne bagietki – spuścizna po francuskim kolonializmie) i inne pyszności, wszyscy byli przyjaźni. Wieczorami odprężaliśmy się przy Beer Lao, a w ciągu dnia zwiedzaliśmy okolice.

Samo miasteczko uznane jest jako architektoniczna perełka – doskonale łączą się w nim tradycyjne laotańskie drewniane zabudowania z pokolonialnymi budynkami z XIX wieku, wybudowane w czasach gdy Laos wchodził w skład francuskich Indochin. Luang Prabang jest też stolicą religijną kraju – kilkadziesiąt świątyń rozsianych jest po całym mieście. Fantazyjnie powyginane, bogato zdobione pozłacane dachy górują tu i ówdzie. Próbując kryć się w cieniu, pod ścianami budynków przemykają mnisi, ubrani w pomarańczowo rażące szaty. Miejsce ma wiele uroku, atmosfera jest luźna, panuje niekrępujący nastrój. Nie jest to jednak miejscówka imprezowa (wszelkie lokale odgórną dyrektywą są zamykane najpóźniej o 23.30).

Poznawanie miasta postanowiliśmy zacząć od rejsu po rzece. Luang Prabang jest położone nad Mekongiem, będącym główną arterią wodną kraju. Koszt wyczarterowania wielkiej łodzi (z kibelkiem i miejscami dla jakichś 20 osób) podzielony na naszą czwórkę mieścił się w kilku dolarach.

IMG_2177 IMGP4259IMG_2223Odprężeni płynęliśmy, z ciekawością przyglądając się miejscowym rybakom w małych kolebiących się łódkach, podziwiając krajobrazy i gęste zarośla na brzegach. Po jakimś czasie nasz kapitan zaproponował odwiedziny w jednej z pobliskich wiosek. Z zaciekawieniem przystaliśmy na jego pomysł i tak znaleźliśmy się wśród mieszkańców zajmujących się garncarstwem w Ban Chan. Miejscowi z chęcią pokazywali nam tradycyjne sposoby wyrobu dzbanów i ceramiki, kręcenie gliny na kole garncarskim i wielki piec do wypiekania już gotowych wyrobów.

IMGP4274 IMGP4281 IMGP4288 IMGP4293 IMGP4302IMGP4307 IMGP4340Po paru godzinach rejs dobiegł końca, jednak nam nie dość było atrakcji na ten dzień. Było bardzo upalnie, więc wszyscy zgodnie orzekli, że nie ma co zwiedzać miasta – pojedziemy do wioski w okolicy, która słynie z malowniczego wodospadu. Jako, że Łukaszowy Wilk był uszkodzony, mąż postanowił prowadzić na Szerszeniu, ja zaś zostałam pasażerem. Jazda sprawiała chłopakom mnóstwo radości, wraz z wiatrem szczęśliwi jechali wśród niewielkich wiosek, wymijając miejscowe auta i powozy. Niestety nie do końca sprawdzili, gdzie dokładnie zlokalizowany jest wodospad i gdy już mieliśmy się poddać trafiliśmy do niewielkiej gospody, którą z jednej strony zamykał naturalny basen stworzony na przepływającym strumieniu. Właściciel był nieco zdziwiony naszą wizytą, jednak nie miał nic przeciwko zaparkowaniu moto na jego posesji. Zapewne w sezonie przyjmował tam gości, gdyż parking był całkiem spory. Laotańczyk z uśmiechem wskazał na ”jacuzzi” i podał napoje, a my nie ociągając się (no przynajmniej niektórzy…) wskoczyliśmy się schłodzić. Po gorącym dniu tego nam było trzeba – laguny w środku dżungli, tylko dla naszego prywatnego użytku, z błękitną wodą, ze ścianami zieleni wokół. Na upartego znaleźliśmy nawet ”własne” wodospady – idąc w górę strumienia, woda spływała licznymi małymi kaskadami. Nie pojechaliśmy już szukać prawdziwego wodospadu – zapewne był oblegany przez innych turystów, my mieliśmy nasz ”kawałeczek” raju 🙂

IMG_2232 IMG_2239Gdy zaczynało się ściemniać postanowiliśmy wrócić do Luang Prabang. Niestety rozdzieliliśmy się, wskutek czego Łukasz, nie mający GPS-u w Szerszeniu zgubił się i nie mógł odnaleźć naszego hostelu. (ja wracałam jako pasażerka z chłopakami) Gdy wreszcie do nas dojechał był śmiertelnie obrażony i nic nie mogło go udobruchać. Ostatecznie tego wieczoru każde z nas osobno wybrało się na relaksujący masaż. Po nim spotkaliśmy się już wszyscy w czwórkę, odprężeni i w skowronkach po tak pozytywnym dniu.

IMGP4355Kolejnego dnia nie udało mi się wyciągnąć żadnego z chłopaków na zwiedzanie Luang Prabang. Sama więc udałam się do Muzeum Narodowego, wcześniejszej siedziby króla, gdzie w jednym z budynków można podziwiać bogato dekorowaną salę tronową, cała w złocie, jak i dość skromne komnaty członków rodziny królewskiej. W innych znajdowały się m.in. kolekcja zabytkowych aut (prezentów od innych państw), jak też teatr.

IMGP4376 IMGP4373 Tego dnia podziwiałam też czarujące uliczki miasta.

IMGP4365IMGP4367IMGP4371Wieczorem udaliśmy się na miejscowy nocny targ, gdzie liczni turyści z zapałem wybierali pamiątki. Dzień wcześniej przy piwku od dziewczyn z hostelu dowiedziałam się nawet co to ”elephant pants”. Gdy, ze zdziwieniem zapytałam je cóż to takiego, przekonana, że chodzi zapewne o spodnie z krokiem w kolanach (no przypominają słonia, co nie?), spojrzały na mnie lekko skonsternowane. Chyba nie do końca wpisywałam się w hostelowe trendy modowe… Dla wyjaśnienia: chodziło o długie luźne spodnie, z nadrukiem w słonie.

IMGP4351 Obok targu z różnymi wyrobami, rozłożone były stragany podające jedzenie. Po chińskiej ryżowej diecie, codziennie wpadaliśmy tam na pyszne kanapki z bagietek z dodatkami, sałatki warzywne, owocowe shake’i, naleśniki czy zimne kokosy. A wszystko to w bardzo przystępnych cenach, robione na naszych oczach, ze świeżych produktów.

IMGP4357IMGP4347

Po trzech dniach w uroczym miasteczku ruszyliśmy dalej. Za kolejny cel wyznaczyliśmy sobie znaną z imprezowania, jak i pięknego otoczenia wioskę, Vang Vieng. Sama droga do niej była niezwykle malownicza. W miarę zbliżania się otaczały nas wapienne wzgórza, czasem przykryte gęstą roślinnością. Kolejny już raz złapałam się na tym, że choć biednie wyglądające domy w wioskach, prawie się rozpadają, to obejście wokoło jest czyste. Między bambusowymi domkami nie ma wszędobylskich w Azji śmieci. Po Chinach było to b.miłe zaskoczenie.

IMGP4378 IMGP4382W Vang Vieng znaleźliśmy miły hotelik w samym centrum. Z hotelowego pokoju na czwartym piętrze (katorga wnieść tam bagaże!) roztaczał się piękny widok na pobliskie wzgórza. Same okna i wystrój nawiązywały lekko do czasów kolonialnych i sprawiały bardzo fajne wrażenie.

kolaz widok vanviengDowiedzieliśmy się, że akurat tego wieczoru jest jedyna taka impreza, organizowana tylko raz na miesiąc gdzieś w dżungli. Nie trzeba nas było długo namawiać, po prysznicu i posileniu się ruszyliśmy na wstępną zabawę do baru Sakura. Klimat był fajny, mnóstwo młodych, wyluzowanych ludzi. W pewnej chwili Łukasz oddalił się od nas za potrzebą. Mijały minuty, a go nadal nie było. W międzyczasie poszła wiadomość, że before się kończy i wszyscy chętni na jungle party mają zapakować się do podstawionych jeepów. Szukaliśmy męża jeszcze przez chwilę, jednak bez skutku. Stwierdziliśmy, że już najpewniej siedzi w jednym z pojazdów i spotkamy się na miejscu. Na imprezce bawiliśmy się świetnie, niestety Łukasz się nie pojawił. Na nic zdało się telefonowanie do niego. W zabawowym nastroju doszliśmy do wniosku, że najwyraźniej walnął focha (nadal jechał na uszkodzonym Wilku z prędkością 40 km/h, więc troszkę sobie z niego żartowaliśmy) lub był zmęczony (dojeżdżał do celu wiele godzin po nas) i zrezygnował z party.

Wróciliśmy do hotelu, a ja zastałam męża smacznie śpiącego. Jakie było moje zdziwienie następnego dnia, gdy okazało się, że Łukasz wstrzyknął sobie w usta botoks, czy inny magiczny ”wypełniacz”. Miał dzióbek jakich mało! Śmiało mógłby pozować do sexy-selfików (mi niestety nie dane było przyłapać go na zdjęciu…). Okazało się, że gdy nasza trójka w najlepsze się bawiła na jungle party, mój Michu niepostrzeżenie ”zarobił plombę”. Połowa ludzi z baru znikła, on rozglądał się próbując nas zlokalizować, gdy nagle stanął przed nim jakiś chłopak z kolegami i bez słowa uderzył go pięścią w środek twarzy. Gdy Łukasz osunął się na ziemię, tylko z oddali słyszał wykrzyczane po angielsku przez kumpli sprawcy ”To nie on! Spie…my”, po czym znikli w tłumie. Podobno ludzie naokoło próbowali mu pomóc, a on biedny zakrwawiony postanowił wrócić do pokoju. Ależ był zły rano, sam nawet chciał iść ponownie do baru, poszukać sprawcy i odwdzięczyć mu się tym samym. Zapytany, czy pamięta jak tamten wygląda, nieco niepewnie powiedział: ”No..tak..”. I już rozwiązała się tajemnica ”prawego prostego” darmowo otrzymanego na imprezie. Śmialiśmy się, że każdego dnia ktoś poszkodowany idzie się zemścić, ale nie potrafiąc do końca zidentyfikować sprawcy, wyładowuje złość na innej osobie. Po namowie Michu postanowił przerwać ten niechlubny krąg 😉

W okolicy VangVieng przepływa urocza rzeczka Song. Najbardziej popularną atrakcją są spływy w dętkach, gdzie bawią się tłumy młodych backpackersów odurzone alkoholem, a często też innymi używkami. Tą rozrywkę postanowiliśmy sobie odpuścić. W zamian wybraliśmy się poznać okolice z perspektywy motocyklowego siodła. Maciej chwilowo odpuścił, więc była nas trójka. Jeździliśmy szutrowymi drogami, obserwując spokojnie płynące życie w okolicznych wioskach. Mijały nas radosne dzieciaki, zaciekawieni starcy, jak i stada leniwie człapiących bawołów wodnych. W końcu zdecydowaliśmy, że pojedziemy zobaczyć dwie miejscowe atrakcje: Blue Lagoon i położoną tuż obok Złotą Jaskinię. Laguna okazała się być niewielka i dość zatłoczona, można było poskakać do wody z pomostów na drzewach, czy też zwisającej liny.

Na początek zdecydowałam się iść zobaczyć jaskinię. Towarzyszył mi Damian (Łukasz nie był zainteresowany wspinaczką jakieś 100 m pod górę po bambusowej drabinie i skałach). W jaskini znajduje się malutka figurka Buddy, wchodząc głębiej można też podziwiać rożne nacieki skalne. W środku było b.ciemno i ślisko, zaliczyłam nawet mała glebę i na ostrym kamieniu rozcięłam łydkę. Moja latarka nie dawała praktycznie żadnego światła, na szczęście ratował nas telefon Damiana. Wilgotność i upał wokoło spowodował, że wyszliśmy stamtąd zupełnie mokrzy. Kąpiel w chłodnych wodach była więc idealnym ukoronowaniem popołudnia. Na pragnienie zimne piwko.

Naprzeciw hotelu stało kilka babeczek rozstawionych ze straganami podającymi bagietki z dodatkami. Były przepyszne. A najlepiej smakowały po magic seansach filmowych, jakie urządzaliśmy sobie w ramach relaksu.

Nasz pierwotny plan zakładał bardzo długi pobyt w Laosie i dokładne zwiedzenie północy kraju, trekkingi od jednej do drugiej górskiej wioski, poznanie miejscowych zwyczajów i zaznajomienie się z laotańską kulturą. Wszystko to jednak zmieniło się po wypadku Łukasza w Chinach. Na Wilku można było jechać tylko z niewielką prędkością, cały motocykl nieprzyjemnie wibrował. Zdecydowaliśmy więc, że postaramy się jak najszybciej naprawić problem – okazało się, że możliwe to będzie dopiero w Bangkoku. Także podjęliśmy decyzję, że przez Laos tylko ”przelecimy”, by następnym razem móc go poznać dokładniej. Z Vang Vieng ruszyliśmy do Wientianu, gdzie spędziliśmy noc i zaledwie przespacerowaliśmy się po mieście. Stamtąd zaś pojechaliśmy dalej do jednego z naszych ulubionych krajów – Tajlandii.

IMGP4392

Informacje praktyczne:

  • wiza do Laosu, sprzedawana na przejściach granicznych, koszt 40 USD
  • wstęp do Royal Palace w Luang Prabang 80.000 kip
  • wstęp/wjazd na teren Blue Lagoon 10 000 kip, wejście do jaskini kolejne 10 000 kip, można wypożyczyć latarkę za 10 000 kip
[listopad 2015]

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *