Skip to content

W argentyńskiej Patagonii – brutalny początek

Posted in Ameryka Płd.

Ból, strach, niepewność, niedowierzanie i niepokój. Tak w skrócie się czułam, gdy ponownie przekraczałam granicę do Chile. Wracałam autostopem 100 km do najbliższego szpitala. Łukasz został z motocyklami pośrodku niczego, a ja zaciskając zęby i połykając łzy pędziłam w małym, żółtym sportowym Oplu po nieprzyjaznych szutrach przez argentyńską pampę. Ale… zacznijmy może od początku, kilka godzin wcześniej.

Wjazd do Argentyny – Patagońska pampa

Zadowoleni przekroczyliśmy granicę chilijską, zostawiając za sobą ostatnie oznaki cywilizacji. Mili pogranicznicy sprawdzili nasze paszporty i życzyli szczęśliwej drogi. Przeżyliśmy lekki szok, gdy po kilkunastu km ziemi niczyjej wjechaliśmy do Argentyny. Bujna roślinność znikła zupełnie, a dokąd nie sięgał wzrok wiało pustką. Olbrzymie przestrzenie porastały niskie trawy, gdzieniegdzie na wysokość koła wznosiła się karłowata krzewinka. Na przygranicznym płocie wisiał znak „Malvinas son argentinas”, o genezie którego mieliśmy się dowiedzieć więcej w kolejnych tygodniach. Dalej kończyła się asfaltowa droga, która zamieniła się w szutrowo-piaszczyste ripio z wolnymi kamyczkami, walającymi się gdzieniegdzie.

 

Wypadek na pampie

Po kilkunastu kilometrach zachwyceni ciszą i oczarowani bezkresną pampą przystanęliśmy na lunch. Łukasz nieco poszalał motocyklem w wyschniętych kałużach i ruszyliśmy dalej. Niestety nie było mi dane cieszyć się drogą tego dnia. W niewyjaśnionych okolicznościach przy prędkości ok. 60 km/h na niepewnym żwirze zdołałam wjechać Szerszeniem w lekką koleinę, przewrócić go i wyhamować na mojej nodze. Wszystko to działo się w ułamkach sekund, Łukasz jechał za mną jednak nie potrafi stwierdzić co dokładnie zawiniło (nie czarujmy się, najprawdopodobniej czynnik ludzki 😉 ). Wylądowałam w rowie ze straszliwie bolącą nogą. Podczas gdy Łukasz podnosił Szerszenia, ja zdjęłam but. Noga nie wyglądała aż tak źle, choć zaczęła puchnąć i bolała okropnie, mimo to nadal mogłam nią lekko ruszać. Wiedzieliśmy jednak, że muszę jechać do szpitala i sprawdzić, czy nie jest złamana. Szybkie spojrzenie na komórki, brak zasięgu, na motocyklu nie dojadę, Łukasz nie weźmie obu, także pozostało zatrzymanie kogoś na stopa. Haczyk – ktoś przejeżdżał tamtędy średnio raz na parę godzin. Na szczęście w ciągu pół godziny przytrafiła się osobówka z dwoma młodymi chłopakami, którzy jechali do Chile. Dlaczego tam zapytacie? Wiedzieliśmy, że w Coyhaique (60 km od granicy) jest szpital, miasto jest rozwinięte i znajdę tam dobrą opiekę, a w argentyńskiej Patagonii w promieniu setek km były tylko małe wioski. Nie pozostało więc nic innego jak powrót 100 km.

Akcja ratunkowa

Kierujący postanowił, chyba że będzie prowadził niczym kierowca prawdziwego ambulansu i pomimo piaszczystych szutrów wciskał pedał gazu z całych sił. Małą osobówką telepało, a w podwozie waliły setki kamyczków. W aucie panowało nieznośne gorąco, chłopaki zamknęli okna, gdyż kurzyło się straszliwie. Na wpół leżałam, na wpół walałam się po tylnej kanapie przełykając łzy bólu i zastanawiając się co dalej z naszą podróżą, moim motocyklem, a także, czy aby na pewno dotrę w jednym kawałku do tego szpitala. Na granicy zaproponowali, że nie muszę wychodzić, jednak wolałam spotkać strażników osobiście, by upewnić się, że Łukasz będzie mógł zabrać zwierzaki z powrotem. Umówiliśmy się w ten sposób, że najpierw załatwię wszystkie sprawy związane ze zdrowiem, a następnie zorganizuję transport dla motków do Chile. Argentyńscy pogranicznicy bardzo mnie żałowali i zapewniali, że pomogą mężowi z transportem moto do swojego posterunku, a z papierami nie będzie problemów (Każde moto wjeżdżało/wyjeżdżało z kraju na pozwoleniu na nazwisko właściciela, który musiał być przy tym, podpisać wszystkie papiery i wylegitymować się. Ja wyjątkowo mogłam teraz opuścić Argentynę bez moto, plus podpisałam in blanco dokument dla Szerszenia, na jego wjazd z Łukaszem). Chilijska kontrola graniczna też przebiegła bez zakłóceń.

Chłopaki podwieźli mnie na wózku pod ostry dyżur i odjechali w swoją stronę. Okienko rejestracji było na tyle wysoko, że z wózka nie mogłam odpowiedzieć na pytania pani rejestratorki, a jak tylko wstałam ukłucie bólu przeszyło mi nogę i nie mogąc się powstrzymać, wybuchnęłam płaczem. Dzięki temu zakwalifikowano mnie na natychmiastowe oględziny. Sytuację poprawiał fakt, że byłam przywieziona z wypadku, w pełnym okurzonym stroju motocyklowym, mając ze sobą wyłącznie odpinany tank bak z dokumentami. Cała reszta została z Łukaszem i motocyklami.

Młody lekarz zbadał mi nogę, pouciskał z kilku stron, zrobiono mi prześwietlenia, by ostatecznie stwierdzić, że jest to ostre zwichnięcie/skręcenie i mogą założyć gips jeśli chcę, bądź kupić ortopedyczny but zamiast tego. Ale na pewno nie wolno mi przez najbliższe 2-3 tyg obciążać nogi i jeździć na moto. Wizja gipsu, plus późniejszego zdejmowania go przeważyła o wyborze – będzie but.

Około 19.30 zostałam zwolniona ze szpitala z zaleceniem wizyty u ortopedy kolejnego dnia i zakupów w sklepie ortopedycznym. Co ciekawe w szpitalu nie było żadnej apteki czy tym podobnych. Nie mogłam zaopatrzyć się w jakikolwiek środek przeciwbólowy, kule, czy też owego buta. Stałam pośrodku holu obmyślając co dalej. Cała obolała skacząc na jednej nodze uregulowałam rachunek za leczenie, dostałam kopertę z wielkimi zdjęciami rtg i poprosiłam o zamówienie taxi. Ta, z przystankiem w małym sklepie, by kupić na kolację wodę i ciastka, zawiozła mnie do okolicy gdzie było kilka hosteli. W pierwszym nie było żadnych miejsc. Gdy skacząc dotarłam do drugiego, znowu przypadkiem oparłam się na chorej nodze i po policzkach zaczęły mi płynąć łzy. Dzwoniłam dzwonkiem, lecz nikt nie otwierał. Już miałam zrezygnować, gdy do bramy podszedł właściciel, Juan Carlos (swoją drogą serdecznie polecam Hostel del Oeste) i przygarnął mnie do siebie. Był to typowy hostel latino, wszyscy siedzieli na dole w salonie i w rodzinnej atmosferze gawędzili.

Szukając rozwiązania

W Ameryce Łacińskiej z grubsza można podzielić hostele na 2 kategorie: dla lokalnych z kontynentu, mówiących po hiszpańsku, z domową atmosferą, zazwyczaj tańsze, nieco mniej komfortowe – właśnie owe latino; oraz backpackerskie, dla turystów jeżdżących z przewodnikiem Lonely Planet pod pachą, bardziej komfortowe, często większe, z obsługą po angielsku. To nie jest oczywiście żaden oficjalny podział, raczej luźne spostrzeżenie.

Nie byłam za bardzo w towarzyskim nastroju, Juan Carlos pomógł mi wejść na górę i kazał wołać w razie potrzeby. Po umyciu się zaczęłam rozpatrywać to, w jakim znaleźliśmy się położeniu. Łukasz został pośrodku pampy z dwoma moto. Wcześniej ustaliliśmy, że w razie potrzeby, rozbije tam namiot i przenocuje. Miał butelkę wody, bułkę i ze dwa ugotowane jajka, także śmierć z głodu/pragnienia przez najbliższe kilka godzin mu nie groziła. Nie wiedziałam w jakim stanie jest Szerszeń, czy da się na nim dalej jechać, czy potrzebuje jakiś napraw. Wizualnie po wypadku wyglądał dość dobrze, poza połamanym lusterkiem i oberwaną boczną sakwą. Zastanawiałam się, czy pogranicznicy pomogli przetransportować motki na granicę. Próbowałam znaleźć do nich numer w internecie, ale to przejście graniczne było bardzo małe i niezbyt popularne, więc nigdzie nie było o nim oficjalnych danych. Z rozpaczy obdzwoniłam jakieś dziwne posterunki w okolicy chcąc się dowiedzieć co z Łukaszem. Niestety prawie nikt nie odbierał, a jeśli już to nie wiedzieli o czym mówię. Próbowałam dodzwonić się także do lokalnych klubów motocyklowych, mając nadzieję, że jakiś członek ma przyczepę do przewozu moto, więc będzie mi w stanie pomóc. Na nieszczęście i to okazało się bezskuteczne. W końcu wycieńczona i obolała zasnęłam.

Nowy dzień zaczął się rozczarowaniem. Kluby motocyklowe milczały. Pomimo zostawienia Łukaszowi kilkunastu wiadomości, nie było żadnej odpowiedzi. Nie wiedziałam, czy dostał się na granicę czy kampował w polu. W hostelu Juan Carlos powiedział, że nie zna nikogo, kto mógłby mi pomóc przetransportować moto. Na pocieszenie jednak stwierdził, że powinniśmy bez trudu znaleźć kogoś w przygranicznym miasteczku, gdzie będzie jechał o 15 odwieźć znajomą na lotnisko, więc mogę się zabrać z nimi. Do tego czasu załatwiłam ortopedę (zakaz moto na jakieś 2 tyg, poza tym wskazany odpoczynek z nogą w górze, obkładanie lodem, a potem stopniowe obciążanie nogi), zakupiłam kule, by móc swobodnie śmigać, a gospodyni hostelowa ugościła mnie pysznym obiadem, do którego podała wyśmienite chilijskie wino.

Niestety w przygranicznej Balmacedzie nikt nie chciał się podjąć transportu motocykla przez granice, nie posiadali ubezpieczenia OC na Argentynę ani pozwolenia na przewóz zagranicą. Ostatecznie poprosiłam Juana Carlosa by pomógł mi zrobić zakupy (5l wody, czekolada, suche bułki i parę pakowanych próżniowo kiełbas; przepisy wwozu jedzenia do Argentyny i Chile są bardzo restrykcyjne, bałam się, że i tak skonfiskują kiełbasy) i podrzucił na granicę, skąd późnym popołudniem złapałam stopa na pampę. Celnicy nieco się zdziwili widząc mnie ponownie, kuśtykającą o kulach, jednak zadowoloną jadącą ”z misją ratunkową szukać męża i motocykli gdzieś na pampie”. Napotkany kierowca Mauricio był typowym macho, z trudem przychodziło mu pogodzenie się z faktem kobiety na motocyklu, jego poglądy były bardzo staroświeckie, ale jak na dżentelmena przystało, gdy dotarliśmy do rozbitego na poboczu namiotu z dwoma motocyklami, pomógł mi przenieść zapasy z auta do obozowiska.

Noc na pampie

Słońce już zachodziło, zrywał się wiatr, podczas gdy mój mąż, szczerze zdziwiony naszym widokiem, szykował się do kolejnej samotnej nocy pośrodku niczego. Ucieszył się jednak na wieść o niezłamanej nodze i zapasy jedzenia. Biedny z rozpaczy zjadł już cały keczup, zagryzając kostką rosołową, choć jak przytomnie oznajmił ”racjonował wodę, także jeszcze mu zostało na jutro”. Biadolił trochę, że w nocy do namiotu dobierały się konie i musiał je odpędzać dzikimi okrzykami. Na zakończenie stwierdził, że Szerszeń, poza dodającymi charakteru otarciami, jest sprawny więc postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Noc była niesamowita! Dzikie wichry wręcz wyły na bezkresnych terenach, a nocą przejeżdżające drogą, kilkadziesiąt metrów dalej, ciężarówki robiły taki hałas, że miało się wrażenie, że rozbiliśmy się na środku ich trasy i zaraz nas zmiażdżą swoimi wielkimi kołami. Z nastaniem świtu wszystko ucichło.

Jak się pije yerba mate?

Oczywiście nie mogłam prowadzić moto, a zamieszkanie na pampie na okres dwóch tygodni bez zapasów, nie wchodziło w grę, także rozwiązaliśmy sprawę w inny sposób. Jako autostopowiczka wypytałam się kierowców o stan dróg po argentyńskiej stronie granicy, wiedziałam więc już, że jakieś 60 km od nas wgłąb Patagonii ripio zmienia się w asfalt, a najbliższa wioska znajduje się ze 100 km od naszego kempingu. Wczesnym rankiem Łukasz wyruszył na Szerszeniu do niej, tam przy hoteliku zostawił moto, złapał stopa i wrócił do mnie wczesnym popołudniem. Zwinęliśmy obozowisko, Łukasz zapakował wszystko na Wilka i ruszył ponownie w drogę do miasteczka, ja zaś złapanym stopem udałam się za nim. Jechałam z przemiłymi dwoma nauczycielami, którzy pokrótce wyjaśnili mi jak wygląda nauczanie dzieci na takich rozległych odludnych terenach. Co kilka dni odwiedzali inne miejsca, by uczyć w kilkuosobowych klasach pozbieranych z różnych roczników matematyki i historii. Poczęstowali mnie pierwszy raz yerba mate, parząc ją według całego rytuału. Mieli ze sobą cały zestaw: z pojemnikiem z mate, termosami, cukierniczką, matero – naczyniem do parzenia i picia, oraz bombillą, czyli specjalną łyżeczko-słomką przez którą się siorbie napar. Najpierw Miguel napełnił naczynie do połowy fusami yerby, następnie zalał je wodą z termosu i podał mi, gdyż jako ”gościowi” przysługiwało mi pierwsze picie. Uprzedził, że smak jest specyficzny, ale zapewniał, że jest pyszna. Wszyscy piliśmy z jednego naczynia, wypijając zawartość do końca, podając dalej, gdzie kolejny raz zalewano te same fusy i tak kilka rund. Później fusy lądowały za oknem i z nową mate zaczynała się kolejna runda, okraszona opowieściami o Argentynie. Droga upłynęła mi wyjątkowo szybko, już nie martwiłam się o losy naszej dalszej podróży, wiedziałam, że damy radę, bo przyjaźni ludzie i los nam sprzyjały.

Rio Mayo

Rio Mayo było senną wioską na szlaku Ruta 40, czyli trasy nr 40 – słynnej podróżniczej drogi przecinającej wzdłuż całą Argentynę. Przymusowo zatrzymaliśmy się tam na kilkanaście dni, zamknięci w małym pokoju, w niewielkim hoteliku. Dowiedzieliśmy się tam kilku ciekawych rzeczy o Argentynie. Wyruszając w podróż mieliśmy mniej więcej przygotowaną trasę, w Ameryce Południowej sprowadzało się to jednak do lakonicznego ”z południa na północ, zahaczając o kilka ciekawszych miejsc”. Ktoś może powiedzieć, że takie podejście było dosyć nieodpowiedzialne, jednak ja wychodzę z założenia, że pozwalało doświadczać wielu niespodzianek. Przecież i tak nie na wszystko można się przygotować. Pierwsze zaskoczenie nastąpiło przy śniadaniu, zamówiliśmy z menu pozycję o tej właśnie nazwie. Na stół przyniesiono dwie kawy i dwa malutkie suche rogaliki. Myśleliśmy, że to początek, niestety nic więcej nie podano. Rozczarowanie i niezaspokojony głód, okraszono nam całkiem solidnym rachunkiem. Okazało się, że żadna z naszych kart nie działa w lokalnym bankomacie (jak i przy normalnych płatnościach) Łukasz był więc zmuszony jechać 130 km dalej do nieco większej wioski, by tam wyciągnąć gotówkę. Oczywiście początkowo korzystaliśmy z jakiś tam schowanych na czarną godzinę dolarów, jednak patagońskie ceny żywności i hoteli były dużo wyższe niż zakładaliśmy, więc pieniądze się szybko wyczerpały. By zupełnie nie zbankrutować Łukasz robił zakupy w lokalnym sklepie, wielokrotnie napotykał jednak puste półki. W tak odległe rejony dostawa przyjeżdżała raz w tygodniu i jeśli się poszczęściło to przywożono coś ciekawszego. Owoce i warzywa miały bardzo wysokie ceny. W większości żywiliśmy się więc chlebem (no dobra kanapkami) i winem (towar pierwszej potrzeby przy rekonwalescencji, plus akurat przypadkiem miało bardzo dobą cenę ;)). W pokoju obok na stałe mieszkał dziadek – pijaczek, ojciec właścicielki, niegroźny staruszek, jednak na bakier z higieną. Po 10 dniach postoju postanowiliśmy, że czas jechać dalej, i choć nadal nie mogłam chodzić, to nie wyobrażałam sobie spędzenia, ani dnia dłużej w Rio Mayo. Zapakowaliśmy sakwy i boxy, plus nadprogramowe kule na Szerszenia i ruszyliśmy na południe.

Głowa (noga 😉 ) do góry i jedziemy!

Porady praktyczne:

  • Polecany hostel w Coyhaique (Chile) – Hostal del Oeste

  • Będąc w Patagonii warto nastawić się na wysokie koszty jedzenia i noclegów
  • Uwaga na bankomaty – nie przyjmują kart MasterCard, a prowizje przy wypłatach są b.wysokie (w 2016r. minimalna to 16 zł za jakiekolwiek wybranie pieniędzy), nie można wypłacić dowolnej kwoty, są limity wypłat jednorazowych (b.niskie) i dzienne

Guanaco – dzikie kuzynki lamy, żyją na całym obszarze Patagonii. Trzeba na nie uważać – bardzo często przebiegają przez drogę.
Młode czasami nie zdołają przeskoczyć płotu i kończą tragicznie.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *