Skip to content

Berastagi i wulkan Sibayak

Posted in Indonezja, and Sumatra

Po wspaniałym Bukit Lawang naszym kolejnym celem było miasteczko Berastagi. Mieliśmy się tam wspiąć na nasz pierwszy w życiu wulkan!

Rano upakowano nas do vana razem z innymi turystami: parą Amerykanów i dwoma Australijczykami. Jak się dowiedzieliśmy małżeństwo Amerykanów wyjechało do Chin i pracowało tam jako nauczyciele języka angielskiego. Nie udało im się zdobyć zbyt wielu chińskich przyjaciół, ale swój paro miesięczny pobyt uznali za fajną przygodę. Australijczycy byli na emeryturze więc mieli sporo wolnego czasu na podróże. Byli nieco zmartwieni, przyczyną tego był fakt iż nie udało im się załatwić żadnego noclegu w mieście do którego zmierzaliśmy. Podpytali się Amerykanów gdzie oni będą spać i postanowili wysiąść z nimi. Zapytali też Anię gdzie my będziemy spać. Odpowiedziała, że nie wiemy jeszcze na sto procent, ale mamy nazwę i adres guesthouse’u od Dunki, z którą byliśmy na trekingu i ponoć jest ok. Byli w szoku gdy się dowiedzieli, że nie mamy rezerwacji. „A co zrobicie jak nie będzie wolnych pokoi?” pytali dalej. „Raczej będą a jak nie, to zapytamy miejscowych gdzie jest następny hotel” odpowiedziała Ania. „Jak?! Jak zapytacie?! A jak będzie daleko?!” oczy wyszły im prawie z orbit. „To podjedziemy mototaxi…” odpowiedziała spokojnie tonem jakby mówiła do małego dziecka.

Ta rozmowa uświadomiła nam jakie są różnice, w postrzeganiu podróżowania. Jak niechętni są niektórzy turyści do normalnych interakcji z przypadkowymi ludźmi. Trochę mnie to zaskoczyło, ale później wpadł nam w ręce przewodnik (uważany za jeden z lepszych) Lonely Planet. Cieszy się on ogromną popularnością wśród zachodnich turystów. We wstępie autor pisze jak postępować z Indonezyjczykami, aby uniknąć niechcianych sytuacji. Zaleca się nie nawiązywanie kontaktu wzrokowego, nie uśmiechanie do zaczepiających osób, unikanie rozmów z osobami spotkanymi na ulicy lub w środku transportu. Wszystkie te zachowania, pisze autor, mogą prowadzić do tego, że dana osoba może chcieć nam coś sprzedać lub zaproponować jakąś usługę. Obłęd!!! Czyli przyjeżdżam do obcego kraju, gdzie jako biały człowiek rzucam się w oczy. Cały czas jestem pozdrawiany przez dzieci i dorosłych. Z uśmiechem na ustach mówią „Hello mister!” lub „How are you?”. A czasem witają mnie na swojej wyspie i pytają skąd jestem. I według tego autora mam wtedy odwrócić głowę, zignorować tych ludzi i zachować się jak totalny dupek! W imię czego? To najlepsze.. Bo być może – któraś z tych osób może chcieć mi coś sprzedać, a ja jako życiowa niedojda (za którą uważa mnie najwyraźniej autor) nie będę mógł odmówić i… o zgrozo… kupię coś!

IMGP5162
IMGP5160 Ci przerażający Indonezyjczycy 😉

Moi rodzice nauczyli mnie ludzkiej uprzejmości, więc witaliśmy się z każdym kto nas zaczepił, przybijaliśmy piątki dzieciakom. Braliśmy je na ręce, gdy rodzice chcieli by ich pociecha miała zdjęcie z „białasem”. Raz nawet poproszono mnie bym pobłogosławił niemowlę (serio!). Rozmawialiśmy, z każdym kto chciał rozmawiać z nami, zwłaszcza w autobusach. Wiecie ile mieliśmy negatywnych sytuacji? Zero! A jeśli nawet jakaś była, ale i tak jej nie pamiętam, bo w głowie zostają tylko dobre wspomnienia. Autor tego przewodnika to jakiś cham i rasista, który wydaje się bać wszystkiego.

Bus wyrzucił Amerykanów, ale nie było tam miejsca dla Australijczyków. Miejsce, które wskazała Ania miało wiele pustych pokoi, spodobało się też Australijczykom. Przez całe popołudnie siąpiło deszczem z małymi przerwami na ulewy. Chcieliśmy wejść na wulkan Gunung Sibayak, ale taka pogoda raczej przekreślała szanse na to. I nawet nie chodzi o to, że deszcz jest nieprzyjemny, ale jest to niebezpieczne, a potem na górze i tak nic nie widać. Pochodziliśmy więc trochę po miasteczku, które nie urzekało urodą.

IMGP5164IMGP5165IMGP5166

Aby dostać się pod wulkan mierzący 2212 m.n.pm., trzeba było złapać lokalny bus i jechać nim aż na pętlę. I jeśli ktoś się czuje na siłach to można rozpocząć marsz na szczyt już z tego miejsca, albo złapać jeden z busów jadących na punkt wypadowy. Jeśli zdecydujemy się wziąć busa z pętli to można zaoszczędzić parę kilometrów momentami stromego podejścia. My z Anią mamy się za kozaków ;P więc wybraliśmy dłuższą opcję. Pierwsze kilometry nie były zbyt wymagające więc szybko je pokonaliśmy. Doszliśmy do rozwidlenia dróg, na prawo można było odbić do gorących źródeł, jakąś godzinę w jedną stronę. Kontynuując na lewo dojdzie się na szczyt. Gorące źródła były kuszące, ale zdecydowaliśmy, że zahaczymy o nie w drodze powrotnej. Do źródeł można zejść też inną drogą ze szczytu, ale prowadzi ona przez dżunglę i wymagany jest przewodnik. Co roku wiele osób ignoruje ten fakt i pcha się do lasu bez opieki, a kilka z nich gubi. Słyszeliśmy historie, że w dżungli pod wulkanami każdego roku umiera parę osób, które zgubiły drogę… pytanie czy należy im dawać wiarę.

IMGP5094
IMGP5158 W busiku przez miasteczko.

Kawałek od rozwidlenia spotkaliśmy schodzącego Polaka, który spędził noc na górze. Skarżył się na Indonezyjczyków, bo mając do wyboru cały ogromny teren rozbili swoje namioty zaraz obok jego. W nocy wyciągnęli gitary i zaczęli śpiewać, a dodatkowo co jakiś czas światło latarek padało na namiot naszego rodaka. Zrobił im awanturę, jednak niewiele to pomogło. Dlatego obowiązkowym elementem ekwipunku do Azji Południowo – Wschodniej są zatyczki do uszu. Te narody są naprawdę głośne, a hałas może uniemożliwić sen. Zatyczki eliminują problem. Nasza przestrzeń osobista czy prywatność też będzie ciągle naruszana, u nich ta strefa jest dużo mniejsza niż u nas. Podczas podróży busem, jadąca obok mnie leciwa babcinka ułożyła sobie rękę na moim udzie, a w zakrętach chwytała mnie za kolano. Byłem dla niej niczym podłokietnik. U nas takie zachowanie jest w zasadzie niedopuszczalne, a tam stanowi normę. Aczkolwiek stanowczo odradzam chwytanie młodych lasek za uda w autobusie (i wcale nie przemawia przeze mnie doświadczenie)..

Punkt do którego dojeżdżają autobusy oblepiony jest skleconymi z drewna i blachy sklepikami, które pustawe, poza sezonem tworzyły raczej nieciekawy widok. Od tego miejsca została nam już tylko godzinka nad krater. Droga jest przyjemna, choć w wielu miejscach błotnista. Początkowo wiedzie przez las, gałęzie otaczają ze wszystkich stron. Następnie wychodzi się na skalista ścieżkę, skąd można podziwiać okoliczne pagórki i doliny w dole. Widoki urzekają.

IMGP5157

IMGP5147

IMGP5100 IMGP5105 IMGP5106 IMGP5108 IMGP5148IMGP5119Góra cieszy się popularnością wśród lokalnych turystów, wielu z nich decyduje się na kemping w tym miejscu. I my spotkaliśmy grupy indonezyjskich nastolatków, pozytywnych, uśmiechających się, zagadujących, a nawet śpiewających. Ich rozśpiewanie – to jedna z rzeczy, która nas zaskoczyła. Na Sumatrze ludzie śpiewają! Tak po prostu, coś co w naszym zachodnim społeczeństwie jest coraz rzadziej spotykane. I robią to bardzo dobrze, miło się ich słucha.

Już z oddali widać i słychać było gazy które wydostają się na powierzchnię. Fumarole cuchnęły i groźnie syczały. Z otworów wydostawały się kłęby pary, a wokoło nich połyskiwała na jaskrawo żółto krystalizująca się siarka. Dawniej nawet wydobywano ją na niewielką skalę.

IMGP5115 IMGP5144 IMGP5146Krater wulkanu robi imponujące wrażenie, człowiek uzmysławia sobie wówczas jak mały jest w stosunku do tego niszczycielskiego tworu natury. Piękne i zarazem groźne oblicze naszej planety. Ten nie wydawał się stwarzać za dużego zagrożenia, miejsce gdzie powinna przelewać się lawa było zaczopowane skałami i ziemią (po poprzednim wybuchu spadły i ”zakleiły” krater) i można było się tam swobodnie przemieszczać. Jednak choć poprzednia erupcja odbyła się ponad wiek temu, wulkan wykazuje aktywność, stąd nigdy nic nie wiadomo.

IMGP5137IMGP5121 IMGP5133Poszwendaliśmy się trochę po tym niezwykłym miejscu pozwalając oczom i zmysłom nacieszyć się chwilą. Pogoda zaczęła się jednak psuć i zapadła decyzja o powrocie do guesthouse’u. W drodze powrotnej dopadło nas zmęczenie długim marszem i już przeszła nam ochota na gorące źródła, zresztą pogoda zniechęcała do dodatkowego marszu. Udało nam się wrócić zanim deszcz rozszalał się na poważnie. Jednak gdy tylko przekroczyliśmy próg drzwi, rozpętało się piekło.

IMGP5151IMGP5111Tamtejsze burze to nie żart, ilość wody spadającej naraz z nieba potrafi mocno zaskoczyć. W chwilę potem, wysiadł internet, prąd, a na końcu odcięto wodę. Byliśmy głodni i brudni po całym dniu wysiłku. I choć poprzedniego wieczoru wybraliśmy jedzenie lokalnych przysmaków na okolicznym targu, to nie było mowy byśmy teraz wyszli. Na szczęście, w guesthousie brak prądu nie był żadnym zaskoczeniem i podano nam kolację przy świecach. Po posiłku udaliśmy się do naszego pokoju i czekaliśmy, aż pojawi się woda. Parę godzin i nic z tego. Zmęczony chciałem iść spać, ale nie miałem ochoty się kłaść spocony. Spojrzałem za okno, akurat deszcz się nasilił. Wyszedłem na dziedziniec i umyłem się pod rynną, woda była orzeźwiająco chłodna, wcześniejszy deszcz zmył już z dachu wszystkie świństwa. Ania przyglądała mi się zaskoczona, ale potem uznała, że to nasza jedyna opcja na kąpiel tego dnia i dołączyła do mnie. Czyści poszliśmy spać, bo rano mieliśmy się udać do następnego ”wulkanicznego” miejsca – wyspy na olbrzymim jeziorze Toba.

Informacje praktyczne:

  • Nocowaliśmy w Wisma Sibayak, koszt 60 000 rupii za pokój z łóżkiem 2-os. Łazienka na zewnątrz (ciepły prysznic dodatkowo płatny 10 000 Rp). Pokój z łazienką 150 000 Rp. Hotel położony jest w samym centrum, tuż obok ronda z wielką kapustą (tak, jest tam pomnik kapusty!). Prowadzony przez bardzo miłą rodziną, która poinformuje o okolicznych atrakcjach, połączeniach busami itp. Serwują też b.smaczne jedzenie.
  • Przy drodze prowadzącej na wulkan pobierana jest opłata wstępu 5 000 Rp/os.

DSC03343

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *