Skip to content

El Chalten, Laguna de Los Tres i Fitz Roy

Posted in Ameryka Płd., Argentyna, and Parki narodowe i rezerwaty

Z Rio Mayo wyruszyliśmy pełni radości, że po tylu dniach lenistwa i oczekiwania nareszcie wracamy na motocykle. Pierwsze kilometry upłynęły nam wyjątkowo szybko, asfaltową, na tym odcinku Ruta 40, mknęliśmy aż miło. Na początku minęliśmy urocze miasteczko Perito Moreno, gdzie po raz pierwszy od kilkunastu dni napotkaliśmy drzewa – niby nic, ale jeśli wokoło widzi się wyłącznie suche krzewinki i bezmiar nieurodzajnej ziemi, ta odrobina zieleni i szum liści naprawdę sprawiają przyjemność 🙂 Pogoda dopisywała, słońce grzało i choć czuło się już w powietrzu powoli nadchodzącą zimę, to piękne błękitne niebo wynagradzało chłodniejsze podmuchy, a stroje z membraną od Modeki spisywały się świetnie.

Na pustej drodze, w ciągu całego dnia mijało nas może z 5-6 pojazdów. Na tych niegościnnych przestrzeniach nie byliśmy jednak samotni – nieprzerwanie podczas jazdy towarzyszyły nam tamtejsze zwierzęta. Najwięcej było guanacos (po polsku gwanako) – to płochliwe, zgrabne, długo szyjne kuzynki lamy, żyjące w stadach po kilkanaście sztuk. Gdy stojąca na poboczu jakaś guanaco usłyszała nasze motocykle zaczynała zabawnie strzyc uszami i świstem ostrzegać inne osobniki z gromady. Jeśli decydowały się uciekać, bez wyraźnego powodu przebiegając z jednej strony drogi na naszą i pędząc jak najszybciej za płot ulokowany kilkanaście metrów od trasy, można było być pewnym, że przebiegną wszystkie, nawet jeśli jakaś zagubiona jednostka zostawała, to ostatecznie nie wytrzymywała presji i gnała na połamanie długich nóg by dołączyć do swoich. Ich futro w brązowo-piaskowym kolorze idealnie wtapiało się w otoczenie, trzeba więc było uważać, by się z którąś nie zderzyć. Niestety czasem wybiegały pod koła ciężarówkom, w starciu z którymi były bez szans, stąd niekiedy mijaliśmy ich truchła. Zdarzało się także, że jakieś młode w panice źle wyliczyło trajektorię skoku przez płot i zawisło na drucie, skazane na powolną śmierć. Co ciekawe, Patagonia, choć liczy tysiące km, wydawałoby się niepotrzebnych nikomu terenów, to są one własnością majętnych hodowców bydła i całe połacie ciągnące się setkami km są ogrodzone (płoty są oddalone kilka-kilkanaście metrów od drogi). Wiosną i latem prowadzą tam wypas, jednak gdy my jechaliśmy zbliżała się zima i wszystkie zwierzęta były już spędzone w bardziej północne – cieplejsze regiony. Hodowcy nazywani są gauchos, mieszkają w domach na posiadłościach zwanych rancho, gdzie kultura rodeo, ujeżdżania koni, naganiania bydła, łapania byków na lasso jest nadal kultywowana.

Wszystkie zwierzęta na pampie były zabarwione w płowo-beżowe barwy, stąd dostrzec je bywało trudno. Tak też było i z strusiami nandu, które zapewniały nam nieco rozrywki. W przeciwieństwie do guanaco nie mogły przeskoczyć płotu, więc spanikowane biegły wzdłuż niego ścigając się z motocyklem kto pierwszy dotrze do mety, niczym patagońskie strusie pędziwiatry 🙂 Na postojach zdarzało nam się napotkać liski, drogę czasem przebiegł pancernik, a nad głowami latały dostojnie sokoły (czy też inne drapieżne).

Tak mijaliśmy kolejne wioski Ruty 40: Bajo Caracoles – tu zetknęliśmy się z szaleństwem wlepek. Podróżujący Rutą chcą zostawić po sobie ślad – często na stacjach benzynowych, czy atrakcjach turystycznych zostawiają po sobie naklejkę z ilustracją ich wyprawy, datą czy danymi kontaktowymi (nie chcieliśmy być gorsi – jeśli będziecie gdzieś w rejonach naszej trasy dajcie znać jak gdzieś znajdziecie WłóczyLinkową).

Następne było miasteczko Gobernador Gregoles – pośrodku niczego kilka ulic na krzyż, a tam znaleźliśmy nocleg w niepozornym domu u miłej rodzinki, jak się okazało w jugosłowiańskiej dzielnicy. Gdy ja gotowałam obiad, Łukasz wybrał się na zakupy, byśmy mieli zapewniony prowiant na kolejny dzień. Jak przyszedł z produktami i opowiedział mi co się stało, o mało nie popłakałam się ze śmiechu. Poniżej wklejam jego relację.

Kontuzjowana Ania została w przybudówce i gotowała makaron. Rankiem następnego dnia, mieliśmy wyruszyć w dalszą drogę, chciałem więc kupić trochę wody i coś do jedzenia. Wiecie co jest najgenialniejszym produktem spożywczym na świecie? Co wszędzie smakuje tak samo, łatwo to kupić świeże, jest tanie i bezpieczne? Wiecie już? … Co? Jajco! Tak! Jajka są zbawieniem dla podróżników, ratowały nam tyłki w Chinach (Maciej miał poukrywane ich dziesiątki i w godzinach głodu niczym czarodziej wydobywał kolejne z kieszeni swojej kurtki) i w stosunkowo drogiej Argentynie, gdzie odległości są ogromne, też warto było mieć parę ugotowanych jajek.

Wszedłem do największego sklepu w miasteczku, wielkości naszej polskiej Biedronki, ale nie mogłem znaleźć tych małych, pysznych kurzych darów. Zrezygnowany podszedłem więc do gościa z obsługi i rozpocząłem dialog po hiszpańsku (mój hiszpański był wtedy hmm…powiedziałbym komunikatywny wystarczająco, choć życie miało to zweryfikować). Rozmowa brzmiała mniej więcej tak (ok, tak to sobie tłumaczyłem):

-Hej, macie jajka?

Sprzedawca: Hej stary! Jasne, że mamy! Chodź za mną (prowadzi mnie do lodówek). -Proszę, jakie chcesz? (Pokazuje ręką na kości spakowane w małe woreczki, bo po hiszpańsku kości i jajka brzmią prawie identycznie huesos i huevos, zawsze miałem ten sam problem kupując jajka)

Ja: -Nie… nie chodzi mi o kości, chce kupić jajka, jaaajkaaa! Takie małe, białe od kur!

Sprzedawca: Nie rozumiem senior, mówisz, że chcesz kupić kości, ale nie kości i że mają być od kury? I białe? Wszystkie kości są białe.

Ja: – Nie wierzę, że muszę to znowu zrobić… Jest tylko jeden sposób, byśmy się zrozumieli. Rozglądam się po sklepie i…zaczynam udawać kurę, macham „skrzydełkami”, mówię „kokoko” no i na końcu znoszę jajko, po czym pokazuję palcem na swoje wyimaginowane niewyklute potomstwo – To chcę!

Sprzedawca: Hmmm…(zastanawia się chwilę, nagle jego oblicze eksploduje grymasem pomysłu). Już wiem! Senior proszę za mną! – i prowadzi mnie do wielkich drzwi od magazynu, zaprasza mnie gestem do środka. -Hugo!! Hugoooo! Chodź tu szybko, mam pilną sprawę! (Pojawia się kolejny pracownik sklepu)

Hugo: O co chodzi?

Sprzedawca: Ten pan (skinął na mnie) chce kupić kości, ale coś się nie zgadza, proszę senior niech pan pokaże raz jeszcze!

Ja: Uff… (taaak ponownie udaję kurę i zniosłem właśnie drugie jajko)

Hugo: (ukrywając uśmiech) – Nie wiem o co chodzi…ale zawołajmy resztę! Hej chodźcie!

Ja: Wiecie co, te jajka nie są mi, aż tak bardzo potrzebne, obejdzie się, dziękuję.

Sprzedawca: Ależ senior! Chcemy Panu pomóc, niech Pan pokaże ostatni raz!

Ja: Naprawdę wolałbym nie, ale to zaszło już tak daleko…(a co tam, znowu znoszę jajko, tym razem nie wytrzymali, śmieją się na całe gardła).

Hugo: (dusząc się ze śmiechu) Jajka się skończyły 3 dni temu, ale są w sklepie obok

Ja: Dziękuję (wychodząc wydaje mi się, że słyszę: „Trzeba go było nagrać”).

Tak więc czytelniku, jeśli zdarzy Ci się zrobić coś głupiego, czego się wstydzisz, to pamiętaj, być może jestem teraz po drugiej stronie świata i udając kurę przed obcymi ludźmi znoszę kolejne jajka 🙂

Wyjeżdżając w dalszą trasę po raz pierwszy w Argentynie spotkała nas kontrola policyjna. Później zdarzały się one znacznie częściej. Jechaliśmy bez obowiązkowego ubezpieczenia OC, jednak zdobycie go w Patagonii było niemożliwe (później na trasie w co większym mieście zawsze próbowaliśmy je wykupić, ale niestety systemy komputerowe obsługiwały wyłącznie lokalne numery tablic rejestracyjnych, ostatecznie po przejechaniu jakiś 7 tys km po Argentynie udało nam się ubezpieczyć dopiero w Buenos Aires). Łukasz jadący jako pierwszy zatrzymywał się i wchodził z policjantami w krótką konwersację ”Yo no hablo espanol, mi mujer habla” (nie mówię po hiszpańsku, moja żona mówi), więc panowie kierowali się do mnie, zazwyczaj już uśmiechnięci i po sprawdzeniu legalności pobytu naszego i moto w kraju machali na pożegnanie życząc miłej podróży. Na szczęście nigdy nie zażądano od nas ubezpieczenia.

Nadal kuśtykałam i chodziłam o kulach, zmiana biegów sprawiała mi sporo bólu (lewą stopą zmienia się biegi w moto, do góry i w dół), także staraliśmy się nie przeciążać zbytnio i dzienne dystanse nie były powalające. Kolejnym celem na nocleg była wioska Tres Lagos – w drodze do niej natrudziłam się sporo, tu skończyła się asfaltówka i ponownie zaczęło wymagające koncentracji ripio. Żwir, luźne kamyki i poprzedni wypadek sumowały się na ekstra poziom koncentracji pomieszanego z obawą, na szczęście dojechaliśmy cali. W międzyczasie pomiędzy rzucaniem w powietrzu ”motylimi nogami” uknułam termin wyripować, czyli tańczyć motocyklem na kamyczkach – może ktoś kiedyś wprowadzi go do powszechnego polskiego 😉 Ciekawe było, że po drodze, zupełnie pośrodku niczego, oddaleni od najbliższych wiosek o kilkadziesiąt kilometrów napotkaliśmy samotnie idącego wędrowca. Początkowo z daleka jawił nam się jako lokalny pasterz (aczkolwiek bez zwierząt) gdy dojechaliśmy do niego okazał się jednak Europejczykiem. Bardzo mocno opalony i dość wycieńczony Francuz zamienił z nami kilka słów, powiedział, że pieszo samotnie przemierza wzdłuż Argentynę, nie chciał pomocy, jednak z wdzięcznością przyjął wodę i owoce. Rozstaliśmy się i pojechaliśmy dalej.

Nie mieliśmy wielkiego planu, każda napotkana osoba doradzała nam jednak zahaczenie o El Chalten i trekkingi po górach w tamtejszym parku. Nie do końca byliśmy przekonani, w końcu gnaliśmy na południe, próbując oszukać nadchodzącą zimę, a ja nadal nie mogłam chodzić bez kul. Jednak gdy na horyzoncie zamalowały się piękne, spiczaste szczyty, wiedzieliśmy, że zboczenie z drogi będzie tego warte. W oddali wzywał nas strzelisty Cerro Torre, zwany także Fitz Roy. Droga wiodła wzdłuż jeziora Viedma, do którego spływał lodowiec o tej samej nazwie. Przekroczyliśmy granice Parku Narodowego Los Glaciales.

Po przemierzeniu prawie tysiąca kilometrów w argentyńskiej Patagonii i napotkaniu łącznie zaledwie kilku turystów, w El Chaten poczuliśmy się jak na jakimś spędzie ludzi. Dziesiątki osób, odzianych w profesjonalne goreteksy spacerowały po chodnikach, wchodząc raz po raz to do knajpki, to do biura turystycznego. Nasze zakurzone stroje i motocykle nie bardzo tam pasowały, czuliśmy się jak z innej bajki. Dość długo szukaliśmy miejscówki do spania, ceny były mocno wywindowane, w końcu znaleźliśmy jednak przystępny hostel (z ogrzewaniem, bo w nocy temperatura spadała już lekko poniżej zera), rozlokowaliśmy się, Łukasz zrobił zakupy, usmażyliśmy pyszne steki, zapoznaliśmy z innymi turystami i uknuliśmy plan na następny dzień – Laguna de Los Tres, na którą to wybrał się Łukasz, a poniżej jego relacja.

Jedną z naszych ulubionych aktywności, mieszkając w Norwegii, były weekendowe trekkingi. Ania zawsze znajdowała jakieś ciekawe miejsce, byśmy aktywnie spędzili czas. Wiedziałem, że na pewno przykro jej, że nie może poznać okolicznych szlaków, chora noga nie dawała na to jednak żadnych szans. I tak chcieliśmy złapać choć jeden dzień odpoczynku od siodeł motocykli, więc namówiła mnie bym sam zrobił jedną trasę, wykonał trochę zdjęć i podzielił się z nią doznaniami.

Moim zdaniem, w podróży ważne jest to, by móc się dzielić z kimś swoimi uczuciami, zachwytem nad naturą czy przemyśleniami. Jeśli nie ma tego elementu, to przygoda wydaje się być niekompletna. My mamy szczęście – mogliśmy dzielić się tym wszystkim ze swoją drugą połówką. Nie ukrywam, że po to też prowadzimy bloga – by móc się dzielić naszymi przeżyciami, z każdym kto ma ochotę go przeczytać. Wspaniale byłoby, gdyby nasze relacje natchnęły kogoś do spełniania marzeń podróżniczych 🙂

Nastawiłem budzik na 5 rano, na zewnątrz było jeszcze zupełnie ciemno, panował lekki mróz. Gdy otworzyłem drzwi naszego pokoju, przywitało mnie uderzenie zimna. Spakowałem trochę jedzenia i około 6 wyruszyłem w kierunku Laguny. Szlak był znakomicie oznaczony, dzień wcześniej wypytałem o niego świeżo poznanych Francuzów, 10 km w jedną stronę, z czego naprawdę trudny miał być ostatni kilometr. Faktycznie szło się bardzo przyjemnie, początkowo ścieżka wiodła przez las, a następnie halami. Jedyne przerwy robiłem po to by pstryknąć parę fotek. A było co podziwiać.

Dziewięć kilometrów poszło mi naprawdę szybko, ale ostatnie 1000 metrów wiodło wyjątkowo stromą ścieżką pod górę. Wszędzie było widać ludzi, którzy próbują złapać oddech. Marsz pod górę nie należał do przyjemnych, a pod koniec ledwo ruszałem nogami, jednak widok był tego absolutnie wart. Marsz w obie strony zajął mi osiem godzin.

Porady praktyczne:

  • Hostel w El Chalten: Lo de Trivi (duża kuchnia, osobne ogrzewane pokoje/baraki 2-4 os, sporo łazienek, przystępna cena – 200 pesos/os i b. miły właściciel).
Ruta 40
Ruta 40 to droga licząca ponad 5000km, przecinająca Argentynę z północy na południe… zaś „puta” to po hiszpańsku kobieta lekkich obyczajów 😉

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *