Skip to content

Junnan: Kunming i Kamienny Las

Posted in Chiny, and Junnan

Z Lijiang udaliśmy się do miasta Kunming, zostawiając za sobą Macieja, który się nieszczęśliwie rozchorował; jeszcze nie wiedząc, że przed nami etap, w którym jedno z nas omal nie zakończy podróży.

Kunming jest dużym 4-milionowym miastem, stolicą prowincji Junnan. Mimo swoich rozmiarów jest jednak dopiero 16-te pod względem wielkości w Chinach. Jest dosyć interesujące w nawigacji, bo większość dróg jest jednokierunkowa i właściwie nigdy nie wolno skręcać w lewo, przynajmniej w centrum. Ma to zapobiegać powstawaniu korków. Na szczęście droga do naszego zakwaterowania była bardzo prosta. Sam hotel też był ok, dużo tańszy od tybetańskich i czystszy. To znaczy pokoje były czyste, bo na korytarzach, cóż.. nadal nie odkryto odkurzacza.

IMGP4014Gdy podjechaliśmy pod niego, duża część obsługi wyszła na zewnątrz by na nas popatrzeć, było ich może ze 20 osób. Wróciłem po bagaż do motocykla i zobaczyłem ten mały komitet robiący sobie zdjęcia z maszynami, oglądający polską flagę. Trochę skrępowany wszedłem między nich, wszystkie rozmowy ustały i przyglądali mi się bez słowa. Uśmiechnąłem się i powiedziałem ”hello” i nagle wszyscy naraz ukłonili się nisko odpowiadając tym samym słowem i też zaczęli się uśmiechać. Myślałem, że się rozejdą, nadal jednak każdy mój ruch był obserwowany, byli bardzo ciekawi, co jak się odpina itd. Jeden z nich stał zaledwie 30cm (trochę mi przeszkadzał) ode mnie i tłumaczył innym co robię, a oni to komentowali. Trochę zabawne i jednocześnie nieco dziwne doznanie. Teraz myślę, że mogłem to rozegrać zupełnie inaczej, wejść między nich przybrać agresywną postawę i wyzwać jednego z nich na pojedynek, albo wejść i zacząć śpiewać jakąś polską piosenkę i np.zacząć się powoli rozbierać. To pewnie by ich zaskoczyło, żałuję, ale wtedy o tym nie pomyślałem.

Zaraz obok naszego hotelu były dwie restauracje sprzedające mięso psów. Zazwyczaj nie było tam wielu klientów, dopiero w nocy przychodziło tyle ludzi, że nie było gdzie usiąść. Gotowane kawałki psów leżały przez cały dzień na ladzie mimo, że było dosyć ciepło i muchy miały swobodny dostęp do mięsa. Mnie to miejsce odrzucało za każdym razem gdy przechodziliśmy obok, a zapach (smród) powodował skurcz żołądka.

IMGP4021Centrum miasta sprawiało naprawdę rewelacyjne wrażenie, było czyste, nowoczesne i ciche bo wszystkie skutery zasilane były prądem. Po zatłoczonych, chaotycznych i strasznie brudnych miastach Tybetu byliśmy w lekkim pozytywnym szoku. Pierwszego dnia nie robiliśmy zbyt wiele, wieczorem poszliśmy na genialne sushi, a potem skusiliśmy się na dania z ulicznej gar-kuchni, gdzie za parę złotych można było zjeść grillowanego kalmara czy ośmiornicę.

IMGP4030 IMGP4069IMGP4023 IMGP4024 IMGP4029Drugiego dnia rano,wyszedłem obejrzeć nasze motocykle i zobaczyłem poranny apel obsługi hotelu. Zaczęło się od tego, że każdy przychodzący był witany przez kierownika badaniem alkomatem. Chwilę potem rozpoczęła się zbiórka, pracownicy ustawili się w dwuszeregu, kierownik odczytał listę obecności, a pracownicy zgłaszali się słysząc swoje nazwisko. Trochę to głupie bo listę sprawdzał ten sam gość który badał wszystkich alkomatem, wiec mógłby już zaznaczyć kto jest w pracy. Następnie nastąpiło odczytanie jakiś sloganów przez kolejnego kierownika, a pracownicy potwierdzali je odpowiadając równocześnie innymi sloganami. Mogło to wyglądać tak, kierownik:”Będziecie przychodzić punktualnie do pracy i uczciwie pracować?”, pracownicy: „ O tak, będziemy! Obiecujemy Cię nie zawieść o wszechwspaniały kierowniku”. Gdy kierownik skończył, zwrócili się do siebie twarzami wygłosili jakąś formułkę, a potem się rozeszli. Myślę, że formułka wyglądała tak: „ Drogi kolego obiecuję Ci, że ramię w ramię z tobą uczynię wszystko, aby ten hotel był naszą wspólną dumą”. Oczywiście nie mam pojęcia, co mówili, ale mogło być to coś dużo głupszego niż ja wymyśliłem. Tak mnie zastanawia jedna rzecz.. mają czas by sobie robić 10 minutowe idiotyczne apele codziennie, ale nie wpadną na to by TROCHĘ posprzątać ten hotel?! Widziałem już takie apele w innych miejscach ale ten był pierwszym i jedynym, który mogłem obejrzeć w całości. Kontynuowałem swoje majsterkowanie i zauważyłem, że pracownicy, którzy przed chwilą skończyli motywujący apel, wyciągają swoje telefony aby się nimi pobawić… chyba jednak nie wzięli sobie do serca porannej zbiórki.

Cały dzień zszedł nam na kręceniu się po mieście, najciekawszym punktem dnia był spacer do pięknego parku miejskiego, nad stawem i z racji tego nazwany Green Lake Park. To jednak nie uroda tego miejsca, ale co innego przykuło naszą uwagę. Chińczycy pokazali nam jedną ze swych bardzo pozytywnych stron. Otóż wychodzą oni do parków, aby spędzać czas razem z innymi ludźmi – choćby obcymi. Wachlarz metod, aby umilić sobie czas w dużym gronie jest naprawdę imponujący. Są dyskusje w małych grupach, aerobik w rytm muzyki, śpiewanie (wokaliści się zmieniają), joga, kursy tańca, gry planszowe itd. Wszystko za darmo, organizują ochotnicy, czyli zwykli ludzie. Wygląda to tak – ktoś przynosi z domu magnetofon, włącza muzykę i zaczyna tańczyć, po chwili przypadkowi ludzie dołączają się, po kolejnej chwili jest już około 50 osób. Jeśli osoba która ma radio dobrze tańczy inni naśladują jej ruchy i nagle mamy kurs tańca. Seniorzy z odtwarzaczami wybierają spokojniejszą muzykę i wokół nich gromadzą się osoby które lubią wolniejszy taniec. Młodzież bawi się przy skoczniejszych rytmach. Wszystko odbywa się w bardzo naturalny sposób, bez żadnego alkoholu, jeśli masz ochotę – przyłączasz się i tyle.

IMGP4035 IMGP4036 IMGP4039Chińczycy pod tym względem są zajebiści! Byliśmy oczarowani ich otwartością i pragnieniem rozrywki, zyskali u mnie ogromny szacunek. To był najpiękniejszy park jaki w życiu widziałem – bo pełen szczęśliwych ludzi. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Przecież jest tak wiele samotnych osób, młodych i starszych, spragnionych kontaktu z innymi! Seniorów, którzy przesiadują w kościele lub przychodni nie z potrzeby, tylko dlatego, że chcą się do kogoś odezwać. Młodych ludzi przykutych do komputera, bez prawdziwych znajomych, przyjaciół. A Chińczycy? Wychodzą na ulicę do parku, by porozmawiać, pośmiać się, potańczyć, poćwiczyć i.. pośpiewać. Tak! Śpiewają! Ile trzeba mieć odwagi aby wyjść przed tłum nieznanych ludzi i zacząć śpiewać, ile trzeba mieć odwagi by w ten sposób otworzyć się przed innymi ludźmi? Ja tyle nie mam.. I wcale nie śpiewają ładnie – raczej drą się jak koty, ale tu nie o to chodzi, aby być super artystą. To jest coś jeszcze wspanialszego, oni mają wewnętrzną potrzebę śpiewania do innych i po prostu to robią. Czy to nawet nie jest jeszcze trudniejsze? Wiedzieć, że śpiewa się „średnio”, ale olać to i wyjść do nieznajomych? Dawno już nikt nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ci ludzie. W dzień ”urzędowali” tylko w parkach, ale po zmroku można spotkać ich wszędzie, na ulicach, placach itd.

IMGP4051 IMGP4054IMGP4018Wieczorem poszliśmy na genialną kolację do restauracji w której kucharz stoi pośrodku specjalnego stołu i przyrządza jedzenie gościom siedzącym na około, smaży wszystko na blacie stołu. Było trochę drogo, ale potrawy, były rewelacyjne! To była prawdziwa uczta, najlepsze jedzenie podczas naszej podróży przez Państwo Środka. Najsmaczniejsze były ostrygi, z czosnkiem, masłem oraz dodatkami, których nie potrafię zidentyfikować. Ania, jak zawsze, gdy tylko można, zamówiła rybę, z której była bardzo zadowolona. Zdołała nawet zjeść ją pałeczkami (choć trochę to trwało..). Damian zaś skusił się na świński móżdżek.

Kunming z tel2W nocy wybraliśmy się na imprezę, taksówkarz zawiózł nas do modnego klubu w tym mieście. Na wejściu dostaliśmy opaski na rękę dla obcokrajowców, które upoważniały nas do darmowego wejścia, jak i darmowych drinków.. To była szalona noc, dużo tańczyliśmy, a drinki które nam nalewano były naprawdę uczciwe. Klub nie należał do tanich, bo gdy Ania chciała kupić butelkę wody 0,5 litra, która nie była wliczona w opaskę – usłyszała cenę ponad 20zł – nie było wyboru, trzeba było pić drinki 😉 Tego wieczoru wydaliśmy łącznie na trzy osoby równowartość 12zł (to była cena taxi).

Będąc w toalecie, przy pisuarze zauważyłem kątem oka, że faceci stojący obok pochylają się, chcąc obejrzeć mojego penisa. Teraz wielu z Was może sobie zadać pytanie: Co?! Po jaką chole…?! Otóż oni są ciekawi.. tak po prostu, i uznają, że skoro są ciekawi to mogą sobie popatrzeć. Nie wiem który element wyglądu ich najbardziej interesuje, kolor, rozmiar, czy może coś jeszcze innego. Na początku bardzo mnie to irytowało, potem był okres, że się przyzwyczaiłem.. Aż nadszedł czas, aby sobie z nich robić żarty! Więc.. gdy zobaczyłem, że Ci dwaj zapuszczają żurawia, aby obejrzeć mój skarb, krzyknąłem głośno „Bum!!!” Odskoczyli jak poparzeni – nie przerywając sikania. Wystraszyłem ich! Nie tylko ich.. wszyscy w toalecie, jakieś 25 osób wpatrywało się we mnie z niemym pytaniem w oczach – „co to było przed chwilą?” Zrozumiałem, że może wystarczy darmowych drinków i powoli czas do domu. Opuściłem toaletę a obecni tam, choć kontynuowali swoje czynności, nadal mi się przyglądali.

Jakiś czas później, gdy Ania i Damian również poczuli, że mają dosyć, postanowiliśmy jechać do domu. Wtedy okazało się, że nigdzie nie ma mojej bluzy, w której kieszeni miałem kamerkę Sony. Po krótkich poszukiwaniach, wyszło na jaw, że założył ją sobie pijany facet siedzący przy barze. Podszedłem do niego mówiąc, a raczej pokazując, że ma mi ją oddać. Gość wskazał mi, że mam z nim usiąść i się napić, że on postawi mi drinka.. Jego propozycja ani trochę mi się nie spodobała.. Po paru minutach gość wreszcie oddał ciuch. Czułem się zbrukany! Oglądają mnie w toalecie, zakładają moje ubrania, robią zdjęcia bez pytania.

Kunming z tel1Każde z nas padło ofiarą zatrucia jedzeniem w Chinach, ja chorowałem najmniej tylko 2 dni, Damian mocniej, ale nadal nic groźnego. Najgorzej miała Ania i Maciej. Chorowali długo, ciężko (z dreszczami i gorączką) i w dodatku nie mieli czasu, aby dojść do siebie – musieli jechać dalej. Zatrucie pokarmowe to nie jest nic zabawnego, może być naprawdę bolesną przygodą. Można by pomyśleć – czemu nie jedliśmy w „bezpiecznych miejscach”? Bo takich po prostu nie ma w Chinach! Wszystko jest brudne, myte na ulicy, w misce itd. Tamtejsze posiłki to ruletka, nie ma sensu się przejmować jakością jedzenia. Ja zatrułem się w drogiej czystej restauracji, nie ma więc reguły. Ironiczny jest fakt, że to właśnie ja i Damian znieśliśmy to jedzenie najlepiej, mimo że akceptowaliśmy potrawy które „śmierdziały tylko trochę” lub nie uciekały z talerza.

Po drodze postanowiliśmy zatrzymać się w ”Kamiennym Lesie” (Stone Forest). Jest to teren o wielkości około pięciu km², na którym znajdują się wielokształtne skalne formacje przypominające drzewa, zwierzęta itd.. Są najlepszym na świecie przykładem krasu kopiastego (cokolwiek to znaczy). Po przyjeździe dowiedzieliśmy się, ze wstęp kosztuje jakieś 100 zł/os. Postanowiłem zostać przy maszynach, a pozostała trójka udała się obejrzeć las.

IMGP4119IMGP4095 IMGP4123 IMGP4127Czemu nie poszedłem do Stone Forest? Odpowiedź jest prosta: nie lubię zwiedzać.. Wiem wybrałem się w taką podróż, a nie lubię zwiedzać. Dziwne? Zbiór miejsc które raczej mało mnie interesują jest całkiem pokaźny: świątynie, cmentarze, muzea, galerie, wystawy. Najgorsze są jednak tzw „główne atrakcje”, miejsca, które trzeba zobaczyć. Tam zawsze pełno jest turystów, sklepów z pamiątkami, zwykle są to bardzo drogie lokacje. Kocham naturę, lubię piękne widoki, lasy i zwierzęta, poczucie wolności, trekingi, sporty wodne itd. Ania jest zupełnie inna, ją interesuje wszystko, od kultury, sztuki, przez przyrodę do sportu. Nigdy nie jest zbyt zmęczona, aby iść coś zobaczyć, a ponieważ jestem jej mężem, często jej towarzyszę (czy chcę, czy nie..) Ta moja niechęć do zwiedzania i jej pasja, często się zderzają i dochodzi wtedy do konfliktów, które wprowadzają zdrowy balans do naszej podróży.

_B2A5482Z parku po pół godzinie wrócił Damian i oznajmił mi ”wiedziałeś co robisz zostając tutaj, ja miałem dosyć po pięciu minutach, po prostu skały”. Jednak Ania i Maciej chcieli zobaczyć cały park, interesowała ich każda skała, ścieżka itd. Poczekaliśmy na nich jeszcze godzinę i wyszli bardzo podjarani, choć lekko zawiedzeni faktem, że mieli tak mało czasu..stone forestNasza trasa prowadziła przez piękne miejsca, nadal cieszyła nas przyroda i drzewa, byliśmy bardzo spragnieni tego po Tybecie. Mieliśmy do przejechania spory kawałek jako, że „przeskoczyliśmy” jedno miasto. Warunki wjazdu do Chin, zobowiązywały nas aby jechać razem z resztą grupy, ale.. nie chciało nam się. Raz za późno skończyliśmy imprezować, innym razem zaspaliśmy. Nasz nowy przewodnik nie miał pojęcia gdzie jesteśmy, bo nie odbieraliśmy już od niego telefonów – nikt nie miał ochoty z nim rozmawiać. Miał bardzo silny chiński akcent i zrozumienie co mówi przez telefon graniczyło z cudem. Niechęć wynikała też z tego, że trzeba było go okłamywać co do naszego miejsca pobytu. Punkty (coraz rzadsze) kontroli policyjnej przejeżdżaliśmy ściemniając, że za nami jedzie guide, albo na „pewniaka”. Policjanci często byli tak bardzo zaskoczeni naszą obecnością, że nie wiedzieli co z nami zrobić, puszczali nas więc dalej – niech inni się martwią.

W jednej z mijanych wiosek, doszło do wypadku, mojego z miejscowym chłopakiem. Nie twierdzę, że trzymałem się przepisów drogowych w Chinach, o nie – to było by okrutne kłamstwo. Ale tam nikt ich nie przestrzega. Jechaliśmy przez wioskę, w której (jak w każdej innej) było ograniczenie do 40 km/g, ja jechałem raczej około 60 km/g. Możliwe, że nawet jechałbym szybciej, ale akurat tam był drogowskaz i sprawdzałem czy dobrze jedziemy, tak więc zwolniłem, by go odczytać. Chwilę później chłopak na motorynce postanowił, odpalić swoją maszynę i od razu zawrócić, nie sprawdzając nawet czy ma wolną drogę. A nie była, ja nią jechałem! Nawet miałem włączone światło, żeby było mnie lepiej widać! Gdyby, zamiast mnie na motocyklu, jechało tam auto lub ciężarówka, pewnie by go zabiło. Na jego szczęście uderzył we mnie, moje ciało wylądowało na przeciwnym pasie, a motocykl ślizgał się imponujące 30 metrów dalej. Na moje szczęście (po raz drugi) nic nie jechało z przeciwka więc nie zostałem rozjechany. Pozbieraliśmy Wilka razem z Damianem, po czym poszedłem sprawdzić co z chłopakiem..nie ukrywam, że w tym momencie sam chętnie bym go ukatrupił. Dokładnie wiedziałem co się stało, że jest to jego wina. Przeczuwałem, że sprowadził na mnie ogromne kłopoty. Każdy atom mojego ciała chciał go rozszarpać. Zbliżyłem się do niego i zobaczyłem jego tępe spojrzenie, twarz ubrudzoną od asfaltu i ranę na czole. Nie do końca wiedział chyba co się dzieje. Zamiast go uderzyć zapytałem czy nic mu nie jest. Oczywiście nikt nie zrozumiał mojego pytania – bo o co mogę pytać w tym momencie, pokazując palcem na czoło chłopaka? O cenę sera w sklepie obok? Nadal byłem wściekły i bałem się, że złość zwycięży, więc odszedłem na bok prosząc tubylców by wezwali policję. W międzyczasie Ania również wściekła opieprzyła chłopaka, oberwało się także zgromadzonym gapiom. Oczekując na drogówkę, zaczęło gromadzić się wielu ludzi, paru podeszło do mnie mówiąc coś po chińsku, jeden na mnie krzyczał, ale wtedy zdążyłem już ochłonąć, więc go olałem. Zadzwoniliśmy do przewodnika prosząc, aby przyjechał tłumaczyć, a w międzyczasie przyszedł policjant – tak przyszedł piechotą z posterunku. Narysowałem mu co się stało, a potem on zaczął zbierać zeznania całej wioski. Jakieś 50 osób było ku temu chętne, z ich gestykulacji można było odczytać, że problemem była moja prędkość. W tym czasie Damian powiedział mi, że tutaj prawie zawsze orzekają winę obcokrajowca i możemy mieć kłopoty, zerknąłem na policjanta i głośny tłum ludzi przed nim, przeszedł mnie dreszcz.. Godzinę później przyjechała prawdziwa policja, zabezpieczyli teren. Mało skutecznie, bo prawie że doszło do kolejnych kolizji – tamtejsze ciężarówki pędziły w tym miejscu ok 90 km/g i zamknięcie jednego pasa zaskoczyło niektórych kierowców.do kraksyGdy dojechał przewodnik, pojechaliśmy na komisariat, poprosiłem Damiana o towarzystwo, bo Ania podchodziła zbyt emocjonalnie do sprawy. W komisariacie posadzono nas naprzeciwko rodziny chłopaka, pośrodku usiadło trzech policjantów. Drogówka orzekła winę miejscowego, co spowodowało duża ulgę, młody nie miał prawa jazdy, ubezpieczenia, ani tablic rejestracyjnych. Oszacowaliśmy straty na 700 USD plus koszt lawety i środki na benzynę by dotrzeć do Kunmingu. Do tego dużego miasta był kawał drogi, ale była to moja jedyna opcja na wymianę uszkodzonych części. Kwota poraziła rodzinę chłopaka, ale przewodnik wytłumaczył im, że w sumie tyle to kosztuje samo moje ubranie Modeki (które znowu ocaliło mi skórę, ale po szlifie było bardzo brudne i przetarte w niektórych miejscach), a części są liczone „delikatnie” i nie ma opcji na żadne negocjacje. Po wyglądzie krewnych sprawcy, było widać, że ta suma to dla nich ogromny wydatek, zorganizowanie tych pieniędzy zajęło im ok 1,5 godziny.

Odwieźliśmy motocykl na parking i udaliśmy się do hotelu. Tam trwała dyskusja Macieja z innymi policjantami, którym nie spodobała się irańska pieczątka w jego paszporcie. I to był jeden z nielicznych momentów w, którym usłyszałem, że Maciej traci cierpliwość. Ciekawym jest, że zawsze to policjanci go tak irytowali, raz nawet pacnął jednego z nich gdy ten źle się obchodził z jego paszportem. Stałem wtedy obok i aż na chwilę przestałem oddychać. Gdy wyszliśmy potem z biura powiedziałem: „nie możesz bić policjantów!” a on spokojnie odpowiedział „przecież widziałeś co robił z moim paszportem, zasłużył”. Spoko przecież jesteśmy w tak liberalnym kraju..

Po wypadku chłopaki zadeklarowali się udzielić mi pomocy, zanim się wykąpałem wieczorem oni już znali adresy sklepów motocyklowych w Kunmingu, ale tam było aż 250 km w jedną stronę. Trudno opisać jak bardzo byłem im wtedy wdzięczny, ale oni skwitowali jedynie: „przecież siedzimy w tym razem”. Umówiliśmy się, że wyruszamy o 7.00, do 11 będziemy na miejscu naprawimy koło i będziemy mieć nadzieję, że moto będzie jechać. Rano Maciej miał nawrót choroby, zresztą cały poprzedni dzień też nie wyglądał najlepiej.

Przywiązałem koło do motocykla Ani i ruszyliśmy razem z Damianem w stronę Kunmingu. W tym czasie Ania i Maciej szukali możliwych dilerów części. Po 50 km mieliśmy wjechać na autostradę, ale tam pojawił się problem – dwóch policjantów zagrodziło nam drogę, krzycząc, że nie możemy jechać dalej. Próbowaliśmy ich przekonać, żeby nas przepuścili, ale oni robili się wtedy tylko bardziej agresywni. Przekalkulowałem sobie wszystko i wyszło mi, że muszę wjechać na tę autostradę, albo nie dam rady naprawić motocykla do jutra. Powiedziałem, że ok zjedziemy i gdy mundurowy pokazywał mi gdzie mam zjechać dodałem gazu, powiedziałem przez radio do Damiana „ jedziemy” i uciekłem w stronę bramek. Pracownik autostrady próbował mnie złapać, ale mu się nie udało. Oboje policjanci rzucili się na Damiana, ale złapali jedynie powietrze, a jeden musiał uskoczyć bo inaczej Damian by po nim przejechał. Widząc, że z wielkim motocyklem nie ma żartów pracownik nawet nie próbował go łapać. Gdy do mnie dojechał spytałem: „co tak długo?” odpowiedział: „sprawdzałem, czy nie mają broni, uciekamy!”. Nawet wcześniej nie pomyślałem, że mogli by do nas strzelać, ale Damian, który mieszka w USA uświadomił mi, że za taki numer tam można zarobić kulkę. Policjanci chyba nas nie gonili, uciekaliśmy jak szaleni, wyciskając ostatnie soki z motocykla Ani. Dopiero na kolejnych bramkach, gdy nikt na nas nie czekał dotarło do nas, że nie poniesiemy żadnych konsekwencji.

Naszym pierwszym celem było skupisko salonów motocyklowych. Podjechaliśmy tam i szybko okazało się, że nie wygląda to ani trochę tak jak w Europie. Przede wszystkim ceny tamtejszych motocykli to prawdziwe szaleństwo, są trzy razy wyższe niż u nas. Wszystko to za sprawą bardzo wysokich podatków, nakładanych na duże (powyżej 250cc) moto. Więc o ile „małe” motorynki i motocykle są najtańszym pojazdem jaki można nabyć, o tyle porządne moto to towar bardzo luksusowy. Za maszynę która w UE kosztuje około 13 tys. euro tutaj chcieli 45 tys. euro! Za tyle pieniędzy można kupić naprawdę fajny samochód, a właściwie to nawet dwa (220 tys. zł).

Wizerunek motocykla w Chinach to też inna bajka niż u nas. Jest to bowiem maszyna kojarzona z motorynkami, których używają najbiedniejsi. Problemem jest też to , że motocyklem nie można wjechać do niektórych miast i używać autostrad. Dodatkiem są jeszcze są cyrki na stacjach benzynowych. Kto więc kupuje te maszyny, mimo tych wszystkich ograniczeń? Otóż sprzedają się one bardzo dobrze! Nabywcami są chińscy milionerzy lub ich dzieci, są to ludzie którzy mają już parę aut i szukają nowych „zabawek”, ludzie którzy dysponują potężna gotówką. Tamtejsze salony motocyklowe, są świetnie wyposażone w towary o najwyższej jakości i… cenie.

Gdy podjechaliśmy w pierwsze miejsce, gdzie sąsiadować ze sobą miały, aż trzy salony zostaliśmy otoczeni przez podekscytowanych pracowników. Dowiedzieliśmy się, że oni jedynie sprzedają motocykle, a serwis to bardzo trudny temat. Części, są importowane z Europy i trwa to często aż kilka miesięcy! Właściciele popsutych motocykli zwykle odsprzedają motocykl do salonu i kupują sobie nowy! Chłopaki z Ducati zaprosili nas na kawę i zaczęli dzwonić w poszukiwaniu nowej opony i felgi dla mnie. Dzwonili wszędzie, do klubów motocyklowych, zawodników sportowych, warsztatów, innych salonów. Spędzili dwie godziny wisząc na telefonie! Gdy już się poddaliśmy i chcieliśmy odjeżdżać, dostali wiadomość, że znalazła się opona, jest używana, ale przez to tania. Usłyszałem, że prawdopodobnie jest to jedyna taka opona w tym mieście (właściwie to była 50 km od miasta i musieli ją dla mnie przywieść), chłopaki znaleźli dla nas warsztat, który podjął się naprawy felgi, pojawiła się nadzieja! Nigdy by nam się nie udało nic załatwić gdyby nie pomoc ludzi z Ducati, poświęcili nam połowę swojego dnia!

_B2A5523
Zdjęcie: Damian Kaleta

Następnego dnia Maciej podrzucił mnie do warsztatu, dawno się tak nie bałem, jak wtedy zanim odpaliłem Wilka i przejechałem pierwsze metry. Było bardzo źle, felga strasznie biła na boki, a kierownica sprawiała wrażenie uszkodzonej. Szybko odkryłem, że moja maksymalna prędkość to 40 km/g. Powyżej tego progu, drgania stawały się zbyt silne i bałem się, że łożyska lub piasta się rozlecą, a nie mógłbym wtedy kontynuować jazdy. Do granicy mieliśmy 700km, to oznaczało dla mnie długą powolną jazdę..

IMGP4143
Podczas gdy chłopaki próbowali skombinować nową felgę i oponę, Ania kręciła się po chińskiej wiosce. Akurat tę zamieszkiwała mniejszość muzułmańska. Widok Europejczyka był dla nich wielkim zaskoczeniem. Tu: sprzedawczyni grillowanych kaczek.
IMGP4151
Rankiem byliśmy świadkami pogrzebu. Przed konduktem jechało auto, rzucając petardy. Następnie na wózku jechała trumna, a za nią szli żałobnicy, każdy z białą szarfą/strojem. Kolor biały jest kolorem żałoby w Chinach. Postawili trumnę na środku placu i kilkakrotnie ją okrążali, by chwilę potem przenieść się w inne miejsce wioski.
IMGP4162
Przy śniadaniu (lokalna knajpa podająca wyłącznie zupę) wszyscy byli zainteresowani naszym przybyciem. Miejscowa rodzinka z chęcią wysłała swoją córkę do wspólnej fotki. Jak wiele Azjatek mała umie już ”pozować” z V 🙂

Tego dnia mieliśmy do przejechania około 150km, niby niewiele ale i tak zużyłem na to parę godzin. Trasa wiodła przez lasy i góry, padał deszcz, widoki były piękne, tarasy ryżowe, góry we mgle… miałem aż nadto czasu na podziwianie. Ten pierwszy raz, Ania mi towarzyszyła, gdyż bała się, że uszkodzony motocykl, może nie dojechać do celu. Dotarliśmy znużeni wolną jazdą, cali przemoczeni. Na miejscu czekali na nas Robin i Perriette oraz Anthony i Celine, wiedzieli, że mamy duży problem z Wilkiem i gdyby zaszła potrzeba byli gotowi nam pomóc. Opracowali jakiś plan holowania mojej maszyny, ale nie byli pewni czy zda egzamin. Zdecydowaliśmy jednak, że spróbuję dojechać na moto sam.

IMGP4179IMGP4225 IMGP4198 IMGP4199 Miasteczko w którym się zatrzymaliśmy było taką większą wioską, ciężko nam było znaleźć jakieś miejsce gdzie coś można było zjeść. Gdy w końcu usiedliśmy wszystko było brudne, śmierdziało a kuchenka wyglądała jakby miała zaraz eksplodować. Poczuliśmy się jak w Tybecie!

IMG_2136Padało całą noc i tak samo było rano, tego dnia miałem do pokonania 440km, sam bo Ania miała jechać z chłopakami. Czekałem do 9 (reszta wyjechała później i mieli mnie dogonić), ale nic nie zapowiadało zmiany pogody. Na śniadanie zjadłem zupkę z paczki i ruszyłem w drogę. Warunki były fatalne, to nie był zwykły deszcz, z nieba woda lała się wiadrami, widoczność była bardzo kiepska. Przez jezdnię co kawałek przelewały się strumienie wody głębokie na 5 do 20cm, a szerokie czasami na 100m. Co jakiś czas woda podmyła drogę i ta osunęła się do rzeki. Miałem spore wątpliwości czy uda mi się dojechać do celu,czy też droga będzie w ogóle przejezdna. Do tego wszystkiego dołączyła bardzo mocna mgła, która ograniczyła widoczność do 20 metrów. W pewnym momencie asfalt się skończył i trzeba było przejechać przez 5 metrów kałuży głębokiej na 30 cm. Przejechałem przez nią, ale było to dosyć ciężkie, gdyż była to woda wymieszana z gliną. Pomyślałem, że pewnie chłopaki pomogą Ani z przejazdem.. Nie mogłem się bardziej mylić, jak się wieczorem dowiedziałem, zmusili Anię żeby sama przejechała.. Damian czekał na jednym brzegu z aparatem, gotowy by uwiecznić jej ewentualną glebę, a Maciej czekał na drugim brzegu by pomóc ewentualnie się pozbierać. Podobno ruszyła w stronę kałuży (ona ją nazwała „rzeką”…) kręcąc głową na boki i klnąc szpetnie. Zrobiła chłopakom na złość i przejechała bez gleby. Damian jej jednak nie odpuścił i gdy trasa wiodła przez błotne drogi, wyprzedzał moją lubą, a następnie dodawał dużo gazu. Kawałki błota spod jego opon lądowały wówczas na mojej drugiej połówce.

Kunming z telCałą drogę zastanawiałem się kiedy reszta mnie dogoni, trochę się martwiłem, że coś się stało Ani lub chłopakom. Parokrotnie asfalt się kończył i trzeba było jechać po mokrym śliskim błocie, mi niewiele brakowało do upadku, zastanawiałem się czy oni mieli tyle szczęścia co ja. Kłopoty zaczęły się gdy nadeszła noc, mgła, deszcz i parująca szyba kasku bardzo ograniczały widoczność, droga była tak naprawdę, jednym ciągiem zakrętów. Nie było żadnych oznaczeń i parę razy prawie nie zjechałem w przepaść lub do lasu. Ciężko mi było jechać nawet to moje 40 km/g.

A tak to wyglądało z punktu widzenia Ani:

Gdy Łukasz rano opuszczał hotel, z nieba siąpiło. Postanowiliśmy poczekać, aż nieco się przejaśni. Niestety minęła godzina, a sytuacja wyglądała coraz gorzej. Przed nami było do pokonania 440 km, więc nie pozostało nic innego jak ubranie się w strój przeciwdeszczowy (sexi myśliwski kombinezon z gumy z kirgiskiego bazaru) i wyjazd. Początkowo droga wiodła przez liczne pagórki, mijając niewielkie wioski. Z czasem jednak pogrążyliśmy się w ścianie zieleni i otoczyły nas drzewa, zaledwie co kilkadziesiąt km ukazując jakieś zabudowania. Z nieba woda lała się strumieniami, które tworzyły się także na asfalcie. Z mocno nachylonych ulic potokami spływały litry brudnej brei. Widoczność była tragiczna, jechaliśmy wolno z bezpieczną prędkością.

Aż dojechaliśmy do pierwszej ”przeszkody”. Wielka kałuża pełna gliny, długa na kilkanaście metrów, głęboka i z niepewnym podłożem. Zatrzymałam się tuż przez wjazdem w nią niespokojna i zmartwiona. Chciałam prosić Damiana by przejechał ją za mnie, ale przez słuchawki słyszałam tylko: ”dalej Ania, dasz radę, jedź”. Kilkadziesiąt sekund zbierałam się w sobie, aż w końcu za mną pojawił się inny pojazd. Nie miałam wyboru, musiałam postarać się przejechać, bo kierowca z tyłu już się niecierpliwił. Przekręciłam manetkę gazu, podniosłam do góry nogi i…przejechałam. Wywołało to we mnie radość jakich mało. Następne river-crossingi (mniejsze rzeczki i strumienie, jakie przejeżdżaliśmy tego dnia) nadal pokonywałam z duszą na ramieniu, ale jednocześnie bardzo zadowolona po każdej udanej próbie.

Wczesnym popołudniem zatrzymaliśmy się na lunch. Akurat wtedy deszcz przestał padać (jak na złość!). Młoda Chinka podała nam smażony ryż i herbatę. Zamówienie trafione prawie w 100%, no może gdyby nie..pływające w czajniczku zdechłe mrówki (darmowe białko – nie pogardzimy) i warzywa (kapusta) pływająca w 3 litrach wody (myśleliśmy, że będzie w potrawce, ale zabawa w łowienie śliskiego liścia pałeczkami to b.odprężajace zajęcie). Byliśmy nieco zdziwieni, że nadal nie dogoniliśmy Łukasza, jednak nasze tempo było równie żółwie jak i jego.

Po posileniu się ruszyliśmy dalej. Oczywiście jak tylko wyjechaliśmy, ponownie rozpadało się na dobre. Kilka km dalej zaczął się najtrudniejszy dla mnie fragment drogi. Skończył się asfalt, a zaczęła błotna maź. Być może w okresie suchym droga ta nie sprawiłaby mi wiele trudności, ale wtedy naprawdę nie było mi do śmiechu. Pagórki, zakręty, a wszystko w gęstym lesie, gdzie nie widać co wyjedzie z naprzeciwka, do tego praktycznie żadnej przyczepności opon. Dupa moto uciekająca to na prawo to na lewo, poślizgi co kilka metrów. Serce podskakiwało mi do gardła, mózg pompował adrenalinę, a Damian śmiał się przez interkom, podnosząc jednocześnie na duchu (i w ramach ”zabawy” pryskając mnie błotem). Maciej oddalił się w pewnym momencie od nas, nie mogąc znieść mojego ślimaczego tempa (przyznaję się bez bicia, żyłowałam Szerszenia prawie wyłącznie na ”jedynce”, trochę na ”dwójce”). Najgorsze było, że nie miałam wyboru – musiałam jechać do przodu. Łukasz był przed nami, cała grupa również, kolejnego dnia mieliśmy przekraczać granicę. Nie było opcji przeczekania ulewy i noclegu gdziekolwiek. I tylko ja sama mogłam przejechać tę straszną drogę. Gdy już myślałam, że koszmar nigdy się nie skończy nareszcie pojawił się asfalt. I nic to, że dziurawy, mokry, śliski, wąski, w górzystym terenie. Nareszcie odzyskałam panowanie nad Szerszeniem!

Dalsza droga nie należała do przyjemnych, zrobiło się ciemno, trzeba było wytężać wzrok by nie natrafić na dziurę, łachę piachu, kupę śliskich mokrych liści i nie wyglebać moto. O 22, jakieś 50 km przed celem, na malutkiej stacji benzynowej natknęliśmy się wreszcie na Łukasza. W czwórkę, zachowując jego tempo 40 km/h dojechaliśmy do miasta. Cali mokrzy, ale szczęśliwi, a ja niezwykle z siebie dumna, gdyż tego dnia pokonałam wiele trudności i przeskoczyłam kilka swoich ograniczeń 🙂

_B2A5570
Najgorsza droga ever, a ja mam tylko tę fotkę. Sama byłam w takim stresie, że nic nie nagrałam na kamerkę. A aparatu nie chciało się wyciągać w tych nieprzerwanych strugach deszczu. Myslałam tylko by mieć to wszystko wreszcie za sobą. Zdjęcie: Damian Kaleta

Źle obliczyłem ilość paliwa w baku i pośrodku niczego, w lesie zapaliła mi się rezerwa, pytałem w wioskach przez, które przejeżdżałem, ale nikt nie miał paliwa. Zjechałem na pierwszą możliwą stację, myślę, że miałem benzyny jeszcze na ok 10km, co jest bardzo małym zapasem w górach, gdzie między stacjami jest po 200km. Gdy zacząłem tankować dołączyli do mnie Damian, Maciej i Ania. Damian nie miał już nic paliwa, nie starczyłoby mu nawet na kolejny kilometr. Dogonili mnie dopiero po 400km ponieważ trudne warunki również im uniemożliwiały szybką jazdę, no i zrobili przerwę na jedzenie. Zostało nam ostatnie 40 km, ale i tak jechaliśmy godzinę bo trasa była rozkopana i bardziej przypominała bagno niż drogę publiczną. Gdy już rozbierałem się w hotelu, odkryłem, że w moich butach jest wody do kostek. Ania miała ten sam problem, choć jej włoskie motobuty z membraną miały ”nigdy nie przemoknąć” – tak reklamował je sprzedawca z Dąbrowskiego.

Mieliśmy dzień odpoczynku, który zszedł nam na obijaniu się. Kolejnego poranka, założyłem kolejny raz wilgotne ubranie i ruszyłem w stronę granicy chińsko – laotańskiej. Ania i chłopaki mieli mnie dogonić tuż przed terminalem, tam mieliśmy spotkać się też z zresztą grupy. Moim planem było naprawić motocykl jak najszybciej, ale nie wiedziałem wtedy, że nie będzie to możliwe aż do Bangkoku, do którego mieliśmy jeszcze 1200km.

Jako dziecko marzyłem aby zostać astronautą, to dziecięce marzenie zawierało w sobie dużą chęć do poznawania niezwykłych miejsc i przeżycia czegoś niesamowitego. Okazuje się, że nie trzeba rakiety, wystarczy motocykl i można pojechać na inną planetę. Chiny i Chińczycy, są tak różni od nas, że w zasadzie można ich traktować w kategorii obcych. Skłamałbym gdybym stwierdził, że poznałem to niezwykłe państwo lub jego oryginalnych mieszkańców. Nadal nic o nich nie wiem, czasami potrafią wyprowadzić z równowagi, a czasami zachwycają swoją serdecznością. Przeżyłem dzięki tym ludziom coś niesamowitego, coś bezcennego. Czasami miałem serdecznie dosyć Chin, ale to chyba część podróży nie każdy jej aspekt jest przyjemny, liczy się całokształt. Owszem czasami było nam ciężko, ale to była cena, tego co mogliśmy przeżyć i zobaczyć, zapłaciliśmy ją z uśmiechem na ustach. A sam Tybet.. jego piękna nie da się wyrazić słowami, można próbować go pokazać na zdjęciach, ale one nie oddają majestatu i potęgi przyrody z którą się spotkaliśmy. Jeśli kiedyś będziecie się zastanawiać czy jechać do Chin lub Tybetu, serdecznie Was do tego zachęcam. My już tęsknimy, bo jakaś cząstka z nas na zawsze została między tymi górami.

Zapraszamy również do obejrzenia naszego filmu z Junnanu:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *